Rajd por. "Podkowy" – część 5/6

Po opanowaniu Janowa oddziały rozłączyły się. „Mat” ze swymi żołnierzami odjechał zdobytymi samochodami do wsi Flisy, a „podkowiacy” wyruszyli do Biszczy. 29 kwietnia oddział „Podkowy” rozbił posterunki w Biszczy i Łukowej. Tak jak w poprzednich akcjach, zabrano broń i mundury, a budynki zdemolowano. W Łukowej dodatkowo obito milicjantów, sekretarza PPR i kilku członków tej partii. Tej samej nocy „Podkowa” starał się zdobyć posterunek w Tarnogrodzie, lecz akcja się nie udała i skończyło się na ostrzelaniu budynku. Wracając, oddział rozbroił jeszcze dwóch milicjantów napotkanych po drodze do Biłgoraja. Po przeprowadzeniu tych akcji, żołnierze por. „Podkowy” opuścili Obwód Biłgoraj i przeszli do Obwodu Zamość.

Wracając z Puszczy Solskiej, 5 V 1945 r. „Podkowa” zajął stację PKP w Klemensowie, (pow. Zamość), gdzie rozbroił straż kolejową i zarekwirował wagon cukru. W połowie maja 1945 r. „Podkowa” chciał zająć Krasnystaw i uwolnić swoich ludzi siedzących w tamtejszym więzieniu. 12 V 1945 r. zgrupowanie złożone z ponad setki partyzantów zebrało się w lesie pod miastem. Wywiad doniósł, że do Krasnegostawu wkroczyły oddziały wojskowe zaopatrzone w broń pancerną. Z akcji trzeba było zrezygnować i „Podkowa” zarządził wymarsz do Żółkiewki.

Więzienie w Krasnymstawie przy ul. Poniatowskiego 27.

Podczas przemarszu część ludzi rozpuszczono do domów. W Żółkiewce oddział zajął posterunek MO, zabrał broń, dokumenty, żywność i rower. Rozstrzelano też funkcjonariusza UB, Jana Kolmana (lub Kalamana) i sekretarza gminnego PPR, Wacława Jagiełłę. Po opuszczeniu Żółkiewki oddział pojechał do kolonii Borówek, gdzie zlikwidowano milicjanta Józefa Ksiedraka i jego brata, członka PPR Aleksandra Ksiedraka.
15 V oddział „Podkowy”, pod dowództwem jego zastępcy Mariana Mijalskiego „Mafa”, opanował posterunek MO i Urząd Gminy w Izbicy (pow. Krasnystaw). AK-owcy zabrali dwanaście sztuk broni, różnego rodzaju pieczęcie i akta. Posterunek zdemolowano i zabito milicjanta Seweryna Suszyńskiego. Partyzanci uprowadzili ze sobą milicjantów: Alfreda Jeżeckiego (lub Furkowskiego) i Wiesława Rudzińskiego, których potem zlikwidowano. Również w maju 1945 r. plut. Witold Kot ps. „Osa” wraz kilkoma partyzantami z oddziału por. Tadeusza Kuncewicza „Podkowy” zorganizowali zasadzkę i odbili kilku więźniów transportowanych przez milicjantów szosą ze Zwierzyńca do Biłgoraja.

19 maja 1945 r. dzięki posiadanej agenturze, funkcjonariusze PUBP w Krasnymstawie próbowali zlikwidować stacjonujący w miejscowości Czysta Dębina k/Gorzkowa oddział „Podkowy”. Partyzanci, ostrzeżeni przez miejscową ludność, zdołali przygotować się do starcia, w którym zginęło dwóch funkcjonariuszy UB, a kilku kolejnych zostało ciężko rannych. W odwecie za pomoc jakiej mieszkańcy udzielili „leśnym” już w nocy z 20 na 21 maja grupa operacyjna UB i MO dokonała pacyfikacji kolonii Czysta Dębina, w wyniku której miejscowość ta została doszczętnie spalona. S. Kardyka, który w tym okresie był przetrzymywany w lochach UB (12-26 maja 1945 r.) wspominał:
„[…] W czasie jednego z polowań na akowców w okolicach Czystej Dębiny k/Gorzkowa, UB spotkało się z „bandą”, która im trochę skórę przetrzepała. Po powrocie z tego polowania (19 maja 1945 r.) zaczęło się ogólne bicie mieszkańców lochu. Ubowcy wyprowadzali po kilku i nie zadając żadnych pytań walili gdzie popadło…”.

Na początku czerwca oddział wrócił do powiatu zamojskiego, gdzie wykonał jeszcze wyroki na współpracownikach i donosicielach NKWD i UB. 4 VI 1945 r. we własnym domu powieszony został Jan Szałat ze wsi Średnie Duże, a w Ujazdowie tego samego dnia na przydrożnym drzewie powieszono Józefa Puchacza.

 

RAJD POR. „PODKOWY”

W czerwcu 1945 roku por. Tadeusz Kuncewicz „Podkowa” rozformował oddział i zgłosił swoim przełożonym chęć przedarcia się przez Niemcy do II Korpusu gen. Andersa. Otrzymawszy  pozwolenie, oznajmił podkomendnym, że z powodu dużego ryzyka mogą z nim pojechać wyłącznie młodzi mężczyźni nie mający rodzin. W końcu czerwca wybrał 22 „spalonych” partyzantów, którzy wyrazili gotowość uczestnictwa w tej „szaleńczej” wyprawie. Byli to młodzi, odważni ludzie, kawalerowie, znający się na motoryzacji. Wszyscy byli przebrani w mundury „berlingowców” i podawali się za LWP, posiadali też odpowiednie przepustki i sfałszowane dokumenty. W Zwierzyńcu przyszli żołnierze Andersa złapali dwóch propagandzistów PPR, jadących ciężarówką „Studebaker” i pojechali w kierunku zachodnim. Po przejechaniu mostu na Wiśle obaj komunistyczni aktywiści zostali zastrzeleni w lesie, a „podkowiacy” pojechali przez Stalową Wolę i Sandomierz w kierunku Dolnego Śląska.

STUDEBAKER US6. Takim samochodem partyzanci por. „Podkowy” próbowali przedostać się do amerykańskiej strefy okupacyjnej.

Partyzanci często zmieniali po drodze tablice rejestracyjne i starali się trzymać bocznych dróg. „Podkowa” posiadał jedynie mapy obszarów należących do Polski w 1939 roku. W związku z tym po przekroczeniu przedwojennej granicy partyzanci musieli jechać „na orientację”. Konieczność unikania głównych szlaków sprawiła, że 5 lipca oddział zgubił się i zamiast do Niemiec wjechał do Czechosłowacji. Jeden z partyzantów Zdzisław Szyndzielarz jeszcze w okresie międzywojennym był w tych okolicach i znał mieszkającą w Sluknovie polską rodzinę Kłusowskich. Szyndzielarzowi udało się doprowadzić partyzantów na miejsce. Okazało się jednak, że w domu Kłusowskich mieszka Niemka, do której 6 lipca przyjechał narzeczony – Josef Sindelar, który był oficerem czechosłowackiego wywiadu w stopniu porucznika. Mający słabość do kobiet por. Tadeusz Kuncewicz traktował atrakcyjną Niemkę z dużą atencją, co, jeśli wierzyć relacji jednego z członków wyprawy, bardzo denerwowało Czecha, który na dodatek zaczął coś podejrzewać.

Opuścił on niebawem dom Kłusowskich, a po kilku godzinach przyjechał samochodem z kierowcą i nakazem natychmiastowego stawienia się dowódcy oddziału polskiego w komendanturze sowieckiej. Por. „Podkowa” powiedział, że sam nie pojedzie i kazał wszystkim wejść do ciężarówki. Oficerowie czescy i Niemka jechali w samochodzie osobowym, a polscy partyzanci podążali za nimi. W połowię podjazdu na jakąś górę, „Podkowa” polecił zatrzymać ciężarówkę, a Tadeusz Jankowski „Żbik” zaczął udawać, że naprawia coś pod maską. Trzech „podkowiaków” zeskoczyło z budy i schowało się za ciężarówką. Czesi zawrócili i wyszli z samochodu, zobaczyć co się zepsuło. Ukryta trójka zaszła oficerów z boku i kazała podnieść ręce do góry. Jankowski poprowadził samochód Czechów, a oficerowie pojechali ciężarówką prowad
zoną przez Zdzisława Szyndzielorza „Lotnika”. Po mniej więcej godzinie oddział zatrzymał się w lesie, a Marian Mijalski „Maf” zlikwidował  Sindelara i jego kierowcę Vlastimila Malinę.   „Maf” nalegał, by nie zostawiać żadnych świadków i zastrzelić także Niemkę, jednak „Podkowa” nie wyraził na to zgody i kazał ją jedynie przywiązać ją do drzewa. Jak się później okazało, decyzja ta zaważyła na losie całej wyprawy.

Gdy „Podkowa” z podkomendnymi pojechali w stronę Niemiec, dziewczyna zdołała się uwolnić i zawiadomić czechosłowacką bezpiekę. Po kilku godzinach Polacy zorientowali się, że są poszukiwani. Na drogach stały warty i krążyły patrole. Po południu oddział ukrył się w lesie i przeczekał do nadejścia nocy. Gdy zapadła ciemność „podkowiacy” ruszyli w drogę. Po północy dojechali do Czeskiej Łaby i wepchnęli ciężarówkę do rzeki (samochód oficerów porzucili wcześniej). Potem szli jeszcze dwie doby. Maszerowali nocami, a w ciągu dnia spali w lasach. Musieli iść bardzo ostrożnie, bo wszędzie było mnóstwo sowieckiego wojska, a na drogach stały 8-10 osobowe warty. W końcu, nocą doszli do samotnego domu, w którym mieszkał Niemiec. Zapytany o to, gdzie są Amerykanie, powiedział, że doprowadzi tam Polaków w dwie godziny. Przeprowadził on oddział przez kładkę, z której było widać rosyjską wartę pilnującą mostu, na miejsce, z którego było już widać zajęte przez Amerykanów miasto. „Żbik” i „Maf” zeszli do miasta, a pozostali zajęli pozycje obronne i przygotowali się do ewentualnej walki.

Rajd por. „Podkowy” – część 6/6>
Strona główna>

Rajd por. "Podkowy" – część 6/6

10 lipca 1945 r. ok. 8:00 rano pod ich stanowiska podjechał jeep, jednak nie wiadomo było kto w nim jedzie, więc „Podkowa” nakazał rozstawić LKM i przygotować się do walki. W samochodzie siedzieli „Żbik”, „Maf”, oficer amerykański i żołnierz. W oddziale zapanowała nieopisana radość. „Żbik” oznajmił, że partyzanci mają złożyć broń, i że zostaną wcieleni do polskich jednostek wojskowych gen. Andersa. Amerykanie przewieźli podkowiaków do miasta. Tam chłopcy dostali jedzenie, papierosy i gumę do żucia. Następnego dnia amerykański oficer zabrał „Podkowę” i kazał mu powiedzieć, którędy oddział jechał. Okazało się, że Czesi wprowadzili Amerykanów w błąd, informując ich, iż oddział „Podkowy” jest grupą żołnierzy SS. Amerykanie aresztowali Polaków i osadzili ich w więzieniu na zamku. Rano przyjechali Czesi i ciężarówką wywieźli partyzantów do Karłowych Warów. Tam zamknięto ich w więzieniu na terenie koszar. Czesi urządzili tam „ścieżkę zdrowia” – ciężko pobili Polaków deskami z łóżek i odebrali skórzane pasy i kurtki. Niektórzy zostali tak zmasakrowani, że kilkakrotnie tracili przytomność. W międzyczasie, podczas konfrontacji, Niemka poznała „Lotnika”. Sytuacja była bez wyjścia.

Por. Tadeusz Kuncewicz „Podkowa”. Zdjęcie powojenne.

Z Karłowych Warów miano przewieźć więźniów do Pragi. Partyzanci byli tak pobici, że niektórzy mdleli w samochodzie. „Podkowa”, mimo wszystko, postanowił zaryzykować i opracował plan ucieczki. Trzech uzbrojonych konwojentów jechało razem z więźniami. Byli oni oddzieleni okratowanymi drzwiami. Następnych trzech jechało w kabinie kierowcy. Partyzanci mieli się rzucić na eskortę w ciężarówce, odebrać LKM i puścić serię po szoferce, żeby zlikwidować pozostałych. Po odbiciu samochodu mieli wrócić do strefy amerykańskiej. Więźniowie zaczęli stukać do drzwi i prosić o wodę. Samochód się zatrzymał i po chwili otworzyły się metalowe drzwi. „Podkowiacy” rzucili się na eskortę. Kilku więźniów wyskoczyło z samochodu, a Seweryn Błaszczak „Szczygieł” zdobył automat. „Żbik” wyrwał zdezorientowanemu „Szczygłowi” broń i pociągnął serię po szoferce. Niestety kule poszły za wysoko. Mimo unieszkodliwienia eskorty wewnątrz samochodu, ciężarówki nie udało się opanować. Strażnicy siedzący w szoferce zaczęli strzelać przez okienko oddzielające kabinę kierowcy od tylnej części auta, w wyniku czego jeszcze w samochodzie zginęło ośmiu partyzantów. Byli to:

  • Marian Wodyk „Szabelka”,
  • Zygmunt Kuncewicz „Podkówka” (młodszy brat por. „Podkowy”),
  • Jan Chwiejczak „Żwirko”,
  • Władysław Olechowicz „Żuraw”,
  • Stanisław Olczyk,
  • Zdzisław Szyndzielorz „Lotnik”,
  • Augustyn Poździk „Korsarz”,
  • Wacław Węgliński „Ryś”.

Ci, których nie dosięgły kule, wyskoczyli z samochodu i zaczęli uciekać. Marian Mijalski „Maf”, Seweryn Błąszak „Szczygieł” i Tadeusz Jankowski „Żbik” zostali ujęci kilka minut później. Konwojenci zaczęli ich bić i kopać do tego stopnia, że Marian Mijalski został wówczas zamęczony na śmierć. „Podkowa”, Piotr Radziejowski „Gwiazda”, Henryk Jóźwiakowski „Żmijka”, Witold Lew „Azja”, Tadeusz Juściński „Lew”, Zbigniew Hyckiwicz „Szczerbaty” oraz Tadeusz Wiatrowski „Nevada” zostali złapani w ciągu następnych dwóch dni.
Ucieczka powiodła się jedynie czterem partyzantom. Trzech z nich: Henryk Marczeski „Jurand”, Wacław Mączka „Wierny” i Stanisław Bizior „Eam”, wróciło do Polski, a Jan Chwiejczak „Wrzask”, przedostał się do amerykańskiej strefy okupacyjnej i trafił do II Korpusu PSZ. W  1946 roku komisja weryfikacyjna Polskich Sił Zbrojnych zaliczyła „Wrzaskowi” okres służby w ZWZ-AK (lata 1941 – 1944) jako służbę w Wojsku Polskim.

Zygmunt Kuncewicz „Podkówka”, młodszy brat por. „Podkowy”, zastrzelony podczas próby ucieczki z więziennego konwoju.

Polacy, w przeciwieństwie do Sowietów, nie cieszyli się popularnością wśród obywateli Czechosłowacji. Odczuli to boleśnie schwytani żołnierze „Podkowy”. Przewieziono ich do więzienia w Czeskiej Kamienicy i poddano torturom. Bito ich gumowymi i drewnianymi pałkami aż do omdlenia, cucono i znowu bito. Por. Tadeusz Kuncewicz przeszedł najcięższe tortury. Funkcjonariusze czechosłowackiej Narodnej Bezpecnosti (NB) wciskali mu pod paznokcie główki od zapałek, które potem podpalali; pod skórę prawej dłoni włożyli mu ostrze od kuchennego noża itp. Dodatkową torturą było głodzenie aresztowanych. W rezultacie takiego traktowania Piotr Radziejowski „Gwiazda” i Witold Lew „Azja” zmarli z wycieńczenia. Funkcjonariusze NB chcieli wymusić na partyzantach przyznanie się do przynależności do „polskiej SS”. Rzecz jasna więźniowie odrzucali to absurdalne oskarżenie. Polakom nie wytoczono procesu, nie pozwolono też kontaktować się z rodzinami przez przedstawicielstwo polskie w Czechosłowacji. Dopiero po pół roku Sewerynowi Błaszczakowi „Szczygłowi” udało się za pośrednictwem wychodzącego z więzienia Czecha przekazać gryps do rodziny w Polsce. Aresztanci zaczęli otrzymywać paczki z kraju, co pozwoliło im przeżyć. Polacy przeszli przez więzienia na Hradczanach, Pankracu i Czeskiej Lipie.

Po prawie dwóch latach, w lipcu 1947 roku, na żądanie polskich władz komunistycznych, pozostających przy życiu partyzantów przekazano polskiemu UB i w efekcie cała siódemka trafiła na Zamek Lubelski. Dzięki amnestii sześciu z nich opuściło więzienie  16 XII 1947 r. Jedynie por. Tadeuszowi Kuncewiczowi „Podkowie” urządzono proces, przypisując niemal wszystko, co wydarzyło się na Zamojszczyźnie od sierpnia 1944 r. do czerwca 1945 r. i skazano go na 10 lat więzienia. Podczas procesu nawiązali z nim kontakt pozostający w podziemiu członkowie zamojskiej konspiracji i zaproponowali odbicie lub zorganizowanie ucieczki. Por. „Podkowa” jednak odmówił, twierdząc, że dalsza konspiracja nie ma racji bytu.  Wyrok odbywał na Zamku Lubelskim, we Wronkach i Knurowie. Z więzienia wyszedł w 1955 roku.


Teczka sprawy
ewidencyjno-obserwacyjnej założonej przez UB do inwigilacji por.
Tadeusza Kuncewicza ps. „Podkowa”, po jego wyjściu z więzienia.

W tym samym roku rozpoczął pracę na stanowisku kasjera na dworcu PKP w Lublinie, następnie został przeniesiony do Małaszewicz na stanowisko dyspozytora, później awansował i w 1966 r. przeniesiono go do Dyrekcji Okręgowej PKP w Warszawie. Był bardzo zaangażowany w budowę warszawskiego Dworca Centralnego. Aktywnie działał w Związku Zawodowym Kolejarzy; należał do Towarzystwa Miłośników Kolei. W 1966 wstąpił do ZBoWiD, z którego natychmiast go usunięto. Na emeryturę przeszedł w 1977 r. Przed 1989 r. wielokrotnie zatrzymywany i przesłuchiwany. W 1990 r. zaangażował się w tworzenie ŚZŻAK. Por. Tadeusz Kuncewicz „Podkowa” doczekał wolnej Polski. Zmarł 8 II 1991 r. w Warszawie. Za walkę w Armii Krajowej był odznaczony m.in. Krzyżem Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych.

Opracowano na podstawie:
Caban Ireneusz, Ludzie Lubelskiego Okręgu Armii Krajowej, Lublin 1995.
Caban Ireneusz, Mańkowski Zygmunt, Związek Walki Zbrojnej i Armia Krajowa w Okręgu Lubelskim 1939-1944. Część pierwsza. Zarys monograficzny, Lublin 1971.
Grygiel Jan, Związek Walki Zbrojnej, Armia Krajowa w Obwodzie Zamojskim 1939 – 1944, Warszawa 1985.
Klukowski Zygmunt, Zamojszczyzna 1944-1959, tom II, Warszawa 2008.
Kuncewicz Tadeusz, Oddział „Podkowy” jako przykład formowania się jednostki partyzanckiej, [w:] Armia Krajowa na środkowej i południowej Lubelszczyźnie i Podlasiu. Materiały sesji naukowej KUL, 24-25 IX 1985 r., Lublin 1993, s. 134-146.
Markiewicz Jerzy, Partyzancki Kraj, Lublin 1985.
Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Krasnymstawie w latach 1944-1956, red. Jacek Romanek, Lublin 2008.
Sikorski Adam, Doroszuk Tadeusz, Z archiwum IPN – „Podkowa”, film dokumentalny zrealizowany dla TVP Polonia, TVP Lublin 2007.
Wnuk Rafał, „Niechciani goście” z innej perspektywy, „Mówią Wieki”, nr 8/2004, Warszawa 2004, s. 54-57.
Wnuk Rafał, Konspiracja akowska i poakowska na Zamojszczyźnie od lipca 1944 do 1956, Zamość 1993.
Wnuk Rafał, Lubelski Okręg AK, DSZ i WiN 1944 – 1947, Warszawa 2000.
Wnuk Rafał, Tadeusz Kuncewicz (1916-1991), [w:] Konspiracja i opór społeczny w Polsce 1944 – 1956. Słownik biograficzny, t. 1, Kraków – Warszawa – Wrocław 2002 , s. 249-252.

Rajd por. „Podkowy” – część 1/6>
Strona główna>

ZABIĆ „JEŻA” – część 1

Por. Zacheusz Nowowiejski ps. „Jeż” i rozbicie PUBP w Mławie

[…] jak trudno ustalić imiona wszystkich tych którzy zginęli w walce z władzą nieludzką […] a przecież w tych sprawach konieczna jest akuratność nie wolno się pomylić nawet o jednego […] jesteśmy mimo wszystko stróżami naszych braci […] musimy zatem wiedzieć policzyć dokładnie zawołać po imieniu […]”.

Zbigniew Herbert, „Pan Cogito o potrzebie ścisłości

6 grudnia 1946 r. oddział funkcjonariuszy UB z Przasnysza, silnie wzmocniony przez pluton żołnierzy z 3. Pułku Ułanów Warszawskich, dokonał obławy na rodzinną wieś żołnierza AK Wiktora Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża” – Zembrzus. Przeciwko jednemu partyzantowi skierowano kilkadziesiąt uzbrojonych po zęby osób. Zacheusz nie poddał się. Próbował ucieczki w kierunku bagien. Zawsze mówił, że nie da się wziąć żywy. Kapitan Radaj, dowódca pułku, oparł karabin o płot i strzelał do uciekającego partyzanta. Ranny „Jeż”, będąc bez szans na przebicie się przez obławę, przyłożył pistolet do głowy i ostatni strzał przeznaczył dla siebie.

Por. Wiktor Zacheusz Nowowiejski ps. „Jeż” (1915-1946).

Rano przyszedł Zacheusz do domu. Był w dobrym nastroju. Matka szykowała mu koszule, ubranie, jedzenie na drogę. Miał za kilka dni jechać na zachód Polski. Tu był zupełnie spalony. W Szczecinie mieszkał jego dobry kolega, który mógłby go zalegalizować. „Mówi mi: »Wiesz Heniu, miałem przyjemny sen. Śnili mi się koledzy szkolni«, i wymienił ich imiona i nazwiska. »Oni byli jacyś szczęśliwi, cieszyli się, podrzucali mnie do góry«. Nic mu wtedy nie powiedziałem, dopiero później, po wszystkim, uświadomiłem sobie, że ci jego koledzy, poza jednym – »Pukiem« Józkiem Olkowskim, byli już na łonie Abrahama. Jedni zginęli w czasie walk z Niemcami, inni w walce z ubekami. Nie wiem do dzisiaj, co ten sen miał znaczyć. Może był jakimś ostrzeżeniem?”.

SZLACHCIC NA ZAGRODZIE

Nowowiejscy, herbu „Pobóg”, należą do drobnej mazowieckiej szlachty – tzw. zagrodowej. Ich gniazdem rodzinnym była Nowa Wieś w powiecie Przasnysz. Na północnym i wschodnim Mazowszu, graniczącym z Prusami, w Rzeczypospolitej przedrozbiorowej zamieszkiwało kilkunastokrotnie więcej rodzin szlacheckich niż w Wielkopolsce czy Małopolsce. Szlachta zagrodowa gospodarowała na niewielkich kawałkach ziemi. Mazowiecki szlachcic może nie był zbyt bogaty i wykształcony, ale z dumą chodził „przy szabli”.
Każdy członek tej społeczności – cieszący się pełnią praw szlacheckich – mógł wybierać króla, zgodnie zresztą ze starym powiedzeniem: „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Ze szlachtą mazowiecką należało się liczyć w I RP – posiadała duże wpływy na elekcję królewską, i to nie tylko ze względu na liczebność, lecz także dlatego, że przecież elekcje odbywały się na Mazowszu.

W wydanej w 1908 r. książce „Szkice z dziejów szlachty mazowieckiej” autorstwa prof. Władysława Smoleńskiego jawi się niezwykle barwny obraz tej społeczności – ludzi krewkich, obdarzonych dużym temperamentem, może nie zawsze kierujących się zdrowym rozsądkiem. Profesor Smoleński zwraca uwagę na jedną z bardziej wyrazistych cech szlachty mazowieckiej – wierność wierze katolickiej, Kościołowi. Innowiercy nie mogli tutaj znaleźć posłuchu, napotykali niechęć, a nawet wrogość. „Szlachcic mazurski – pisał Smoleński –  […]”.nie rozstawał się poza domem z kijem
sękatym, obuchem lub rusznicą. Z najbłahszej przyczyny wszczynał bójkę.
Wrażliwy na lada uchybienia, na obelgi lub potwarz bronił swej czci
[…]„.
O szlachcie mazowieckiej – ze względu na jej przywary i wysokie mniemanie o sobie – powstało sporo złośliwych powiedzonek: „Fortun sześć, ale nie ma co jeść” albo: „Gdy pies usiądzie na jednym dziedzictwie, ogon musi położyć na drugiem”. Chociaż była wdzięcznym obiektem różnych uszczypliwości, to zawsze ceniono ją w czasie wojen, zagrożenia Rzeczypospolitej – ze względu na bitność i odwagę. Nigdy nie szczędziła krwi.

CHŁOPAK Z NIESFORNĄ CZUPRYNĄ

Wiktor Zacheusz Nowowiejski był prawie rówieśnikiem niepodległej II Rzeczypospolitej – był ledwie o trzy lata od niej starszy.  Urodził się 28 grudnia 1915 r. we wsi Zembrzus w gminie Janowo, w dawnym powiecie przasnyskim, jako syn Władysława i Marianny. Ojciec posiadał 56 hektarowe gospodarstwo rolne. Pełnił też funkcję wójta gminy Janowo. Rodzina była liczna, bowiem poza rodzicami składała się z sześciu synów i dwóch córek. W domu panowała tradycyjna atmosfera polskich rodzin szlacheckich, pełna wiary i patriotyzmu. Żywe były tradycje rodzinne związane z przeżyciami walk powstańczych z 1863 r. na Mazowszu, w których czynnie zaangażowany był dziad Zacheusza od strony matki – Faustyn Zembrzuski, tak więc już od młodych lat Zacheusz wychowywał się w duchu miłości do ojczyzny, szacunku dla tradycji narodowej, ofiarności dla Polski, która po tylu latach niewoli odzyskała niepodległość. Młodemu chłopcu głęboko w duszę zapadły opowiadania rodziców o czynach przodków. Być może już wtedy zapragnął iść w ich ślady.

Wiktor Zacheusz Nowowiejski, zdjęcie sprzed wojny.

Duży wpływ na wychowanie dzieci miała matka – Marianna z Zembrzuskich. Jak już wspomniano, jej ojciec Faustyn Zembrzuski, walczył w Powstaniu Styczniowym w powiecie przasnyskim, w oddziale Tomasza Kolbego. Aresztowany przez Rosjan, skazany na 25 lat więzienia, dzięki amnestii mógł powrócić do rodzinnego domu po 15 latach spędzonych na Syberii. W domu Nowowiejskich zawsze żywa była legenda nieugiętych Powstańców Styczniowych – gotowych pójść na śmierć w imię wolności Polski. Jakże często szafuje się zwrotem „wyssał patriotyzm z mlekiem matki” – w przypadku Zacheusza Nowowiejskiego, ale nie tylko, bo również jego rodzeństwa i jego matki, to nie był żaden slogan.

Henryk Nowowiejski, brat Zacheusza, wspomina:
„Matka była niezwykłą kobietą – my, jej synowie, wolelibyśmy zapaść się pod ziemię, aniżeli ją zawieść. Pamiętam jak w 1946 r. wpadli na podwórko milicjanci z Wielbarka, a na stole w kuchni leżał pistolet, inni straciliby głowę w takiej sytuacji. A ona zachowała przedziwny spokój – włożyła pistolet na dno garnka, nasypała do niego ziemniaków i postawiła na kuchni na ostatniej fajerce, do której nie dochodzi ogień.
Ubecy często ją upokarzali wyzwiskami – nie chcę ich przytaczać, bo nie przejdą mi przez gardło – prowokowali, próbowali zastraszyć. Wyróżniał się w tym zastępca szefa UB w Przasnyszu – porucznik Madziar. Wyjątkowy oprawca. Stawiał matkę pod ścianę domu i pozorował rozstrzeliwanie. A ona nawet nie drgnęła. Nie wiem, skąd czerpała tę niezwykłą moc, chyba tylko gdzieś z nieba, bo była osobą głęboko wierzącą, że nawet trudno to opowiedzieć”.

Naukę w zakresie szkoły podstawowej pobierał w szkole gminnej w Janowie. Uczył się bardzo dobrze i rodzice podjęli decyzję o dalszym kształceniu syna w Seminarium Nauczycielskim w Mławie. Do tej szkoły zazwyczaj trafiała młodzież z wiejskich rodzin szlacheckich, ale w jej ławach nie brakowało też młodzieży z rodzin chłopskich. Szkoła w II RP uczyła dyscypliny, posłuszeństwa, patriotyzmu – seminarium nie odstawało pod tym względem od innych polskich placówek. Wielu szkolnych kolegów Zacheusza zasiliło wkrótce szeregi Armii Krajowej, przeciwstawiło się sowieckiej okupacji – w ten sposób zdawali chłopcy egzamin z pobieranych lekcji patriotyzmu.
Imię Wiktor figurowało tylko w dokumentach, ale w życiu wszyscy używali imienia Zacheusz. Koledzy szkolni zapamiętali go jako tego, który organizował pomoc uczniom znajdującym się w trudnej sytuacji finansowej. Chodziło tu o zbieranie funduszy, z których później w szkole serwowano im drugie śniadanie.

W Seminarium Nauczycielskim panowała surowa dyscyplina. Wymagano by uczniowie nosili granatowe rogatywki, tzw. konfederatki, z białymi wypustkami, czarnym lakierowanym daszkiem i paskiem oraz metalowym białym orzełkiem. Głowy pod czapkami musiały być krótko, schludnie ostrzyżone – i to była zmora Zacheusza – jego gęste, sztywne włosy po ostrzyżeniu w żaden sposób nie dawały się układać. Sterczały na wszystkie strony jak długie szpilki. To z powodu tych niesfornych włosów otrzymał w szkole przezwisko „Jeż”, z którym nie rozstał się przez całe życie, a w czasie wojny i okupacji przyjął je za swój partyzancki pseudonim.
Jeden z jego najbliższych kolegów klasowych – Staszek Borzuchowski, zwany ze względu na posturę w szkole „Niedźwiedziem”, również zamienił przezwisko na pseudonim. Pozostał z „Jeżem” do końca.

Zacheusz był bardzo lubiany wśród kolegów. Nie ujawniał jeszcze wtedy jakichś specjalnych cech przywódczych – niemniej w trudnych sytuacjach było wiadomo, że można na niego liczyć. To nie przypadek, że potrafił w latach okupacji niemieckiej i początków sowieckiej skupić wokół siebie wielu szkolnych kolegów.
Seminarium Nauczycielskie ukończył w 1936 r. i wkrótce rozpoczął służbę wojskową w Szkole Podchorążych w Zambrowie. Pewnie nawet nie przypuszczał wówczas, jak bardzo i ta nauka przyda mu się wkrótce w życiu. Przed wybuchem wojny pracował jako nauczyciel w szkole niedaleko Ciechanowa.

JAK DZIADEK FAUSTYN ZEMBRZUSKI

Wybuch wojny we wrześniu 1939 r. nie był dla niego zaskoczeniem. Mieszkając i pracując w pasie pogranicznym z Prusami, był świadkiem wielu prowokacji i przygotowań piątej kolumny do działań zbrojnych.
Jako kapral podchorąży otrzymał kartę mobilizacyjną do jednostki w Białej Podlaskiej i brał udział w wojnie obronnej 1939 r. Po kapitulacji armii i udanej ucieczce z obozu jenieckiego, późną jesienią powrócił w rodzinne strony. Już wówczas w porozumieniu z kolegami zaangażował się do pracy na rzecz wspierania ruchu oporu na terenie gminy Janowo i powiatu przasnyskiego. Wraz z innymi nauczycielami zorganizował siatkę tajnego nauczania. Nowowiejski od początku był członkiem Związku Walki Zbrojnej, który w 1942 r. zmienił nazwę na Armia Krajowa. Z biegiem lat okupacji walka podziemna z nieprzyjacielem przekształcała się w wyższą formę jaką było tworzenie się oddziałów partyzanckich.

Wiosną 1942 r. chyba tylko cudem uniknął aresztowania przez gestapo. Wielu jego kolegów trafiło do obozów, zginęło w egzekucjach. Został zmuszony do ukrywania się na lewych papierach na terenie powiatu nidzickiego w zaprzyjaźnionej rodzinie mazurskiej (północne Mazowsze stanowiło wraz z przyległym terenem Prus Wschodnich obszar Rzeszy Niemieckiej).
W kwietniu 1943 r. został zaprzysiężony jako żołnierz AK ps. „Jeż”. Początkowo – po nawiązaniu współpracy z komórką wywiadu AK na Prusy Wschodnie i Władysławem Rabkiewiczem „Sławiczem”, pozyskiwał poprzez siatkę in
formatorów wiadomości dla sztabu podokręgu „Olsztyn – Tuchola” AK. Cennym źródłem informacji była m.in. Stanisława Domańska „Spych”,  zatrudniona w mieszkaniu nidzickiego landrata Axela Crewella. W siatce współdziałali m.in. dwaj bracia Zacheusza – Henryk „Sosna” i Izydor „Kalina” – zatrudnieni u Mazura Ernsta Maxa w Jabłonce k. Nidzicy. Ernst Max był ważnym współpracownikiem polskiej konspiracji ze względu na swoje rozległe kontakty handlowe, prywatne – dostarczał m.in. ryby niemieckim urzędnikom, oficerom w Nidzicy, Ciechanowie, Mławie, Przasnyszu. To wówczas ujawniła swoje duże umiejętności konspiracyjne Halina Kołakowska „Jurand” – późniejsza żona Izydora Nowowiejskiego „Kaliny”, wkrótce wręcz niezastąpiona w wypisywaniu lewych dokumentów partyzantom.

Latem 1943 r. wśród mokradeł rzeki Orzyc został sformowany, głównie przez synów szlacheckich rodzin, partyzancki oddział AK. Komendantem został Stefan Rudziński „Wiktor”. Oddział tworzyli koledzy, m.in.: Zacheusz Nowowiejski „Jeż”, Izydor Bukowski „Burza”, Leon Uzdowski „Łabędź”, Stanisław Borzuchowski „Niedźwiedź”, Mieczysław Szczepkowski „Beton”, Michał Moszczyński „Wołodyjowski”. Funkcję kapelana oddziału pełnił ks. Stanisław Gutowski z Janowca Kościelnego.

Zabić „Jeża” – część 2>
Strona główna>

ZABIĆ „JEŻA” – część 2

Pierwsze partyzanckie zadania polegały na likwidacji agentów niemieckich na terenie powiatu mławskiego, udostępnianiu bazy osobom „spalonym”. Następne były już znacznie trudniejsze, wymagające sporych umiejętności – dokonywali wypadów na teren Prus Wschodnich: np. jesienią 1943 r. rozbroili posterunek żandarmerii w Muszakach, w marcu 1944 r. zdobyli broń od żołnierzy niemieckich w Krakowie w powiecie nidzickim. Akcje starali się przeprowadzać w taki sposób, aby nie było później odwetu na miejscowej ludności ze strony niemieckiej. Unikali niepotrzebnych starć. W czerwcu 1944 r. „Jeż” wziął udział w dużej akcji wspólnie z „Wiktorem”, „Wierzbą”, „Betonem”, „Robakiem” usuwania groźnych agentów pracujących dla Niemców.
Tuż przed wybuchem powstania warszawskiego oddział „Wiktora” liczył już 80 ludzi. Do partyzantki garnęli się mężczyźni zagrożeni wywózką na roboty, kopania okopów. „Jeż” i „Burza” zostali mianowani dowódcami drużyn. Inny ich szkolny kolega – „Niedźwiedź” – objął funkcję zastępcy dowódcy oddziału. Plany dowództwa AK zakładały, że oddział „Wiktora” na czas akcji „Burza” miał się dozbroić i uzupełnić stan osobowy do pełnych czterech plutonów, aby stał się podstawą do utworzenia pułku AK z żołnierzy powiatu mławskiego.

Północne Mazowsze, 1946 r. Żołnierze oddziału por. Wiktora Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża”. Od lewej stoją: Stanisław Borzuchowski „Niedźwiedź”, Tadeusz Piotrowski „Zbyszek”, Mieczysław Szczepkowski „Beton”, Zacheusz Nowowiejski „Jeż”, klęczy Mirosław Krajewski „Wiesiek”.

Mimo tego, że „Jeż” był świetnie wyszkolonym, doświadczonym żołnierzem, mającym za sobą podchorążówkę, udział w niezwykle trudnych, ryzykownych akcjach partyzanckich, to jednak gdzieś w nim siedziała też natura nauczyciela, pedagoga. Ta jego druga natura, a kto wie czy nie pierwsza, często dawała o sobie znać. Jeżeli była tylko ku temu sposobność, wolał przeprowadzać kurs pedagogiczny, niż zabijać.
Tak też stało się m.in. wówczas, gdy dowództwo AK poinformowało o sześcioosobowej grupie mężczyzn, nie należących do żadnej organizacji podziemnej, ukrywającej się w lasach i odbierającej miejscowej ludności żywność i odzież. „Jeż” postanowił przyjąć tę grupę do oddziału – polecił bacznie obserwować i wychowywać. Okazało się jednak, że mimo stosowanych metod wychowawczych nie zaniechali kradzieży, nawet pod groźbą kary śmierci. Po wejściu Sowietów na teren Mazowsza kilku z tych przygarniętych „partyzantów” zasiliło szeregi Urzędu Bezpieczeństwa. Ze szczególną zaciekłością tropili chłopców z oddziału „Wiktora”, w tym również „Jeża”.

W sierpniu 1944 r. wybuchło Powstanie Warszawskie. Zgodnie z planami na czas akcji „Burza”, oddział, w którym walczył „Jeż”, miał zlikwidować okoliczne posterunki żandarmerii i walczyć z Niemcami na pograniczu Prus Wschodnich. Latem 1944 r.  „Jeż” dokonał kilku udanych akcji w powiecie nidzickim – m.in. dając nauczkę, ale już nie pedagogiczną, nadgorliwym żandarmom, partyjnym aktywistom z NSDAP.  Kierował min. akcjami, których owocem był udany wypad do wsi Piotrowice w celu zdobycia radia i broni oraz likwidacja w Pęczkach aktywisty NSDAP, który znęcał się nad Polakami. Stojąc na czele sześcioosobowego oddziału ubranego w mundury Wehrmachtu, zlikwidował duży posterunek żandarmerii w Sarnowie. We wrześniu 1944 r. „Jeż” brał udział w akcji zlikwidowania w Siennie
członka SA., który odznaczał się szczególnym okrucieństwem w stosunku
do robotników polskich, a także wobec Polaków uciekających z obozów. Święto Odzyskania Niepodległości Polski uczcił w ten sposób, że 11 listopada 1944 r. zdobył w Muszakach dużą ilość broni i odzieży, która służyła im później w walce z sowieckimi najemnikami. O działalności żołnierzy z oddziału „Wiktora” wiedziały władze niemieckie, które w różny sposób chciały go zlikwidować. Sprzymierzeńcem partyzantów była przyroda, to znaczy: bagna, mokradła, las. W akcjach tych „Jeż” odznaczał się pomysłowością, która bazowała na nieprzeciętnej inteligencji.
O niepospolitej osobowości „Jeża” może świadczyć choćby następujący fakt – otóż, jak za dawnych, szkolnych lat, kiedy działał w „Bratniej Pomocy”, popularnym „Bratniaku” (organizował pomoc materialną, finansową ubogim kolegom szkolnym, dostarczał im od zaprzyjaźnionych kupców pieczywo, wędlinę, herbatę), tak i w czasie okupacji zorganizował pomoc dla rodzin, których mężowie, ojcowie przebywali w niemieckiej niewoli, w obozach, byli aresztowani. Akcją pomocy (45 marek miesięcznie) kierowali osobiście „Jeż” z „Burzą”. Pieniądze dostarczał rodzinom Franciszek Nachtygal „Kasa”.  W tym też czasie Zacheusz Nowowiejski otrzymał awans na stopień porucznika.

Nastał rok 1945. „Jeż” był świadom bolszewickiego zagrożenia nadciągającego ze Wschodu. Docierały wiadomości o klęsce powstania w Wilnie, w Warszawie. O aresztowaniach żołnierzy AK przez Sowietów. W drugiej połowie 1944 r. na terenie działania Stefana Rudzińskiego „Wiktora” pojawił się polsko – sowiecki oddział wywiadowczy kpt. Siergiejewa. Władze AK wyznaczyły do kontaktów z Siergiejewem por. „Jeża” – wedle zaleceń dowództwa udzielono mu wszelkiej pomocy. Desant ten został zrzucony na zaplecze frontu w okolicach Jabłonki w powiecie nidzickim. Polacy, będący w grupie desantowej, przeszli na stronę polskich partyzantów. Siergiejew był później dowódcą pułku, którego żołnierze zamordowali „Jeża”.

W styczniu 1945 r. Sowieci zaczęli instalować swoje przyczółki władzy na północnym Mazowszu. Trzech oficerów NKWD zakwaterowało się w Zembrzusie w domu Nowowiejskich. Ich pytania, dociekania nie pozostawiały najmniejszych wątpliwości, iż Sowieci planują ujęcie „Jeża”. Byli świetnie zorientowani w sytuacji – wiedzieli, jaką rolę odgrywał Zacheusz Nowowiejski w czasie okupacji niemieckiej.
Już wkrótce NKWD zastąpiły utworzone w marcu struktury UB. Ubecy z nie mniejszą zapalczywością zabrali się za obławę na żołnierzy AK niż ich sowieccy instruktorzy. Aresztowanych z Mławy, Przasnysza, Krasnosielca, Chorzel zwożono na punkt zborny w Ciechanowie, a stamtąd pociągami towarowymi transportowano na nieludzką ziemię. Nie wszystkim dana była nawet ta podła podróż – ginęli w mrocznych podwórkach ubeckich murów. Jedynym zarzutem, oskarżeniem była przynależność do AK.

ROZBICIE MŁAWSKIEJ BEZPIEKI

Na początku lutego 1945 r. „Wiktor” otrzymał rozkaz rozwiązania oddziału partyzanckiego podpisany przez ostatniego komendanta obwodu mławskiego Henryka Tyszkę „Żurka”. Z bólem serca, ale rozkaz został wykonany.
„Jeża” bardzo niepokoiły informacje o aresztowaniach żołnierzy AK. Zamykano nawet ludzi powracających z obozów, z przymusowej pracy czy wysiedleń. Partyzanci postanowili przeciwdziałać narastającemu zagrożeniu, aby nie dopuścić do całkowitego wyniszczenia ludzi związanych z podziemnym państwem polskim.
W połowie marca 1945 r. na terenie powiatu przasnyskiego została powołana do życia Samoobrona Społeczna. Jej organizatorem był Stanisław Rożek „Przebój” (późniejszy ps. „Zych”), komendant „dwójki” Obwodu Przasnysz, żołnierz oddziału „Rąbana”. Funkcję komendanta Ośrodka nr 3 objął Zacheusz, który przyjął nowy pseudonim „Żuk”, na jego zastępcę mianowano Ryszarda Żbikowskiego „Skibę” (po zmianie „Kalina”). Do zadań „Samoobrony Społecznej” należało prowadzenie wywiadu o aresztowanych i miejscach ich przetrzymywania, udzielanie pomocy zagrożonym, organizowanie bezpiecznych kwater. Rozwój wydarzeń spowodował, iż ważnym zadaniem partyzantów stało się odbijanie aresztowanych, przygotowywanie fałszywych dokumentów.

Ryszard Żbikowski ps. „Skiba”, „Kalina”, „Klon”, Komendant Ośrodka Samoobrony Społecznej nr 3, później ROAK [Ruch Oporu Armii Krajowej].

Zacheusz Nowowiejski nie był początkowo zwolennikiem otwartej walki z ubekami, komunistami. Czuł się, jak zwykle, odpowiedzialny za żołnierzy, a sytuacja polityczna nie była zachęcająca do podjęcia walki – Rząd Jedności Narodowej został uznany przez państwa zachodnie. Spokój nie trwał jednak długo…
Do spektakularnej i pierwszej akcji grup zbrojnych, wywodzących się z Samoobrony Społecznej, doszło w bardzo tragicznych okolicznościach. Grupa funkcjonariuszy UB w Mławie poszukując Adama Czaplickiego „Torpedy” byłego żołnierza AK z oddziału Stefana Rudzińskiego, w dniu 28 V 1945 roku dotarła do wsi Ślubowo w powiecie przasnyskim i otoczyła dom Zarębskich, w którym ukrywał się „Torpeda”. Poszukiwanemu udało się uciec, został natomiast zabity zięć Zarębskiego, Tadeusz Długokęcki oraz jego 3-letni syn Janusz. Irenę Długokęcką, będącą w zaawansowanej ciąży, funkcjonariusze UB zmusili do zakopania ciała męża i syna. Następnie aresztowali młodszą córkę Zarębskich, a dom podpalili. Morderstwa te wstrząsnęły miejscową opinią publiczną.
Ich bezpośrednim następstwem było spotkanie Stanisława Rożka, Ryszarda Żbikowskiego i Zacheusza Nowowiejskiego. Spotkanie miało miejsce tam, gdzie doszło do opisanej tragedii. Po krótkiej naradzie zapadła decyzja zaprzestania biernej obserwacji wydarzeń. „Jeż” postanowił odbić dziewczynę oraz kolegów z konspiracji antyniemieckiej, którzy również siedzieli w piwnicach więzienia PUBP w Mławie. Byli to Aleksander Hausman, zajmujący się w podziemiu organizacją wojska, Jan Barański, szef Oddziału Informacji, a potem łączności Obwodu Mławskiego AK, Jan Nowakowski, szef Kedywu, Stanisław Borzuchowski, żołnierz oddziału „Wiktora” i Izydor Bukowski „Burza”. Razem w więzieniu przebywało około 40 osób z tym, że nie wszyscy byli uprzednio związani z konspiracją. Więźniowie ci byli poddawani normalnej procedurze śledczej, w zestaw której wchodziło bicie i tortury. Aleksander Hausman był tak storturowany, że nie mógł chodzić.

Akcja mająca na celu rozbicie więzienia UB w Mławie oraz wypuszczenie więźniów była doskonale przygotowana. Mówi także o tym stosowny zapis w Kronice MO i SB w Mławie, w której czytamy m.in.:
„W nocy 2/3 czerwca. 1945 roku banda BOW [?] pod dowództwem „Jeża” w sile około 15 ludzi, uzbrojona w broń ręczną i maszynową, podszywając się pod funkc[jonariuszy] MO, z rzekomo aresztowanymi, wtargnęła do budynku UBP w Mławie. Po wejściu do budynku rozpoczęli strzelaninę z zaskoczenia i likwidację wartowników. W czasie służby zostali zamordowani funkc[jonariusze] Oraczewski Stanisław, Eugeniusz Lemański, Zbrzyzny Henryk oraz ciężko raniono Stanisława Chylińskiego. Do wtargnięcia bandy i przygotowania im danych o możliwości obrony   Urzędu   dopomógł   magazynier – zbrojmistrz PUBP Nowakowski, a to w ten sposób, że w tym czasie zarządził czyszczenie broni, sam opuszczając przed tym Urząd.
Banda zdołała opanować parter budynku i areszty znajdujące się w piwnicach, z których zostało wypuszczonych około 20 zatrzymanych. Wśród oficerów znajdowało się 3-ch oficerów bandy NSZ „Burzy”, między nimi dowódca oddziału Stanisław Waśniewski, ps. „Orka”, były obszarnik, a w czasie okupacji rządca majątku w Uniszkach Zawadzkich i Gumowskich. Głównym celem operacji bandy było wypuszczenie na wolność aresztowanych, ich przywódców i innych członków bandy przebywających w aresztach.
Wycofując się banda ostrzeliwała budynek Urzędu i obrzuciła granatami, udając się w kierunku ulicy Olsztyńskiej do lasu mławskiego. W akcji pościgowej wzięli udział funkcjonariusze MO i UB oraz żołnierze Armii Czerwonej, w wyniku której został zabity członek bandy Jerzy Mandycz, zam. w Mławie. Po stronie ścigających został ciężko ranny żołnierz Armii Czerwonej, który zmarł w szpitalu w Warszawie”.

W przedstawionym zapisie roi się od nieścisłości, a nawet przekłamań. W meldunku Komendy Powiatowej MO w Mławie do Komendy MO Województwa Warszawskiego w Otwocku z 3 VI 1945 roku, znajdujemy lakoniczną informację:
„Dzisiejszej nocy o godz. 1.00-3.00 dokonano napadu na PUBP w Mławie. Napadu dokonała banda, która rozbiła areszt i wypuściła wszystkich więźniów. Milicja powiatowa i miejska wyruszyła na pomoc. Kilku członków bandy schwytano, 3 ludzi UBP zabito, 1 żołnierza sowieckiego i dwóch żołnierzy polskich. Jeden funkcjonariusz ranny. W całym powiecie zarządzono ostre pogotowie”.

W sprawozdaniu z działalności Powiatowej Rady Narodowej za czerwiec 1945 roku znajdujemy zaledwie mały akapit, dotyczący opisanego wyżej brawurowego wyczynu organizującego się podziemia, a mianowicie, iż „w nocy z dnia 2 na (3) czerwca r.b. dokonany był napad na Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa w Mławie. Napastnicy zwolnili około 40 osób z aresztu PUB. W wyniku zajścia zginęło 3-ch funkcjonariuszów PUB i żołnierz Armii Czerwonej. Śledztwo w sprawie toczy się”.

Zabić „Jeża” – część 3>
Strona główna>

ZABIĆ „JEŻA” – część 3

Najpełniejszą relację dotyczącą okoliczności związanych z akcją na więzienie w Mławie, jak też z odwrotu partyzantów, pozostawił Konstanty Nachtygal, były członek tajnej organizacji dywersyjnej K.7, założonej przed wybuchem II wojny światowej przez polskie władze na pograniczu polsko – niemieckim, w okresie okupacji niemieckiej żołnierz AK – zaopatrzeniowiec oddziału „Wiktora” –  Rudzińskiego, a po jej zakończeniu, od maja 1945 roku żołnierz podziemia niepodległościowego w gminie Szczepkowo Borowe. W 1989 roku Nachtygal ps. „Słowik” złożył następujące oświadczenie:
„Moim dowódcą w WiN-ie był Izydor Bukowski z Dobródki. Nie należałbym do żadnej organizacji, i WiN-u też, gdyby pozwolono mi spokojnie pracować. Pięć dni po zakończeniu wojny przyszli po mnie enkawudyści, ale nie było mnie w domu i dlatego ocalałem. O stosunku nowych władz do mnie świadczy to, że nie otrzymałem ani metra ziemi z parcelacji, gdyż mówiono, że należałem do „pańskiej partii”, czyli AK. Izydor Bukowski był ideowym człowiekiem. Jemu też nie dali żyć. Został aresztowany w pierwszych dniach po wyzwoleniu przez funkcjonariuszy UB z Mławy. Razem z kolegami został przewieziony do Mławy, a wypuszczony przez kolegów z AK: „Arymana” Jana Nowakowskiego i  Wacława Grabowskiego „Puszczyka”. Było to w maju 1945 r. [2/3 czerwca 1945 r.]. Oprócz nich brali udział w rozbiciu UB w Mławie „Beton” – Mieczysław Szczepkowski z Rębowa, „Jeż” –  Zacheusz Nowowiejski z Zembrzusa i „Sowa” – Jan Radzikowski z Grzebska. Innych nazwisk nie pamiętam. Ja miałem za zadanie skontaktowanie ich oraz obserwowanie ruchu na trasie Mława –  Zaborowo. Partyzanci po zakończeniu akcji wrócili wieczorem tego samego dnia. Wiem, że przed napadem byli na Smolarni w Mławie. Ich planom sprzyjało to, że w tym czasie odbywała się zabawa w „Lutni” [dziś gmach Muzeum Ziemi Zawkrzeńskiej oraz Biblioteki Miejskiej, przy ul. 3 Maja w Mławie]. Na zabawie tej było wielu funkcjonariuszy UB i MO. Przed napadem partyzanci zajęli stanowiska w parku miejskim. „Beton”, aby dostać się do Urzędu Bezpieczeństwa pozorował prowadzenie aresztowanych, którymi byli członkowie grupy uderzeniowej. Znali hasło, które brzmiało „Warszawa – Leśna”. Po podaniu hasła funkcjonariusz Urzędu wpuścił ich na teren gmachu. Przy wejściu zabili funkcjonariusza Urzędu. Podobno nikt się nie bronił. Tylko jedną salwę oddano do nich, ale strzelającego uciszono ostrzelaniem z parku. Nie wszyscy aresztowani po ich uwolnieniu chcieli uciekać. Oni wycofali się ul. Leśną do lasu mławskiego, dalej przez Krajewo do Zakrzewa i Zaborowa.
Chciałbym jeszcze wrócić do początku mojej relacji i powiedzieć, jakie wypadki poprzedziły uderzenie na UB w Mławie. Zanim do tego doszło w Dobródce byli aresztowani: Izydor Bukowski „Burza”, Adam Czaplicki „Torpeda”, Witold Pszczólkowski „Wilk”, Stanisław Waśniewski „Bończa”, właściciel majątku ziemskiego Zaborowo, żołnierz AK przed wyzwoleniem. Wtedy, kiedy ich aresztowano nie należeli do żadnej organizacji, gdyż Armia Krajowa została rozwiązana. Aresztowanie to było w tej samej nocy, co aresztowanie na Kolonii Maje u Henryka Majewskiego. Aresztowano tam Stanisława Borzuchowskiego „Niedźwiedzia” z Waśniewa oraz Mirosława Tańskiego z Kwiatkowa w powiecie przasnyskim. Obaj korzystając z nieuwagi funkcjonariuszy uciekli po przerżnięciu przez Majewską sznurów, którymi byli skrępowani. Wszyscy, którzy się tam zgromadzili, nie zamierzali konspirować. Chcieli spokojnie pracować. Niektórzy nie mieli się gdzie podziać np. Waśniewski, gdyż jego dom był zajęty. Tański miał zniszczone gospodarstwo.
Wśród funkcjonariuszy UB był Stanisław Żebrowski z Łączyna oraz Szypulski Antoni z Wieczfni. Oni znali miejsce pobytu byłych partyzantów w Dobródce, gdyż w okresie okupacji niemieckiej ukrywali się tam z akowcami. Kiedy groziło im rozstrzelanie za bandytyzm, wzięto ich do oddziału akowskiego „Wiktora” za poręczeniem Izydora Bukowskiego „Burzy” i Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża”. Szypulski za swoją zdradę został potem zabity przez Tadeusza Piotrkowskiego „Mura” w Wieczfni”.


Dawna siedziba Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Mławie.

Oświadczenie Nachtygala uzupełnia relacja Izydora Nowowiejskiego (brata Zacheusza), w której m.in. podaje:
„Gdzieś pod koniec kwietnia 1945 roku w Dobródce, w domu rodzinnym Izydora Bukowskiego zebrało się kilku chłopców, b. akowców w tym celu, aby porozmawiać na temat co ze sobą zrobić w nowych warunkach, gdzie się urządzić. Nagle przyjechali funkcjonariusze UB z Mławy i wszystkich aresztowali, uciekł tylko Stanisław Borzuchowski „Niedźwiedź”. Zabrali Izydora Bukowskiego. Wydaje mi się, że te aresztowania były przyczyną odbicia więźniów w Mławie. Kto brał udział w odbiciu więźniów dokładnie nie wiem. Na pewno byli tam: Zacheusz Nowowiejski, Stanisław Borzuchowski i Mietek Szczepkowski, wszystkich było chyba dziesięciu. Ilu więźniów wypuszczono, nie wiem. Po rozbiciu więzienia widziałem się z Izydorem Bukowskim. Ten jak pamiętam mówił ze skargą: „Widzisz jakie człowiek ma życie, prześladują, żyć nie dają, jestem kaleką, co mam robić? [„Burza” był ranny w partyzantce w okresie okupacji niemieckiej w rękę i biodro]. Mietek Szczepkowski, Stanisław Borzuchowski i Adam Czaplicki często bywali u Zacheusza. Myśleli o wyjeździe za granicę. Miał to załatwić „Puszczyk” [Wacław Grabowski], który tam był, ale nie doszło do tego, gdyż sugerowano mu w zamian za przerzut kolegów działalność wywiadowczą. On nie chciał przyjąć tej sugestii i tak wszyscy zostali w kraju […]”.

Warto przytoczyć w tym momencie charakterystyczną relację jednego z uczestników rozbicia więzienia, którym był Jan Kocięcia „Orlik”. W swoim liście z 2 IX 1992 roku napisał:
„[…] spotkanie nas biorących udział w tej akcji odbyło się na uliczce za budynkiem gimnazjum, gdzie przypuszczam rozdzieliliśmy zadania. Z tego miejsca poszliśmy cicho w zarośla parku przed UB. Pamiętam, że dla zmylenia czujności wartowników i podejścia jak najbliżej nich, poszło ulicą dwóch „wartowników” z jednym „aresztowanym” w środku. Jednym z „wartowników” był, jak mi się wydaje „Beton”. Po zbliżeniu się tej trójki do prawdziwych wartowników, rozległy się strzały, wówczas my wybiegliśmy z parku do akcji. Nie pamiętam, czy i gdzie były ubezpieczenia na ulicy. Ja byłem w grupie, która wbiegła do piwnicy dla uwolnienia więźniów. Jeszcze dziś pamiętam rozbicie dwóch kłódek, prawdopodobnie strzałem. Nie pamiętam czy i jakie było ubezpieczenie przed piętrami (powyżej parteru). Z budynku UB wybiegliśmy wąską uliczką obok UB (dzisiaj jej nie ma). Po jej drugiej stronie był budynek NKWD, w stronę którego oddaliśmy kilka strzałów. Uliczką tą pobiegliśmy w stronę tzw. Syndykatu i dalej na Mławę. Ostatni raz widzieliśmy się z grupą pod jakimś dębem, skąd my z bratem [Stefan Witold Kocięcki „Miriam”] poszliśmy różnymi drogami do Windyk, gdzie nasza matka miała twierdzić na wypadek, gdyby o nas pytali ubowcy, że w nocy byliśmy u niej, skąd następnego dnia rano poszliśmy różnymi drogami do Mławy, gdzie mieszkaliśmy u żony naszego wuja Pawła Rachockiego „Jurand
a”.[…]”.

Jak podaje Sławomir Rachocki, syn Pawła Rachockiego długoletniego komendanta Obwodu mławskiego AK, broń do akcji na UB oraz materiały wybuchowe były przechowywane w mieszkaniu Rachockich. Należy podkreślić, że podczas rozbicia więzienia niektórzy z aresztowanych osadzeni tam za przestępstwa kryminalne, nie chcieli uciekać z politycznymi, zaś inni więźniowie, którzy tego chcieli, nie mogli opuścić cel o własnych siłach, tak byli pobici podczas śledztwa. M.in. należał do nich Aleksander Hausman, o którym Antonina Dworakowska napisała:
„Podczas rozbicia mławskiego UB Stanisław Borzuchowski wyniósł Aleksandra Hausmana na ramionach, gdyż Olek nie mógł uciekać na własnych nogach. Miał rozbite pięty”.

Po rozbiciu więzienia aresztowani (byli żołnierze AK) rozbiegli się po szerokim świecie. Najwięcej z nich „zamelinowało” się pod innymi nazwiskami w olsztyńskim. Jako ciekawostkę warto podać, że kilkunastu z nich po opuszczeniu gmachu UB, zorganizowaną dla nich furmanką z parą koni, zakupioną za alkohol od Rosjan, dojechało do Olsztyna. Tam ów środek transportu zabrali im inni żołnierze sowieccy. Uciekający przedostali się do Morąga, gdzie zatrzymali się w mieszkaniu Józefy Wiwart pod adresem Ogrodowa 2. Aby żyć zorganizowali bar „Zacisze” (ul. Wyzwolenia 14). Stopniowo potem odchodzili i urządzali sobie życie tak, jak to było możliwe. Wielu z nich doszło do wniosku, że nie uda im się spokojnie żyć i pracować przy działaniu opresyjnych służb sowieckich i polskich. W rezultacie wybrali ponownie konspirację, wiążąc się z siatką Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”.

W akcji na UB w Mławie brało udział kilkudziesięciu byłych Żołnierzy AK. Część z nich z północy powiatu zorganizował i przyprowadził Zacheusz Nowowiejski. Byli to: Bronisław Szymanowicz, Henryk Humięcki „Ordynans”, Jan Brzozowski, Wincenty Mroziński, Tadeusz Chodkowski „Kartacz”, Franciszek Adamkiewicz „Piorun”, Bogdan Kossak, Czesław Bojarski, Eugeniusz Nałęcz, Stefan Budziszewski, Jan Łowicki, Edmund Morawski „Lipa”, Janusz Piotrowski, Mieczysław Szczepkowski „Beton”, Leon Moszczyński, Jan Radzikowski, Stefan Rudziński „Wiktor” i Jan Skierski „Czujny”.
Do drugiej grupy, którą zorganizowali Wacław Grabowski „Puszczyk” i Jan Nowakowski „Aryman” należeli: Antoni Tomczak „Malutki”, Kazimierz Żmijewski „Jan”, Lucjan Krępski „Rekin”, Henryk Barwiński „August”, Władysław Barwiński „Sowa”, Feliks Gutkowski „Gutek”, Piotr Grzybowski „Jastrząb”, Jan Kocięcia „Orlik”. Z Mławy brali udział w akcji Jerzy Mandyć, Jan Chudy oraz Antoni Dzienis.

Rok 1946, Północne Mazowsze. Żołnierze z oddziału Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża”. Stoją od lewej: Mieczysław Szczepkowski „Beton”, Dominik Szempliński „Hipek”, Jan Sobierajski „Hrabia”, Zacheusz Nowowiejski „Jeż”, Mirosław Krajewski „Wiesiek”, Stanisław Borzuchowski „Niedźwiedź”, Stefan Kosiński „Kruk”, Zdzisław Sobierajski „Czesław”, Władysław Kopełowski „Chwast”; leżą: Tadeusz Moszczyński „Feliks”, NN „Wiesiek”, Tadeusz Piotrowski „Zbyszek”.

Podczas akcji zginął Jerzy Mandyć, który popełnił samobójstwo otoczony przez żołnierzy sowieckich w ogrodzie nauczyciela Stanisława Anyszki, przy ul. Olsztyńskiej. Zabity został także czternastoletni uczeń gimnazjum ze Szreńska, mieszkający na stancji u państwa Zofii i Stanisława Anyszków. Na okres 3-ch tygodni aresztowano i osadzono w więzieniu UB właścicieli domu, ich córkę Irenę, oraz mieszkających tam na stancji uczniów Liceum im. St. Wyspiańskiego w Mławie Zygmunta Młodkowskiego, Wacława Szulca i Jerzego Wierzbowskiego. Wkrótce potem aresztowano A. Szulcową zamieszkałą w domu Anyszków. Sprawę tę podniesiono na posiedzeniu Powiatowej Rady Narodowej. W protokole znajdujemy następujący zapis:
„Radny Żugaj [Józef] zabrał głos i wystąpił z wnioskiem, aby w celu zwolnienia rodzin Szulcowej i Anyszków aresztowanych w związku z zajściem, jakie miało miejsce w nocy z 2 na 3 VI r.b. udała się delegacja Rady do Urzędu Bezpieczeństwa z interwencją. Wniosek ten po dłuższej dyskusji przyjęto”.
Aresztowania, jakie miały miejsce po wyżej opisanej akcji dotknęły także Jana Nowakowskiego „Arymana”, w okresie okupacji niemieckiej szefa Kedywu Obwodu Mławskiego AK. Został on osadzony w więzieniu UB w Działdowie. Z uwagi na pełnioną funkcję oraz dużą wiedzę o konspiracji, wśród kolegów aresztowanego zapadła decyzja o jego odbiciu. Do realizacji tego planu nie doszło, gdyż „Arymana” wywieziono do innego więzienia.

Akcja rozbicia więzienia UB w Mławie odbiła się szerokim echem na Mazowszu, będąc dla podziemia pokrzepieniem, zaś dla funkcjonariuszy UB i MO przestrogą. Warto podkreślić, ze w akcji pościgowej poza funkcjonariuszami SB i MO
brali także udział żołnierze sowieccy miejscowego garnizonu.
Po tych wydarzeniach por. Zacheusz Nowowiejski „Jeż” rozlokował swoich ludzi w terenie, a sam wyjechał w okolice Nidzicy i pod zmienionym nazwiskiem, jako Marian Smoliński, podjął pracę w PGR, na stanowisku kierownika gorzelni.
Po wielu latach od opisywanych wydarzeń próbował je odtworzyć i opisać Władysław Śniadowski w artykule zatytułowanym publicystycznie „Noc tańca i śmierci”, zamieszczonym w czasopiśmie resortowym „W Służbie Narodu”. Autor dokonuje rekonstrukcji wydarzeń, jakie miały miejsce w nocy z 2/3 czerwca 1945 roku w gmachu UB w Mławie. Trzeba podkreślić, że jego tekst podrasowany literacką fantazją, w wielu miejscach przekłamany, dostarcza jednak wielu szczegółów, które pozwalają uzupełnić opis wydarzeń, jaki podawali uczestnicy akcji oraz świadkowie.
Do daleko idących uproszczeń, czy też fantazji piszącego, należy zaliczyć rozbieżności między „Puszczykiem” a „Jeżem”. Ten ostami był niewątpliwie dowódcą akcji jako wyszkolony oficer rezerwy jeszcze przed wybuchem wojny, a ponadto posiadający doświadczenie partyzanckie z lat wojny oraz wielki autorytet w miejscowym podziemiu. „Puszczyk” natomiast, to młody, ofiarny i pełen inicjatyw człowiek, który jednak nie mógł przeciwstawiać się „Jeżowi”, czy też być w stosunku do niego arogancki, jak to przedstawił w swoim artykule Śniadowski.
Nie odbiegają natomiast od rzeczywistości ustalenia autora co do tego, że „chłopcy z lasu” mieli świetnie rozpracowany przedmiot operacji, jak też zainspirowali zabawę strażacką (w gmachu „Lutni”), która odciągnęła z budynku część funkcjonariuszy UB, znali także hasło obowiązujące strażników w tym dniu, jak też świetnie przygotowali odwrót. Nie jest natomiast ścisłe twierdzenie, że wśród atakujących był Paweł Nowakowski „Łysy”. Na początku czerwca 1945 roku „Jeż” należał, jak to wyżej pisaliśmy do Samoobrony Społecznej, a „Łysy” jeszcze czekał, jeszcze obserwował co się dzieje, nie był związany z żadną z ówczesnych organizacji. Stał się jednym z głównych przywódców ROAK dopiero w 1946 roku.

Zabić „Jeża” – część 4>
Strona główna>

ZABIĆ „JEŻA” – część 4

Opisane wydarzenia spowodowały różnorakie skutki po obu stronach barykady. Pierwszą reakcją była satysfakcja krzywdzonych i poniżonych, wyrażana stwierdzeniem: „A dobrze im, utarli im wreszcie nosa”.
Wśród wielu tych, którzy związali się z „władzą ludową”, w szczególności zaś pośród członków PPR, pojawiły się elementy paniki, które natężały się w miarę, jak zaczęły przenikać wiadomości o napadach zidentyfikowanych lub niezidentyfikowanych grup podziemnych na funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa, aktywistów partyjnych (PPR), donosicieli lub zbyt gorliwych urzędników władz administracyjnych.
„Krajobraz po pierwszej bitwie” w ciekawy sposób ujął Stanisław Męzik, funkcjonariusz UB, który wrócił z kursu w Łodzi w sierpniu 1945 roku. Napisał on m.in.:
„Ludzie przyjęli napad bardzo dobrze, gdyż nie lubili Urzędu Bezpieczeństwa i dlatego cieszyli się, że Urząd dostał po nosie. Z więzienia UB zostało wypuszczonych około 30 ludzi. Wśród nich był por. Aleksander Hausman. Innych nazwisk nie znam. Po napadzie było wiele aresztowań. Aresztowany został m.in. Włodzimierz Rakowski, z zawodu fryzjer oraz prof. Stanisław Anyszko. Oni nie należeli do podziemia. Aresztowania były na ślepo. […]. Po napadzie wielu aktywistów partyjnych uciekło z Mławy, gdyż się bali. Przede wszystkim wyjechała kolonia żydowska (chyba 200 osób). Żydzi mieszkali wówczas przy ul. Długiej…. Wiem, że uciekli: Rawa (Rosenberg) i jego siostra Rosenbergowa. Uciekła również Rokicka, szefowa Związku Walki Młodych w powiecie”.

OTWARTA WALKA

Stopniowo z mławskiego regionu uciekli także ludzie podziemia. Należeli do nich na ogół ci, którzy w okresie okupacji niemieckiej pełnili znaczące funkcje w miejscowej organizacji AK. Stosunkowo szybko opuścili region mławski Paweł Rachocki „Rymsza”, „Jurand”, „Lech” – komendant Obwodu AK, Bolesław Kościanowski „Otto” – szef Oddziału Wojskowego, Władysław Rabkiewicz  „Sławicz”, „Felek”, „Janusz”, „Chłopak” – szef wywiadu, inż. Ryszard Bagiński – szef kontrwywiadu, Stefan Rudziński „Wiktor” dowódca oddziału partyzanckiego, Jan Nowakowski „Aryman” – szef Kedywu, Edward Szypulski – szef Wydziału Wojskowego w placówce miejscowej AK, Tadeusz Rybicki „Jola” – pracownik „dwójki”, Jan Bojarski pracownik „dwójki”, Mieczysław Szczepkowski „Beton” – żołnierz oddziału partyzanckiego, Janusz Piotrkowski żołnierz oddziału partyzanckiego „Wiktora”, Franciszek Brzozowski – nauczyciel, żołnierz AK, Stanisław Borzuchowski „Niedźwiedź” – żołnierz oddziału partyzanckiego oraz komendant placówki Szczepkowo, Jan Barański „Robak”, „Skowron”, „Bazik” – szef łączności Obwodu Mławskiego, Aleksander Koronowski „Alek” – szef Oddziału Organizacyjnego placówki Mława, Jan Przybysz „Tomek” – komendant placówki „Dębsk” (Szydłowo), Halina Szczepańska – Galińska – łączniczka Obwodu, Witold Mutrynowski – pracownik wywiadu i wielu, wielu innych.
Z wybitniejszych żołnierzy podziemia pozostali na Ziemi Mławskiej lub na jej obrzeżach Paweł Nowakowski „Łysy”, Wacław Grabowski „Puszczyk”, Izydor Bukowski  „Burza” oraz Zacheusz Nowowiejski „Jeż”. Na ich decyzje miały wpływ uwarunkowania rodzinne, jak też chyba nadzieja, że „jakoś się rzeczy ułożą, może ta władza zmądrzeje, wszak nie działaliśmy przeciwko Polsce, walczyliśmy przecież przez kilka lat jej suwerenność”. (relacja Pawła Nowakowskiego).

Rok 1946. Północne Mazowsze. Żołnierze z oddziału Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża”. Siedzą od lewej: Tadeusz Moszczyński „Feliks”, Zdzisław Sobierajski „Czesław”, Dominik Szempliński „Hipek”, Władysław Kopełowski „Chwast”; u góry: NN „Wiesiek”, Stefan Kosiński „Kruk”.

Ostatni z wymienionych – „Jeż”, jak wyżej podaliśmy, po zamelinowaniu swoich chłopców, biorących udział w rozbiciu mławskiego UB, zatrzymał się na pograniczu powiatu mławskiego i nidzickiego. Chciał spokojnie pracować. Jak napisał ks. Michał Grzybowski, autor jego szkicu biograficznego:
„Zacheusz Nowowiejski był przeciwnikiem walki, która przybierała coraz bardziej charakter bratobójczy. Unikał starć, aby nie narażać życia młodych Polaków tak z jednej, jak z drugiej strony. Po powstaniu i ukształtowaniu się Rządu Jedności Narodowej, który został uznany przez państwa zachodnie, ukrywający się AK-owcy i żołnierze innych ugrupowań byli przekonani, że znaleźli się w beznadziejnej sytuacji. Powstała nawet myśl o podjęciu próby przejścia całego oddziału na Zachód. Plan był trudny do zrealizowania ze względu na znaczne nasycenie terenu pracownikami UB i konfidentami, wkrótce z niego zrezygnowano”.

Potwierdzeniem takiej postawy „Jeża” jest m.in. „Kronika MO i SB” powiatu mławskiego, w której brak informacji mówiącej o jakichś atakach przemocy w powiecie mławskim ze strony Nowowiejskiego i podległych mu żołnierzy podziemia. Według dostępnych źródeł, jak już wyżej podano, „Jeż” nie chciał walczyć ani zabijać, chciał spokojnie żyć, na co nowa władza mu nie zezwoliła. Wieści o akcji żołnierzy podziemia niepodległościowego szybko rozchodziły się wśród mieszkańców Mazowsza. UB zrozumiał po raz kolejny, że ma do czynienia z dowódcą o nieprzeciętnych zdolnościach i umiejętnościach.
Warto przytoczyć w tym miejscu relację Janiny Grędzińskiej, która dobrze znała Nowowiejskiego i miała z nim kontakty zarówno w okresie okupacji niemieckiej, jak też po jej zakończeniu:
„Sytuacja okupacyjna nie dawała wyboru w metodach walki. Trzeba było zabić, aby umożliwić życie innym ludziom. Ciężkim przeżyciem dla Zacheusza Nowowiejskiego była śmierć kolegów w szeregach partyzanckich i śmierć ludności cywilnej, ale najciężej przeżywał śmierć Polaków, którzy ginęli od polskiej kuli. Dręczyło go pytanie, czy naprawdę musiał umrzeć. Bardzo dbał o życie ludzi i nigdy nie narażał życia kolegów. […] Zacheusz Nowowiejski marzył o normalnym życiu, o pracy, o szkolnictwie, był przecież nauczycielem i nauczanie było mu bliskie.[…] Ściganie b. partyzantów przez NKWD i UB i przez miejscowe władze: najazdy, rewizje, aresztowanie, deportacje, atmosfera zagrożenia spowodowały, że Zacheusz ponownie poszedł „do lasu” i zaczął konspirować, chwycił za broń. Zacheusz Nowowiejski wierzył, że nowo organizujący się w Polsce ustrój, jest ustrojem tymczasowym, przejściowym, że musi się skończyć”.
Autorka relacji zapytana, czy Nowowiejskiemu bliższe były poglądy romantyków, czy pozytywistów, napisała:
„Moim zdaniem bliższe mu były poglądy pozytywistów. Jego celem jako żołnierza podziemia nie było „paść na szczycie”, lecz ocalić życie swoje i innych. Nie był marzycielem, który dąży do sławy, lecz realistą, któremu przyświeca ideał utylitarny pracy dla społeczeństwa. Kochał ludzi bardziej niż nienawidził wrogów. Był realistą. […] Przytoczę dwie wypowiedzi Zacheusza Nowowiejskie
go, które moim zdaniem ilustrują pewne rysy jego charakteru. W rozmowie spytałam go: „dlaczego Pan nie oddali się stąd, nie zmieni swojego zamieszkania? Odpowiedział: a koledzy, co z nimi? Innym razem mówiliśmy o błędach, które popełniały ówczesne władze. Spytałam: gdyby Panu powierzono tekę ministra oświaty, co by Pan zmienił? Ku mojemu zdziwieniu odpowiedział: nie przyjąłbym, rządzić jest bardzo trudno”.

Przytoczone poglądy określały jego działania. Jego marzenia o spokojnej pracy były przerywane przez funkcjonariuszy UB. Z tych względów przestał pracować w Sławce Małej w powiecie nidzickim, gdzie przez pewien czas był kierownikiem gorzelni, potem krótko pracował jako nauczyciel w pobliżu Grudziądza, ale tam również został „namierzony” przez UB. Wrócił wtedy w strony ojczyste i pędził życie „kryjaka”. Często bywał w domu aby pomagać rodzicom. Wtedy, kiedy zjawiał się w domu, pilnowała go cała wieś, aby znienacka nie porwali go funkcjonariusze UB. Zacheusz Nowowiejski był szanowany i lubiany w swoim środowisku. Uważano go za bohatera.
W powiecie mławskim tylko nieliczni skorzystali z amnestii. Wśród nich nie było Zacheusza Nowowiejskiego. „Jeż” na krótki czas musiał zniknąć, na lewych papierach zaszył się w okolicach Nidzicy. W związku z zaistniałą sytuacją 2 IX 1945 roku Samoobrona Społeczna została włączona do powstałej organizacji Wolność i Niezawisłość [WiN]. 1 listopada 1945 roku został aresztowany w Przasnyszu Ryszard Żbikowski „Kalina”, „Klon”, komendant Ośrodka Samoobrony nr 3. Otrzymawszy wiadomość o aresztowaniu przyjaciela, „Jeż” powrócił w teren i  przejął po nim dowództwo Ośrodka. Wrócił, by znowu dawać się we znaki „resorciakom”, jak miejscowa ludność nazywała funkcjonariuszy resortu bezpieczeństwa.

Informacja o jego powrocie dotarła do Powiatowego Urzędu BP w Przasnyszu, gdzie zapadła decyzja schwytania „Jeża” w jego mateczniku, tj. we wsi Zembrzus. Zanim wyruszyła do wsi ekspedycja funkcjonariuszy UB, „Jeż” otrzymał wiadomość o jej wyjeździe. Następstwem tej informacji było zorganizowanie przez niego zasadzki w okolicy leśniczówki Jarzynny Kierz. Kiedy samochód z ekspedycją karną znalazł się w polu rażenia broni maszynowej, partyzanci „Jeża” otworzyli ogień do kół samochodu, którym jechali funkcjonariusze. Przedziurawione opony uniemożliwiły im kontynuowanie misji. Wyszli wtedy z samochodu zaskoczeni, z rękami w geście poddania. Następnie na wezwanie „Jeża” złożyli broń. „Jeż” w takich wypadkach wygłaszał krótkie przemówienia. Uczynił tak i tym razem. Oświadczył, że nie chce bratobójczych walk, skonfiskował broń i puścił wolno UB-owców, chociaż niektórzy jego żołnierze byli temu przeciwni.

Żołnierze por. Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża”. Od lewej stoją: Stanisław Borzuchowski „Niedźwiedź”, Tadeusz Piotrowski „Zbyszek”, Mieczysław Szczepkowski „Beton”, Zacheusz Nowowiejski „Jeż”, klęczy Mirosław Krajewski „Wiesiek”.

W grudniu 1945 roku na rozkaz „Jeża” pododdział dowodzony przez Edmunda Morawskiego ps. „Lipa” uwolnił z aresztu milicyjnego w Chorzelach 14 aresztowanych, bez strat własnych. Wiosną 1946 roku „Jeż” ponownie zorganizował zasadzkę na grupę operacyjną PUBP i MO z Przasnysza. Zasadzkę poprzedził telefon informujący, że posterunek MO w Chorzelach jest oblegany przez bandytów z podziemia. Podstęp się udał, gdyż grupa operacyjna wyjechała z odsieczą w kierunku Chorzel. Kiedy samochody funkcjonariuszy znalazły się w lesie rembielińskim na wysokości stanowisk partyzantów, otrzymały jak w czasie zasadzki w Jarzynnym Krzu, silny ogień po oponach, który unieruchomił samochody karnej ekspedycji. Funkcjonariusze na rozkaz „Jeża” oddali broń. Następnie wprowadzono ich do lasu i rozebrano do bielizny i tak „pohańbionych” uwolniono, z tym, że jeńcy musieli wysłuchać przemówienia dowódcy oddziału partyzanckiego, który mówił im, że służą Rosji Sowieckiej, a nie wolnej Polsce.

W kwietniu 1946 roku „Jeż” ponownie w pobliżu leśniczówki Jarzynny Kierz dokonał kolejnej zasadzki i uwolnił z rąk funkcjonariuszy UB kilku aresztowanych z okolic Janowa, którzy byli transportowani do Przasnysza.
W maju 1946 roku zlecił Henrykowi Humięckiemu ps. „Ordynans”, żołnierzowi swojego oddziału, mieszkającemu w Krzynowłodze Małej, odbicie z więzienia Edmunda Morawskiego ps. „Lipa”, „Jarzębina” (dowódcy akcji na areszt MO w Chorzelach), który przebywał w więzieniu UB w Przasnyszu i był torturowany. W związku z tym, że poparzono mu i pokaleczono nogi, przywieziono go do miejscowego szpitala. „Jeż” uznał, że jest to właściwy moment do odbicia „Jarzębiny”, pomimo, że był on pod strażą dwóch funkcjonariuszy UB. Organizując akcję, nawiązał kontakt z siostrą szarytką, która pracowała w miejscowym szpitalu. Do zadań jej należało pozostawienie otwartego okna w łazience i doprowadzenie tam Morawskiego.
W akcji tej, która zakończyła się sukcesem, oprócz dowódcy – por. „Jeża”, poza Henrykiem Humięckim brali udział: Józef Olkowski „Puk”, Henryk Krajewski „Szary” oraz Wacław Masalski „Śmiały”, byli żołnierze AK. Późniejsze losy Krajewskiego i Masalskiego są kolejnym przykładem, jak ówczesne władze szanowały swoje przyrzeczenia dotyczące amnestii. Zarówno Masalski, jak i Krajewski po ujawnieniu się zostali aresztowani, torturowani oraz otrzymali długoletnie kary więzienia.

Zabić „Jeża” – część 5>
Strona główna>

ZABIĆ „JEŻA” – część 5

Interesującym uzupełnieniem opisanej wyżej akcji oraz losów Zacheusza Nowowiejskiego, jest oświadczenie, jakie złożył Kazimierz Chrzanowski w 1994 roku:
„Po odbiciu ze szpitala Edmund Morawski został przywieziony do mnie do Duczymina (w maju 1946 roku). Byłem w tym czasie sekretarzem Zarządu Gminnego w Duczyminie. Rany na jego stopach były nie zagojone, a kości wystawały z ran. Stan jego nóg (stóp) wymagał natychmiastowej pomocy. Przywiozłem wtedy do rzekomo chorej żony lekarza Wacława Bendowskiego z Chorzel. Gdy zobaczył kogo ma leczyć, zdenerwował się, ale o nic nie pytał. Receptę napisał na moje nazwisko. Leki te zmniejszyły ból i nastąpiło gojenie ran. Morawski ukrywał się w naszym mieszkaniu około dwóch tygodni, potem ze względu na nasze bezpieczeństwo, wywiozłem go do rodziców do wsi Brzuzy Płockie. Opowiadał mi, że przez cały czas aresztowania przetrzymywany był w małej komórce. Był tak wyczerpany przesłuchaniami i biciem, że znajdował się w stanie krytycznym pod względem fizycznym i psychicznym. Pewnego dnia usłyszał pod drzwiami komórki słowa szefa UB Tramsa, że od Morawskiego już się nic nie dowiemy i że czas skończyć z tą padliną. Po kilkunastu minutach przyszedł funkcjonariusz UB celem zabrania go z komórki. Powiedział mi, że zdawał sobie sprawę, że czeka go śmierć i zażądał widzenia z szefem UB. Uważał, że jedyną szansą uratowania życia jest deklaracja powiedzenia wszystkiego, co wie o członkach organizacji i miejscu przechowywania broni. Obecny stan zdrowia, żeby mógł to wszystko powiedzieć, wymagał leczenia. Miał nadzieję, że jeżeli jego propozycja zostanie spełniona i zostanie przewieziony do szpitala, to Zacheusz Nowowiejski zorganizuje jego odbicie, podobnie jak wielokrotnie organizował odbicie innych członków organizacji. Szef UB Trams przyjął jego propozycję i pod strażą funkcjonariuszy UB, został umieszczony w miejscowym szpitalu. Zacheusz Nowowiejski nie zawiódł go i został odbity.
Po zabójstwie Zacheusza Nowowiejskiego i po uchwaleniu amnestii, w dniu 18 kwietnia 1947 roku kilkunastu członków naszej organizacji w tym ja i Edmund Morawski zgłosiło się do UB w Przasnyszu celem ujawnienia się. Przesłuchania do protokołu trwały do rana 19 kwietnia 1947 roku (najdłużej E. Morawskiego). Po zakończeniu przesłuchań, szef UB Trams zorganizował posiłek w restauracji. W czasie posiłku Trams powiedział do E. Morawskiego, że udało mu się wykiwać UB. Dodał, że gdyby tego nie zrobił, to dziś na pewno nie byłoby go wśród nas.
Na koniec nadmieniam, że Zacheusz Nowowiejski w drugiej połowie listopada 1946 roku (daty dokładnie nie pamiętam) nocował w naszym mieszkaniu w Duczyminie. Było to moje ostatnie z nim spotkanie. (W niedługim czasie został zabity). W rozmowie ze mną powiedział, że wraca z narady zorganizowanej w powiecie ostrołęckim, na której zostały przekazane dyspozycje ujawnienia się po uchwaleniu amnestii. Uznano prowadzenie dalszej walki za bezcelowe.”


Por. Zacheusz Nowowiejski „Jeż”.

Oddział „Jeża” jeszcze wielokrotnie ratował z opałów ludzi aresztowanych, przewożonych w pobliżu Janowa. UB nie wyprawiał się w okolice Janowa i Zembrzusa mniejszym oddziałem niż pluton. Jak ognia bali się okolic Jarzynnego Krzaka, gdzie ni stąd, ni zowąd pojawiali się partyzanci „Jeża”.

„JUŻ ZACHEUSZ NIKOGO NIE UWOLNI…”

Na „Jeża” organizowano obławy, szczególnie w jego rodzinnej wsi i w domu rodziców. Funkcjonariusze UB byli bezwzględni. Matka „Jeża” musiała znieść wiele udręk fizycznych i psychicznych od pracowników bezpieki, ordynarnych, popisujących się swoją władzą i plugawym słownictwem. Niemal po każdej takiej wizycie, młodszy brat „Jeża” był aresztowany i bez wyroku przetrzymywany w areszcie UB w Przasnyszu. Bezustanne tropienie „Jeża” musiało w końcu przynieść pożądany dla ubeków rezultat. Dużą rolę odegrali zwerbowani przez UB konfidenci. Do aresztowań członków AK przyczyniali się tacy kapusie, jak np. Antoni Szypulski, Stanisław Zebrowski „Zając”.

6 grudnia 1946 r. oddział funkcjonariuszy UB z Przasnysza na czele z por. Madziarem, silnie wzmocniony przez doborową jednostkę – pluton żołnierzy z 3. Pułku Ułanów Warszawskich pod dowództwem kpt. (rtm.) Mieczysława Radaja – dokonał obławy na rodzinną wieś „Jeża” – Zembrzus. Przeciwko jednemu partyzantowi skierowano kilkadziesiąt uzbrojonych po zęby osób. Dowódcą pułku był gen. Siergiejew, sowiecki oficer, który w drugiej połowie 1944 r., jeszcze w stopniu kapitana, prowadził rozmowy z „Jeżem”. Zacheusz nie poddał się. Próbował ucieczki w kierunku bagien. Zawsze mówił, że nie da się wziąć żywy. Kapitan Radaj oparł karabin o płot i strzelał do uciekającego partyzanta. Ranny „Jeż”, będąc bez szans na przebicie się przez obławę, przyłożył pistolet do głowy i ostatni strzał przeznaczył dla siebie.

Wycinek mapy terenu [WIG 1931], gdzie 6 grudnia 1946 r.  zginął por. Wiktor Zacheusz Nowowiejski „Jeż”. Na czerwono oznaczono rejon wsi Zembrzus – Mokry Grunt, gdzie rozegrała się ta tragedia. [kliknij w miniaturę mapy]

Brat Zacheusza Nowowiejskiego – Izydor, w następujący sposób opisał okoliczności jego śmierci:
„„Jeż” został napadnięty i zamordowany 6 grudnia 1946 roku w swoim rodzinnym domu. W dniu tym z ojcem w stodole czyścił żyto. Około godz. 12.00 na podwórku pojawiło się ośmiu ułanów w mundurach LWP. W dniu tym była obfita mgła. „Jeż” próbował opuścić stodołę, został jednak zauważony przez jednego z prześladowców, który za nim popędził, prawdopodobnie dogonił i zamordował. Widoczne były ślady na twarzy denata. W tym czasie wieś była otoczona przez 34 kawalerzystów, wyposażonych w broń maszynową i tabory. Ciało tragicznie zmarłego zostało w najgłębszej tajemnicy przed ludnością zembrzuską wywiezione. Pokazano je dopiero pracownikom gminy Dzierzgowo, wśród których był kolega szkolny „Jeża”.”

Ciało „Jeża” ubecy przewieźli do UBP w Przasnyszu. Następnego dnia aresztowano rodziców zmarłego i jego sąsiadów. Przetrzymywani byli w areszcie przez kilka dni, a następnie przedstawiono im zwłoki zmarłego, celem stwierdzenia tożsamości. Jego zwłok nie zwrócono. Nie ma on własnego grobu. Na złożoną prośbę do prezydenta Bieruta w sprawie oddania zwłok „Jeża”, odpowiedź brzmiała: „Ze względu na możliwości manifestacji pogrzebowych i konieczność zachowania spokoju, nie jest wskazane oddanie zwłok”.

Wykonana przez funkcjonariuszy UB z Przasnysza fotografia por. Wiktora Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża”, poległego w walce 6 XII 1946 r. w miejscowości Zembrzus – Mokry Grunt.

Ryszard Żbikowski „Skiba” tak zapamiętał ostatnie spotkanie z por. Zacheuszem Nowowiejskim:
„Było to w grudniu 1946 r. Siedziałem wtedy w areszcie śledczym w Urzędzie Bezpieczeństwa przy ul. Joselewicza [w Przasnyszu]. W porze obiadowej wywołali mnie z celi i  doprowadzili do gar
ażu znajdującego się po drugiej stronie ulicy. Garaż ten, przyległy do kamienicy Maćkowskich i stanowiący ich własność, zajmowali ubecy. Kiedy otworzyli szerokie drzwi, ujrzałem w głębi na betonowej posadzce zwłoki człowieka z widocznym postrzałem twarzy. Zdrętwiałem na moment rozpoznawszy w nim Zacheusza. Zapytano mnie, czy go znam, a ściślej, czy znam tego bandytę? Odpowiedziałem, że nie znam. Tak się wtedy odpowiadało, ale po spodniach, pasku, kształcie całej postaci, a nawet twarzy – choć zniekształconej postrzałem –  rozpoznałem Zacheusza Nowowiejskiego od pierwszego momentu, od pierwszego objęcia wzrokiem postaci leżącej martwo na podłodze. Po niedługiej chwili odprowadzili mnie do celi, gdzie po jakimś czasie doszedłem do siebie i uświadomiłem równocześnie, że to już koniec, że Zacheusz już nas nie uwolni, a tą nadzieją żyliśmy. On jeden mógł tego dokonać.”

Rodzicom odmówiono chrześcijańskiego pochówku syna, wydania zwłok. Nie pomogły pisma do prezydenta Bieruta. Zdjęcia pośmiertne Zacheusza rodzina Nowowiejskich uzyskała nielegalnie od fotografa z Przasnysza współpracującego z AK. W domu Nowowiejskich trwały bezustanne rewizje przeprowadzane przez aparat bezpieki. Brat Zacheusza Henryk, często trafiał na wiele tygodni do aresztu. W maju 1948 r. w poszukiwaniu broni rozebrano do fundamentów budynki gospodarcze. W PRL rodzina Nowowiejskich traktowana była przez komunistów jako rodzina bandycka. Do 1957 r. pozbawiona była np. prawa do głosowania i innych praw obywatelskich.

Śmierć „Jeża” stała się przyczyną powstania dwóch legend: białej i czarnej. Pierwszą z nich stworzył on sam swoim pięknym życiem nauczyciela, żołnierza Września oraz konspiracji antyniemieckiej i antykomunistycznej, człowieka szlachetnego, który nie zawodził swoich przyjaciół. Legenda ta przetrwała wśród miejscowego społeczeństwa lata oficjalnej niepamięci, bądź też jej zohydzania przez propagandę komunistyczną.
Czarną legendę o nim stworzyli piszący na zamówienie ówczesnych władz, jak też niektórzy nauczyciele wykładający historię. Ta zafałszowana historia była niestety wtłaczana do świadomości uczniów szkół średnich oraz studentów. Przygnębiającym przykładem takiej indoktrynacji są wypracowania na ten temat „zadawane” uczniom Liceum Ogólnokształcącego w Przasnyszu, stolicy Ziemi, gdzie nasz Bohater pozostawił niekwestionowany dorobek w zakresie patriotycznej służby narodowej.

Na zakończenie opisu losów „Jeża”, warto – pomni przesłania Z. Herberta o potrzebie ścisłości –  przypomnieć nazwiska niektórych żołnierzy i współpracowników jego oddziału, z których wielu zapłaciło bardzo wysoką cenę za swój patriotyzm, poświęcenie i oddanie sprawie niepodległości Ojczyzny. Byli to m.in.: Henryk Humiecki „Ordynans”, Józef Olkowski „Puk”, Henryk Krajewski „Szary”, Wacław Masalski „Śmiały”, Edmund Morawski „Lord”, Mirosław Krajewski „Wiesiek”, Zygmunt Tański „Bursztyn”, Tadeusz Moszczyński „Feliks”, Jan Woźniak „Dąb”, Wincenty Łazicki „Brzózka”, Jan Sobierajski „Hrabia”.
Do żołnierzy ROAK, którymi dysponował w razie potrzeby Zacheusz Nowowiejski, należeli: Czesław Stefański, Dominik Szempliński „Hipek”, Stefan Kosiński „Kruk”, Kazimierz Bartnikowski, Wincenty i Henryk Popielarscy, Witold Ciesielski, wszyscy z Dzierzgowa, Mirosław Tański z Kwiatkowa, Alfred Morawski ze wsi Czarzaste Błotki oraz Stanisław Konstanty, Andrzej i Ignacy Sztrajbowie z Szumska.
Spośród wymienionych dowódcami patroli byli: Edmund Morawski oraz Zygmunt Tański. Latem 1946 roku zostali aresztowani i skazani na długoletnie więzienie: Jan Woźniak, Zygmunt Tański i Wincenty Łazicki.
Zaopatrzeniowcem, skarbnikiem i gospodarzem oddziału „Jeża” był Zdzisław Sobierajski „Czesław”.
Oddział por. Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża” korzystał z kwater u  Walentego Pszczółkowskiego w Krajewku,  Haliny i Zofii Kołakowskich także w Krajewku, Stanisława Krajewskiego w Trzaskach,  Stanisława Kownackiego w Połciach, Jana Moszczyńskiego i Zenona Borowych, Stanisława Czarneckiego w Skrodach, Jana Bukowskiego w Giewartach, Henryka Gostkowskiego w Zakrzewie, Henryka i Stanisława Olszewskich w Chmielewku i Majewskich w Waśniewie – Grabowo.
Cześć Ich Pamięci !!!

Powyższy tekst powstał w oparciu o artykuł Dariusza Jarosińskiego pt. Zabić „Jeża”, który ukazał się pierwotnie w „Niezależnej Gazecie Polskiej” Nr 10 (32)/2008 oraz na podstawie książki Ryszarda Juszkiewicza, Ziemia Mławska w latach 1945-1953. Walka o wolność i suwerenność, Mława 2002. Drobne uzupełnienia pochodzą z artykułu Aleksandry Piaseckiej, zamieszczonego na stronie Gminy Janowo. Artykuły D. Jarosińskiego i  A. Piaseckiej powstały na podstawie publikacji ks. Michała Grzybowskiego, Ta Ziemia o Nim Pamięta. Zacheusz Nowowiejski »Jeż« 1915-1946, Płock 1993.

Przy powstaniu tekstu wykorzystano również:
Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956, red. Rafał Wnuk, Sławomir Poleszak, Agnieszka Jaczyńska, Magdalena Śladecka, Warszawa – Lublin 2007,
Świercz
Stanisław, Ostatnim partyzantom Ziemi Mławskiej, Mława 2006,
Żołnierze Wyklęci. Antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 roku, Warszawa 2002.

Zabić „Jeża” – część 1>
Strona główna>

Ppor. Aleksander Kowalewski "Bęben" – część 1

Ppor. Aleksander Kowalewski ps. "Bęben", "Rejtan" i suwalsko – augustowski obwód WiN


Ppor. Aleksander Kowalewski ps. "Bęben", "Rejtan"

Aleksander Kowalewski urodził się 19 sierpnia 1914 roku w Macharcach, gmina Giby, powiat Suwałki. Był synem Władysława i Franciszki z Warakomskich. Przed wybuchem II wojny św. ukończył 7 klas szkoły powszechnej i odbył służbę wojskową w 41 Pułku Piechoty Strzelców Suwalskich im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Suwałkach (1937 r. – 1938 r.). W 1939 r. został zmobilizowany, kampanię wrześniową odbył w 1 batalionie 41 p.p., w plutonie łączności, walczącym w składzie 29 D.P. w Armii ,,Prusy”, w stopniu kaprala. Po ucieczce z niewoli wrócił w rodzinne strony. W 1940 r. wstąpił do Związku Walki Zbrojnej. W 1941 roku rozpoczął służbę w oddziale partyzanckim ogniomistrza Albina Drzewieckiego "Konwy”. W oddziale tym był dowódcą drużyny a potem dowódcą plutonu. Następnie pełnił funkcje:
– zastępcy dowódcy plutonu "Kedyw” w sztabie obwodu suwalskiego AK
– zastępcy plutonu żandarmerii w sztabie obwodu suwalskiego AK
– dowódcy plutonu żandarmerii na terenie obwodu suwalskiego AK

Za służbę w szeregach Armii Krajowej został odznaczony:
– Krzyżem Walecznych po raz pierwszy, w dniu 3.05.1943 r., nr legitymacji 33391
– Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami, w dniu 11.11.1943 r.
– Orderem Virtuti Militari kl. V , w dniu 15.08.1944 r., nr legitymacji 13269
– Medalem Wojska po raz 1, 2, 3 i 4, w dniu 9 marca 1967 r., nr legitymacji 11756
– Krzyżem Armii Krajowej, w dniu 30 sierpnia 1967 r., nr legitymacji 193

awansowany:
– do stopnia plutonowego, w dniu 11.11.1942 r.
– do stopnia sierżanta, w dniu 15.08.1943 r.
– do stopnia starszego sierżanta, w dniu 3.05.1944 r.
– do stopnia podporucznika, w dniu 15.08. 1944 r.

Aresztowany przez NKWD wraz ze swoim dowódcą ogniomistrzem Albinem Drzewieckim "Konwą”, w sierpniu 1944 r. uciekł podczas konwojowania grupy w kierunku Litwy i ukrywał się, prawdopodobnie w okolicach miejsca zamieszkania. W czerwcu 1945 r. nawiązał kontakt z odziałem samoobrony sierżanta Władysława Stefanowskiego "Groma”. Po rozbiciu oddziału i śmierci "Groma” w bitwie z Sowietami w okolicach jeziora Brożane, w dniu 12 lipca 1945 r. pozostał w konspiracji. Wtedy też rozpoczął tworzenie oddziału, w skład którego weszli ukrywający się żołnierze AK. Do września 1945 r. dowodził (wspólnie z "Sosenką” – Bolesław Rogalewski, "Wierzbą” – Stanisław Kuklewicz i "Wróblem” – Józef Miluć) "dzikim” oddziałem leśnym. We wrześniu 1945 r. oddział zostaje podporządkowany Zrzeszeniu WiN.

Na początku 1946 r., po interwencji dowództwa obwodu ,,Bęben” został samodzielnym dowódcą oddziału. We wrześniu 1946 r. na rozkaz prezesa obwodu suwalsko – augustowskiego WiN Józefa Grabowskiego ps. "Cyklon”, "Mur”, "Przytulski”, "Szczyt” został dowódcą batalionu WiN i przyjął nowy pseudonim "Rejtan”, którego używał raczej tylko w korespondencji z przełożonymi. We wrześniu 1946 r. podzielił oddział na trzy patrole : Józefa Myszczyńskiego "Sikory”, Bolesława Rogalewskiego "Sosenki”, oraz Stanisława Wiśniewskiego "Zagłoby”, które działały na różnych terenach pozostając pod ogólnym dowództwem "Bębna”. "Bębnowi” podporządkowany był także patrol Bolesława Małkińskiego "Młota”, działający samodzielnie, lecz pozostający w stałym kontakcie z oddziałem macierzystym. W 1946 r. oddział liczył około 45 osób.

Aleksander Kowalewski ujawnił się wraz z oddziałem 25 kwietnia 1947 r. w Suwałkach. W cztery miesiące później na skutek szykan i prowokacji UB wrócił do konspiracji – przebywał w lesie z sześcioma ludźmi, wśród których znajdował się agent UB, który doprowadził, w nocy z 27 na 28 września, do rozbicia grupy. Od tego momentu Aleksander Kowalewski ukrywał się jedynie w towarzystwie Stanisława Wiśniewskiego ps. "Zagłoba”.
W dniu 16 grudnia 1947 roku, na skutek denuncjacji zostali oni osaczeni przez trzydziestoosobową grupę operacyjną pod dowództwem Szefa PUBP w Suwałkach porucznika Szarało w miejscowości Małowiste, gmina Giby powiat Suwałki, w gospodarstwie Jana Chilińskiego. Po czterdziestominutowej walce "Zagłoba” zginął, zaś "Bęben” ranny dostał się do niewoli. Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Białymstoku, pod przewodnictwem majora Romana Bójko, skazany w dniu 10 czerwca 1948 r. na karę dożywotniego więzienia. W dniu 14 stycznia 1955 r. wyrok zmniejszony do 15 lat więzienia, a 5 maja 1955 r. na podstawie amnestii do 10 lat. Więzienie opuścił w dniu 9 maja 1956 r. Karę odbywał w więzieniach we Wronkach, Rawiczu i Sosnowcu. Po opuszczeniu więzienia osiedlił się z rodziną w Miastku w obecnym województwie pomorskim. Zmarł we wrześniu 1989 r.


Od prawej – "Bęben", "Zagłoba","Sosenka" i "Sikora". Prawdopodobnie zima 1946/47.

Oddział "Bębna” był najliczniejszym i najsilniejszym oddziałem leśnym suwalsko – augustowskiego obwodu WiN. Działalność swą prowadził od września 1945 roku do ujawnienia w dniu 25 kwietnia 1947 roku, głownie na terenie powiatu suwalskiego (choć patrolował także gminę Szczebro – Olszanka w powiecie augustowskim), w części południowo – wschodniej (gminy: Berżniki, Giby, Huta, Krasnopol, Krasnowo, Sejwy i miasto Sejny). Jako oddział zwarty funkcjonował do września 1946 roku, kiedy został podzielony na trzy patrole. Wkrótce "Bębnowi” został podporządkowany także czwarty patrol pod dowództwem Bolesława Małkińskiego ps. "Młot”. Liczebność oddziału podlegała ciągłym zmianom. Należy przyjąć, iż przewinęło się przez niego około 60 partyzantów, lecz nawet w szczytowym okresie, przypadającym na pierwsze miesiące 1946 roku, jego stan osobowy nie przekraczał 40 osób. Oddział był dobrze uzbrojony (8 r.k.m., ponad dwadzieścia pistoletów maszynowych) a większość jego członków ubrana była w mundury (przeważnie Ludowego Wojska Polskiego). Partyzanci kwaterowali w obozowiskach leśnych, które znajdowały się na uroczysku "Powstańce” w okolicy wsi Strękowizna, gmina Szczebro – Olszanka powiat Augustów, (obozowisko wyposażone było w szałasy, studnię pamiętającą jeszcze powstańców styczniowych i ustęp), w okolicach wsi Tobołowo (według Mieczysława Kleszczewskiego ps. "Wyrwa” był to najbardziej "luksusowy’’ obóz – z baraczkami, w których stały prycze, studnią i ustępami), w okolicach wsi Macharce, gmina Giby powiat Suwałki, (szałasy z choiny), w okolicach wsi Czerwony Krzyż, gmina Huta powiat Suwałki, nad jeziorkami leśnymi Widne i Ślepe (dawny letni obóz partyzantów "Konwy” Albina Drzewieckiego), w lesie w okolicach wsi Danowskie, gmina Szczebro – Olszanka powiat Augustów. Bunkry zimowe znajdowały się w odległości około 1 kilometra od wsi Sarnetki, gmina Giby powiat Suwałki, na trudno dostępnym "grądzie” (dwa bunkry z pryczami i paleniskami z cegieł, które pełniły funkcje piecyków i kuchni), w okolicach wsi Frącki, gmina Giby powiat Suwałki, (bunkier o wymiarach 7x4x2 m., wyposażony w prycze i murowany piec – kuchnię), w okolicach wsi Serski Las, gmina Giby powiat Suwałki, w lesie nad jeziorem Serwy (bunkier o
wymiarach 6x4x2 m., wyposażony jak wyżej, z dwoma wejściami), w okolicach wsi Strzelcowizna, gmina Giby powiat Suwałki. Oddział ujawnił się w dniu 25 kwietnia 1947 roku w Suwałkach. We wrześniu 1947 roku Aleksander Kowalewski podjął próbę reaktywowania oddziału – na jego wezwanie odpowiedziało 15 osób (w tym dwóch informatorów UB). Grupę podzielono na dwa patrole, które w szybkim czasie zostały rozpracowane i rozbite.

Za początek działalności oddziału uznać należy sierpień i wrzesień 1945 roku. Sowiecka obława w lipcu, która praktycznie rozbiła augustowski i znacznie osłabiła suwalski obwód Armii Krajowej Obywateli oraz rozwiązanie we wrześniu ostatniego oddziału leśnego Józefa Sulżyńskiego "Brzozy” spowodowały, iż wielu byłych partyzantów ukrywało się grupkami, bądź samodzielnie bez kontaktu z dowództwem obwodu. Z czasem wokół Józefa Milucia ps. "Wróbel”, Stanisława Kuklewicza ps. "Wierzba” i Aleksandra Kowalewskiego ps. "Bęben” zaczęli gromadzić się inni ukrywający się żołnierze podziemia tworząc ,,dziki” oddział partyzancki. Oddział nie miał dowódcy, co źle wpływało na morale partyzantów i prowadziło do wewnętrznych konfliktów. "Bęben” jako najstarszy stopniem (starszy sierżant) rościł sobie prawa do dowodzenia, lecz napotkał na opór ze strony "Wierzby” i "Wróbla”, którzy mieli odmienny pogląd na kwestię dowodzenia grupą, a także i swoich stronników. ,,Bęben”, który jako były dowódca plutonu żandarmerii przy sztabie Suwalskiego Obwodu Armii Krajowej, miał co prawda za sobą grupę "żandarmerii”, którą utworzył, a w skład której wchodzili: Stanisław Wiśniewski "Zagłoba”, Jan Nazarkowski "Sokół”, Józef Myszczyński "Sikora” i Tadeusz Kowalewski "Jastrząb”, lecz nie zdecydował się na konfrontację, która mogła skończyć się walką bratobójczą. Mimo braku dyscypliny i wewnętrznego rozbicia oddział funkcjonował prowadząc głownie akcje zaopatrzeniowe (przeważnie u sympatyków władzy ludowej) i likwidacje ludzi zagrażających partyzantom, ich rodzinom i współpracownikom.

Mieczysław Kleszczewski ps. "Wyrwa"

Największe zagrożenie dla konspiracji stanowili konfidenci – ich neutralizacja stanowiła konieczność. Dla Urzędu Bezpieczeństwa pracowali donosiciele, zwerbowani jeszcze "za pierwszego Sowieta” jak i nowi, którzy przystąpili do współpracy dobrowolnie lub pod przymusem. Winni, lub podejrzani otrzymywali ustne bądź pisemne ostrzeżenia z żądaniem zaprzestania działalności, następnie w przypadku stwierdzonej dalszej "roboty” donosicielskiej, otrzymywali karę chłosty (mężczyźni) lub obcięcia włosów (kobiety) i konfiskaty części majątku (ubrania, żywność, konie). Stosowano także karę polegającą na nakazie opuszczenia na stałe terenu kontrolowanego przez oddział (banicja). Tym najbardziej zaangażowanym i najbardziej niepoprawnym wymierzano karę śmierci. Komuniści przedstawiali najczęściej zlikwidowanych agentów i współpracowników jako ludzi zupełnie niewinnych lub co najwyżej "zwolenników nowej władzy” – tworząc w ten sposób mit o "zaślepionych nienawiścią reakcyjnych bandytach”. Co więcej wszystkie niewyjaśnione zabójstwa, a nawet te, o których wiedziano, iż nie są dziełem partyzantów właśnie im przypisywano. Tymczasem, być może z nielicznymi wyjątkami, które były tragicznymi pomyłkami lub wynikiem osobistych porachunków członków podziemia, wyroki wymierzano z pełnym przekonaniem o winie, na podstawie przechwyconych dokumentów Urzędu Bezpieczeństwa lub na podstawie przeprowadzonego wywiadu.

Latem i jesienią 1945 roku partyzanci grupy "Bębna” przeprowadzili następujące akcje likwidacyjne: w dniu 24 sierpnia 1945 roku, w miejscowości Pokrowsk gmina Giby powiat Suwałki, zastrzelono Wacława Pogorzelskiego. W sierpniu został zastrzelony mieszkający we wsi Budwieć gmina Giby powiat Suwałki Leon Janczulewicz, który podczas obławy lipcowej wydał w ręce Sowietów mieszkańców swojej wsi współpracujących z Armią Krajową – wyrok wykonał Czesław Łukuć ps. "Dąb”. We wrześniu (inne źródła podają datę 4 października) zabita została mieszkanka wsi Białogóry, gmina Giby powiat Suwałki Melania Czekajło – wyjątkowo "wydajna” współpracownica Sowietów. Podczas lipcowej obławy, jako osoba wcześniej związana z podziemiem, wskazywała Rosjanom osoby związane z Armią Krajową, sporządzała listy do aresztowań, a także czynnie uczestniczyła w zatrzymaniach. Wyrok wykonał Stanisław Zubowicz ps. "Wilk" (po dokonanej egzekucji ojcu Melanii zarekwirowano wóz z dwoma końmi, trzy świnie i odzież). W dniu 15 października zlikwidowano w Sejnach członka PPR i współpracownika UB Wacława Moroza.

Dnia 5 grudnia 1945 roku oddział, w składzie ok. 15 żołnierzy pod dowództwem "Sosenki” przeprowadził akcję na Sejny. Celem akcji było ukaranie konfidentów, zdobycie zaopatrzenia oraz wywołanie odpowiedniego oddźwięku propagandowego. Miasteczko zostało opanowane wieczorem praktycznie bez wystrzału. Zajęto posterunek MO, rozbito spółdzielnię, magistrat a także miejscowy komitet PPR, w którym odbywało się właśnie zebranie aktywu. Na opanowanym posterunku MO urządzono punkt zborny dla zatrzymanych, którym w większości wymierzono karę chłosty. Na miejscu, we własnym mieszkaniu, zastrzelono funkcjonariusza MO Konstantego Puzynowskiego. Wyrok był odwetem za zastrzelenie przez Puzynowskiego członka oddziału "Skowronka” (Stanisława Rogalewskiego). Puzynowski zastrzelił go w dniu 8 sierpnia 1945 roku, podczas snu w stodole gospodarza Jana Świsłowskiego we wsi Aleksiejówka, gmina Giby, powiat Suwałki, bez podjęcia próby aresztowania czy choćby wylegitymowania. Z zebrania PPR, na którym było około 25 członków, zabrano tylko dwóch: Waleriana Jaworowskiego i Stanisława Łabanowskiego – nie można więc mówić o bezwzględnym zabijaniu członków partii. Łabanowski zdołał ocalić życie, prosząc o jego darowanie i obiecując zaprzestanie działalności na rzecz organów bezpieczeństwa, Jaworowskiego rozstrzelano. Zdobyczą partyzantów stały się cztery karabiny, dwa pistolety maszynowe i trzy jednostki broni krótkiej, dwie maszyny do pisania, papier, pieniądze w kwocie 65 tysięcy w gotówce i około 100 tysięcy w towarze (na taką sumę wyceniono zabrane towary. Jednakże część towarów z rozbitej spółdzielni zabrali mieszkańcy Sejn). Po akcji bezpieka przy udziale wojska rozpoczęła masowe aresztowania, wysyłając w teren łączone grupy operacyjne. Jedna z takich z takich grup pod dowództwem oficera PUBP Suwałki, członka ZMW i PPR Eugeniusza Kaczmarczyka wpadła w zasadzkę urządzoną przez partyzantów "Bębna” pod wsią Okółek, gmina Giby, powiat Suwałki. Kaczmarczyk zginął na miejscu, żołnierze poddali się i po rozbrojeniu zostali zwolnieni. Propaganda komunistyczna uczyniła z Kaczmarczyka swojego męczennika – partyzantom zarzucano wielogodzinne torturowanie rannego funkcjonariusza. Nie potwierdzają tego ani relacje żyjących uczestników zajścia, ani żadne dokumenty (w tym protokoły przesłuchań). W dniu 13 grudnia 1945 roku został aresztowany, głównie dzięki zeznaniom Łabanowskiego, w Berżnikach, powiat Suwałki, w mieszkaniu Czesławy Kozakiewicz Bronisław Siergiej ps. "Chmura”. Przesłuchiwany przez chorążego UB Igora Burdzieja i innego oficera śledczego Romana Dyndo, a przedtem skutecznie "zmiękczony” przez zatrzymującego go Mieczysława Strzyżykowskiego, "Chmura” wydał szereg osób związanych z oddziałem. Nie ocaliło mu to życia bowiem Woj
skowy Sąd Rejonowy na sesji w dniu 28 października 1946 roku, w składzie por. Zbigniew Furtak, plut. podch. Teodor Cichosz, kapr. Bolesław Paszun skazał go na karę śmierci – wyrok wykonano 13 grudnia 1946 roku.

Ppor. Aleksander Kowalewski "Bęben" – część 2>
Strona główna>
Prawa autorskie>

Ppor. Aleksander Kowalewski "Bęben" – część 2

W książce …

W książce "Zanikające Echa” Aleksander Omilianowicz (nota bene były kierownik sekcji III d/s walki z bandytyzmem w suwalskim Urzędzie Bezpieczeństwa) napisał: "Z ujętym Siergiejem ruszyliśmy dalej. Pokazywał nam różne kryjówki bandytów, ale były one puste. Udało nam się tylko zaskoczyć w jednej z kryjówek bandytę o pseudonimie "Smok”.”

W rzeczywistości Franciszek Łucznik nie był członkiem oddziału, nie należał też do siatki był osiemnastoletnim chłopakiem, który chciał mieć akordeon. Poprosił",Chmurę” o pomoc w jego kupnie – ten stwierdził, że ma możliwość załatwienia instrumentu bez konieczności płacenia. Akordeon został zabrany jednemu z gospodarzy litewskich z okolic Berżnik. Był to jedyny przypadek współpracy Łucznika z "Chmurą”, a nie z partyzantką. Mimo to Franciszek Łucznik został skazany na 10 lat więzienia, z czego odsiedział 6 lat. Abstrahując od niewątpliwej winy, trudno go jednak uznać za "bandytę”, gdyż nawet jego pseudonim („Smok”) wymyślił skatowany "Chmura”, prawdopodobnie już po zatrzymaniu.

Po zakończeniu operacji przez resort bezpieczeństwa partyzanci uderzyli ponownie, tym razem na Giby. W dniu 16 grudnia opanowali posterunek milicji i rozbili siedzibę gminy. Na posterunku znajdowało się ośmiu funkcjonariuszy, którzy nie stawiali żadnego oporu. Partyzanci zabrali ze sobą milicjanta Witolda Maśkiewicza, który wykazał się wyjątkową gorliwością w ściganiu podziemia i rozstrzelali go razem ze współpracownikami UB Józefem Romańskim i jego synem Józefem.

Niestety brak dowódcy, a co za tym idzie brak dyscypliny powodował demoralizację w partyzanckich szeregach. Nagminnie nadużywano alkoholu, co prowadziło do burd i zatargów, a co więcej część żołnierzy zaczęła parać się pospolitymi rabunkami.

Kpt. Stanisław Malesiński ps. "Lew", "Tadeusz"

W styczniu 1946 roku dowództwo obwodu objął kapitan Stanisław Malesiński pseudonim ,,Lew” ,,Tadeusz”, który bezzwłocznie przystąpił do robienia porządków w obwodzie. Nakazał Józefowi Grabowskiemu pseudonim "Cyklon”, "Mur”, "Przytulski”, "Szczyt”, którego mianował swoim zastępcą, kontynuowanie rozpoczętego już w sprawie rabunków śledztwa i bezwzględne ukaranie winnych. Śledztwo wykazało, że rabunkami parali się pełniący funkcję organizacyjną w terenie Judycki (imię i pseudonim nieznane), jego szwagrowie Stanisław Kuklewicz "Wierzba” i Bronisław Kuklewicz "Świerk” a także Stanisław Zubowicz "Wilk” i nieznany z nazwiska Otto "Brzoza”. Do zabezpieczenia prowadzących śledztwo i wykonania wyroku ściągnięto operujący w okolicach Bakałarzewa, Filipowa i Raczek patrol likwidacyjny Wacława Górskiego pseudonim "Oko”. "Brzoza”, "Świerk”, "Wierzba” i "Wilk” zostali rozstrzelani, zaś tę część zagrabionego przez nich mienia, którą udało się odzyskać zwrócono właścicielom. Kary uniknął Judycki, który w tym czasie był zatrzymany przez UB Suwałki. Po powrocie do domu, gdy dowiedział się o losie swoich kompanów i o tym iż jest poszukiwany, zbiegł i nawiązał jawną współpracę z UB. W jego domu grupa operacyjna UB przebywała kilkanaście dni licząc na to, iż uda się jej schwytać członków grupy likwidacyjnej. Partyzanci poinformowani o zasadzce nie pojawili się.

W związku z powyższym zasadzkę zwinięto, zaś Judyckiego przeniesiono do UB w Poznaniu, gdzie pełnił obowiązki gospodarza kuchni. Zdecydowane działanie dowództwa obwodu zaprowadziło ład i dyscyplinę wśród partyzantów. Samodzielnym dowódcą oddziału mianowano ppor. Aleksandra Kowalewskiego "Bębna” i zobowiązano go do utrzymywania ścisłej wojskowej dyscypliny wśród podległych mu żołnierzy.

Wiosną 1946 r., wobec ponownego wzrostu liczebnego zbrojnego podziemia i jego dużej aktywności "władza ludowa” zmieniła taktykę walki. W terenie utworzono stałe posterunki złożone głównie z żołnierzy 57 p.p. z 18 Dywizji Piechoty, którzy zmienili żołnierzy 1 Dywizji Piechoty uznanych za zdemoralizowanych i podatnych na wpływy "bandytów”. Z posterunków tych wyruszały w teren grupy operacyjne, liczące od 10 do 40 żołnierzy z przydzielonymi do nich funkcjonariuszami UB. Przeczesywały one okoliczne wsie w poszukiwaniu współpracowników podziemia, dokonywały aresztowań, prowadziły działalność propagandową. PUBP Suwałki zorganizował także "bandycką grupę pozorowaną” dowodzoną przez wspomnianego już Aleksandra Omilianowicza. Ich duża mobilność, szeroki zasięg operowania i duża skuteczność powodowała osłabienie siatki terenowej podziemia, utrudniała działania oddziału "Bębna” i sprzyjała rozwojowi siatki wywiadowczej UB w terenie.

Powyższe energiczne działania resortu, a zwłaszcza liczne aresztowania ludzi stanowiących bazę i zaplecze oddziału (w marcu i kwietniu nastąpiło aresztowanie kierownictwa suwalskiego WiN z prezesem Mieczysławem Ostrowskim ps. "Kropidło”) wymusiły zmianę sposobu prowadzenia walki i zepchnęły "Bębna” do defensywy.
W marcu, kwietniu i maju nie przeprowadził żadnych większych akcji zajmując się głównie działalnością propagandową przed zbliżającym się referendum, analizowaniem postępowania przeciwnika i odbudową siatki terenowej. W ramach akcji propagandowej rozklejano ulotki i afisze w niemal każdej wsi w rejonie działania, co doprowadzało przeciwnika do histerii – powołano specjalne grupy operacyjne, których głównym zajęciem było usuwanie materiałów propagandowych podziemia, czego często w obawie przed partyzantami, czynić nie chciały władze lokalne. Kilkakrotnie dochodziło do starć, w których obie strony nie ponosiły jednak większych strat. Na przykład w dniu 3 kwietnia 1946 roku miała miejsce potyczka w okolicach wsi Głęboki Bród. Było to przypadkowe spotkanie, które zakończyło się kilkunastominutową wymianą strzałów i odskokiem partyzantów.

Tymczasem w relacji przedstawicieli "władzy ludowej” wyglądało to tak: "…grupa operacyjna 57 p.p. w sile 1+5 działająca łącznie z grupą milicji 1+14 zaatakowana została przez dwukrotnie silniejszą bandę. W wyniku zawiązanej walki banda wycofała się. Zdobyto: 46 bandytów, 1 kb, 2 konie z wozem, 1 maszynę do pisania. Straty własne: 1 milicjant ranny”.
Zaiste groźni musieli być to bandyci, skoro na 46 osób posiadali jeden karabin. Liczba zatrzymanych może się zgadzać, z tym, że była to prawdopodobnie ludność cywilna z okolicznych wiosek, a nie partyzanci.

W okresie przed tzw. referendum ludowym "Bęben” nie wykonywał likwidacji konfidentów, natomiast kilkakrotnie dokonał akcji zaopatrzeniowych oraz przeprowadził akcję wymierzoną w urzędników starostwa powiatowego w Suwałkach, zbierających kontyngent (akcję przeprowadził w połowie maja patrol pod dowództwem "Wróbla”).
O wydarzeniu tym informuje dodatkowy wykaz do meldunku za trzecią dekadę maja 1946:
"Mikołajewsk, powiat Suwałki – Na powracające z akcji kontygentowej samochody starostwa powiatowego w Suwałkach 6 bandytów w mundurach W.P. uzbrojonych w automaty i k.b.k. dokonało napadu. Asystujący milicjant został rozbrojony. Za ostrzeliwanie się chcieli go zabić, jednak na prośby ludności darowali mu życie wymierzając w zamian 40 kijów. Pobity został również referent świadczeń rzeczowych Hiczewski Leon, który do
stał 20 kijów. Samochód bandyci oblali benzyną i spalili. Dowodził bandą ,,Wróbel”.

W dniu 5 kwietnia w okolicach Krasnopola powiat Suwałki zlikwidowano funkcjonariusza PUBP Suwałki Jana Jutkiewicza.
W dniu 5 maja 1946 roku w okolicach wsi Płaska, gmina Szczebro – Olszanka powiat Augustów, konfident UB Antoni Wysocki natknął się przypadkowo na partyzanta z patrolu Stanisława Siedleckiego ps. "Klon”, "Wierny”, Eugeniusza Gołębiowskiego ps. "Gabryś”. Wysocki myśląc, że "Gabryś” go śledzi strzelił do niego kilkakrotnie raniąc go w bok. Rannemu koledze pospieszyli z pomocą przebywający w pobliżu partyzanci z oddziału "Bębna” Czesław Dzimitrowicz ps. "Lech”, "Wrona” i Franciszek Miluć ps. "Karp”. Wysocki schował się na strychu w jednym z gospodarstw i ostrzeliwał się, jednak partyzanci dysponując erkaemem szybko go unieszkodliwili.

Izydor Margiewicz ps. "Bażant" i Franciszek Miluć ps. "Karp".

W dniu 18 czerwca oddział zaatakował posterunek MO w Gibach, na którym prócz milicjantów kwaterowali żołnierze WOP przydzieleni do ubezpieczenia obwodu głosowania. Była to swoista demonstracja siły mająca na celu nie zabijanie żołnierzy czy milicjantów (po obu stronach nie było strat), lecz raczej zniechęcenie ich do aktywnych działań w terenie. W dniu 27 czerwca w Krasnopolu został zastrzelony kapitan Armii Czerwonej Gurgien Markusjan.

Organizowane przez siły bezpieczeństwa obławy nie dawały efektów. "Bęben” unikał starć z grupami operacyjnymi ostrzegany przez informatora w suwalskim UB Władysława Dyczewskiego ps. "Kanapka”. "Kanapka” zwerbowany latem 1945 roku przez członka siatki terenowej Antoniego Gwiazdowskiego ps. "Wrzawa” dostarczał informacji aż do początków 1947 r. , kiedy został aresztowany. Skazany na 15 lat więzienia, po opuszczeniu którego, w 1955 roku został zamordowany – "spadł z roweru, jadąc po pijanemu w Augustowie”– tak brzmiała wersja oficjalna.
Nie był to jedyny mord skrytobójczy – wykonawca wyroku na Henryku Mereckim ps. "Kluska” partyzancie AK, który podjął w 1944 roku współpracę z Armią Czerwoną i kontynuował ją mimo wyraźnego zakazu dowództwa w 1945 roku, Stanisław Wnukowski ps. "Wicher”, "Wariat”, już po ujawnieniu w 1947 roku, "wypadł” z pociągu kiedy udawał się do rodziny w Poznańskie.

Po referendum wznowiono likwidację konfidentów i osób podejrzanych o współpracę z UB. Do września, kiedy nastąpiła reorganizacja oddziału wykonano dziewięć egzekucji.
W dniu 5 lipca w miejscowości Berżniki zastrzelony został współpracownik PUBP Suwałki Antoni Soroko (złożył między innymi zeznania obciążające "Chmurę”). W dniu 10 lipca w miejscowości Buda Ruska gmina Huta powiat Suwałki zlikwidowano konfidenta UB Iwanow Kudzię. W nocy z 23 na 24 lipca w miejscowości Romanowce, gmina Krasnopol powiat Suwałki, zabity został Kazimierz Paszkiewicz. W dniu 24 lipca w miejscowości Łapuchowo gmina Krasnopol powiat Suwałki zabity został Eugeniusz Pawlukanis. W nocy z 28 na 29 lipca w Berżnikach zabity został Bronisław Wojnowski. W dniu 1 sierpnia patrol Bolesława Rogalewskiego "Sosenki” zastrzelił na kolonii Giby współpracownika MO Stanisława Burbę. W dniu następnym między wsią Czarna Buchta a Jeglinuiec gmina Krasnopol powiat Suwałki zlikwidowano dwóch współpracowników podziemia, podejrzewanych o współpracę z UB (i prawdopodobnie odpowiedzialnych za część aresztowań członków WiN, na wiosnę 1946 roku, między innymi dowódcy batalionu "Las” [Sejny] Ryszarda Dziemiana ps. "Kudłacz”, a następnie dowódcy kompanii "Groch” [Sejwy] Piotra Krupińskiego ps. "Mak”), Józefa Rydzewskiego i Antoniego Sztabińskiego.
W dniu 13 sierpnia w miejscowości Łanowiec powiat Suwałki zabity został chorąży MO Antoni Sowul (Sibul, Sibula), a w dniu 16 sierpnia w okolicach wsi Strzelcowizna, gmina Giby, powiat Suwałki Stanisław Głowacki – mieszkaniec Strzelcowizny, którego jako konfidenta PUBP Suwałki wskazał wcześniej już wspomniany wywiadowca Władysław Dyczewski "Kanapka”.

We wrześniu 1946 roku, po akcji na Filipów, w której oddział nie brał udziału, do obozu "Bębna” przybył na wizytację pełniący obowiązki komendanta obwodu Józef Grabowski "Cyklon”, "Mur”, "Przytulski”, "Szczyt”. Po dokonaniu przeglądu oddziału, obozowiska i broni, dokonał reorganizacji oddziału. Ze względu na częste "iskrzenie” między "Bębnem” a "Wróblem”, zabrał tego drugiego z oddziału powierzając mu utworzenie własnego patrolu. "Bębna” mianował oficjalnie dowódcą batalionu "Las”, nadając mu jednocześnie nowy pseudonim "Rejtan”. Nakazał mu działanie w ścisłej współpracy z Michałem Kaszczykiem ps. "Stały”, który pełnił obowiązki zastępcy "Cyklona” i szefa wywiadu, zwłaszcza w kwestii wydawania i wykonywania wyroków śmierci. Także dokonywanie akcji zaopatrzeniowych uzależnione miało być od zgody "Stałego” (co miało zapobiegać niekontrolowanym rekwizycjom i rabunkom). Jednocześnie zasugerował podział oddziału na patrole i zezwolił kilku partyzantom na przejście do innych oddziałów (do grupy Stanisława Siedleckiego ps. "Klon”, "Wierny” przeszli między innymi Franciszek Miluć "Karp” i Czesław Dzimitrowicz "Lech”, "Wrona”). W ramach wywiadu wewnętrznego do grupy "Bębna” przydzielony został Mieczysław Kleszczewski "Wyrwa” – miał on za zadanie kontrolowanie poczynań "Bębna”, który znany był z porywczości i tendencji "wodzowskich”.

W dniu 10 września "Bęben” przeprowadził akcję w miejscowości Płociczno – Tartak. W miejscowości tej była silna komórka PPR, stąd wywodziło się wielu funkcjonariuszy UB i milicji czynnie występujących przeciw partyzantce – ich spacyfikowanie pozwoliłoby na ograniczenie zagrożenia, które ich działalność przysparzała partyzantom, ich współpracownikom i członkom ich rodzin. Udane uderzenie w "gniazdo komunistów” wywołałoby także odpowiedni oddźwięk propagandowy. Innym zadaniem partyzantów była rekwizycja mąki na potrzeby oddziału, którą przeprowadzić miano w młynie państwowym w pobliskiej Gawrych – Rudzie. Większości poszukiwanych nie zastano w domach, kilku osobom wymierzono karę chłosty oraz uprowadzono a następnie zastrzelono sekretarza PPR Kazimierza Józefowicza, zaopatrzono się również w mąkę. W drodze powrotnej do obozowiska, które znajdowało się w okolicach wsi Tobołowo, gmina Giby, powiat Suwałki, agent UB znajdujący się w oddziale podziurawił worki, a sypiąca się z nich mąka znaczyła trasę odwrotu. Po tych śladach do obozu trafiła grupa operacyjna 57 p.p. "Bęben” walki nie podjął, oddział uległ rozproszeniu, strat w ludziach nie poniósł, jednak dobrze wyposażony obóz uległ całkowitemu zniszczeniu i dekonspiracji. Oddział zgrupował się w starym leśnym obozowisku "Konwy” w okolicach wsi Macharce, gmina Giby, powiat Suwałki.

Ppor. Aleksander Kowalewski "Bęben" – część 3>
Strona główna>
Prawa autorskie>

Ppor. Aleksander Kowalewski "Bęben" – część 3

To wydarzenie prawdopodobnie przyspieszyło decyzję "Bębna” o reorganizacji oddziału. W związku ze zbliżającą się zimą i wykonując polecenie "Cyklona” "Bęben” postanowił podzielić oddział . Posunięcie to zwiększało mobilność partyzantów, zmniejszało ryzyko rozbicia w jednej potyczce i pozwalało na efektywne zaopatrzenie żołnierzy.
Dowództwo nad patrolem, którego obszarem działań miał być rejon Gib, Krasnopola i Sejn objął Bolesław Rogalewski ps. "Sosenka”.
Dowódcą drugiego patrolu mianowany został Józef Myszczyński ps. "Sikora” – operować miał w okolicach Okółka, Strzelcowizny, Mikaszówki aż do okolic Augustowa.
Trzecim patrolem, z którym stale przebywał "Bęben”, dowodził Stanisław Wiśniewski ps. "Zagłoba”.
Patrol ten stacjonował najpierw w okolicach Sarnetek, a po dezercji Zygmunta Rutkowskiego ps. "Tur” (prawdopodobnie w końcu października lub w listopadzie), w związku z uzasadnionym podejrzeniem naprowadzenia przez niego sił bezpieczeństwa, obóz przeniesiono w okolice miejscowości Danowskie, gmina Szczebro – Olszanka powiat Augustów, gdzie oddział dotrwał do amnestii.

Michał Kaszczyk ps. "Stały".

Warto chyba poświęcić więcej miejsca "sprawie "Tura”. Zygmunt Rutkowski "Tur” jest postacią wieloznaczną i tajemniczą. We wrześniu 1939 roku został zmobilizowany jako ochotnik i jako taki aresztowany przez Sowietów na terenach Grodzieńszczyzny, a następnie przekazany stronie niemieckiej. Jako jeniec przebywał w obozie, w okolicach Monachium, skąd został zwolniony w 1942 roku, ze względu na zły stan zdrowia. Powrócił do domu, do Płociczna i podjął pracę w tartaku. Był członkiem siatki terenowej AK. W styczniu 1945 roku rozpoczął pracę w suwalskim UB lub Powiatowej Komendzie MO. Wiosną 1945 roku dezerteruje ze służby (tak twierdzi jego siostra Teresa Bednarczyk z d. Rutkowska) lub zostaje skierowany przez UB do rozpracowywania partyzantki jako "dezerter”. Za tą drugą możliwością świadczą relacje żyjących partyzantów, jak i (lecz jest to tylko hipoteza) fragmenty zbeletryzowanych wspomnień funkcjonariusza PUBP Suwałki Adama Przekopa zawarte w książce "Mgły nad jeziorem”. Jest to "dzieło” wątpliwej wartości historycznej, lecz zawierające także nieco faktów. O Zygmuncie Rutkowskim "Turze”, który w książce występuje (tak zakładam) jako Zygmunt Terlecki ps. "Bizon” autor napisał:
"Prawda dla niektórych z was będzie przykra, bo wiem, że wielu nawet przyjaźniło się z Zygmuntem Terleckim – kontynuował szef Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa. – Trudno mieć o to do nich pretensje. Był przecież taki sam jak my wszyscy, więc kto mógł przypuszczać, że zdezerteruje z bronią w ręku do bandy "Bębna”?” – str. 40.
I dalej:
"W Urzędzie wiedziano o zażyłości Wiktora z Zygmuntem i po odprawie u szefa zaczął on wyczuwać jakąś pustkę wokół siebie. (…). Postanowił zgłosić się z raportem do szefa Urzędu. (…) " – Bo czy to moja wina, że przyjaźniłem się z o wiele starszym od siebie kolegą, że zaufałem mu i uważałem go za kumpla – nie dobierał słów i nie panował nad swoim głosem. – Zaufanie rzecz ważna, a co najważniejsze, źle go nie ulokowałeś! – Nie rozumiem… – Co tu jest do rozumienia. Terlecki otrzymał zadanie i sumiennie je wykonuje". – str. 41-42.
I wreszcie:
"Zygmunt Terlecki w oddziale był ,,Bizonem”, chociaż pseudonim nie pasował do jego sylwetki”. – str. 52.

Te zdania i wiele innych pozwalają chyba zidentyfikować Zygmunta Terleckiego "Bizona” jako Zygmunta Rutkowskiego "Tura”, lecz nie dają jednak zupełnej pewności. Następną pewną informacją jest to, iż Zygmunt Rutkowski ujawnił się w ramach amnestii wrześniowej 1945 roku. Dokonał tego w Warszawie, a następnie wyjechał do rodziny w okolice Grajewa, gdzie ożenił się. Wraz z żoną wrócił do Płociczna i zamieszkał w domu rodzinnym, utrzymując kontakt z partyzantką winowską. Jako osoba wzbudzająca podejrzenia partyzantów (przebywał w domu, nie ukrywał się, chętnie przenosił pocztę z Suwałk) został uprowadzony we wrześniu 1946 roku do obozu "Bębna”, gdzie pełnił służbę w obozie i miał zakaz oddalania się. Po pewnym czasie zbiegł z obozu, zaś wysłani jego śladem dwaj partyzanci Mieczysław Kleszczewski "Wyrwa” i Antoni Buraczewski "Kruk” natknęli się w jego domu, dokąd prowadziły ślady, na żołnierzy LWP. Według relacji siostry "Tura”, w obawie przed represjami ze strony partyzantów, został wraz z żoną przewieziony do Suwałk, gdzie zamieszkali w mieszkaniu znajdującym się na terenie Urzędu Bezpieczeństwa. Następnie po "wyciszeniu terenu” na skutek akcji amnestyjnej w kwietniu 1947 roku podjął pracę jako kierownik Państwowych Zakładów Zbożowych w Szypliszkach. Prawdopodobnie w 1948 roku był zatrzymany przez UB, lecz wyszedł na wolność po śledztwie. Zarówno sam Zygmunt Rutkowski (w listach pisanych do byłych kolegów z partyzantki) jak i jego siostra twierdzą, iż jego dezercje – ta pierwsza z UB jak i druga z partyzantki spowodowane były wyłącznie faktem niegodzenia się przez niego na metody walki stosowane przez obie strony. Jak było naprawdę na razie nie wiadomo…

We wrześniu do ,,Bębna” dołącza, skierowany przez dowódcę batalionu WiN Kazimierza Bieniawskiego ps. "Kmicic” Bolesław Małkiński ps. "Czarny”, "Młot”, który z siedmioma ludźmi operował w okolicach Berżnik i Ogrodnik.
Do tego patrolu dołączył, jako zastępca "Młota” i zaufany "Bębna” Czesław Dzienisiewicz ps. "Granat”. Był on, jak się później okazało, agentem UB Niewiadomą pozostaje jednak od kiedy współpracował z bezpieczeństwem. Czy przybywając do "Bębna” jako dezerter z WP był celowo przysłanym agentem, czy współpracę podjął w późniejszym czasie. W 1950 roku fakt jego współpracy z "bezpieczeństwem” był "publiczną tajemnicą”, dzięki czemu nie powiodła się "kombinacja operacyjna” WUBP w Białymstoku z jego udziałem, aresztowani partyzanci widzieli go w mundurze bezpieczeństwa w randze plutonowego, co więcej uczestniczył w przesłuchaniach, a następnie został nagrodzony przez swoich mocodawców posadą dyrektora w banku w Olecku. Z drugiej strony cieszył się dużym zaufaniem "Bębna”, człowieka nieufnego, doświadczonego partyzanta, wykonywał osobiście wiele wyroków śmierci, był postrzegany jako bezkompromisowy i zawzięty przeciwnik komunistów.

W dniu 27 października partyzanci ponownie weszli do Płociczna, gdzie w tym dniu odbywała się zabawa taneczna. Na sali znajdowało się 11 żołnierzy 57 p.p. (byli oni na tzw. "lewiźnie”, czyli przebywali na sali bez zgody przełożonych). Partyzanci, w obecności ludności cywilnej rozebrali z mundurów żołnierzy (zabrano 6 kompletów mundurowych), a następnie puścili ich wolno.
Ta akcja została uznana przez dowództwo 57 p.p. za skazę na honorze armii i wywołała wręcz histeryczną reakcję. W meldunku dekadowym za I dekadę listopada 1946 roku, szef II wydziału sztabu 18 dywizji piechoty kapitan Malinowski i szef sztabu pułkownik dyplomowany Szaryj pisali:
"1 listopada, Płociczno pow. Suwałki; Dowódca 57 p.p. podpułkownik Naumow przeprowadził osobiście operację w związku z rozmundu
rowaniem grupy żołnierzy pułku na zabawie. W wyniku akcji ustalił, że w m. Płociczno ob. Kleszczewski ma trzech synów z których jeden znajduje się w bandzie, 2-gi jest łącznikiem bandy, 3-ci pracuje w tartaku. D-ca pułku dał ob. Kleszczewskiemu termin do 4.XI r.b. godz. 16 zwrócić mundury i złożyć broń, w przeciwnym razie całe jego mienie zostanie skonfiskowane na zakupienie mundurów, gdyż jak wykazało śledztwo rodzina Kleszczewskich była tym bodźcem ażeby żołnierze przyszli na zabawę i istnieje przypuszczenie że była w związku z tym urządzona specjalna zasadzka. Oile mundury nie zostaną zwrucone w oznaczonym terminie, oddział 1 kompanii 57 p.p. będzie nadal stał garnizonem w m. Płociczno na wyżywieniu rodzin bandytów i ludności całej wsi Płociczno”.


Prócz tych działań (faktu tego nie potwierdza Mieczysław Kleszczewski pseudonim "Wyrwa”) w teren rzucono liczne grupy operacyjne.
Jedna z nich, pod dowództwem por. Wyspiańskiego w dniu 23 listopada , w miejscowości Okółek, gmina Giby powiat Suwałki, osaczyła, Romana Malinowskiego ps. "Błękitny”. "Błękitny” z bratem Stanisławem "Wrzosem”, za pozwoleniem "Bębna”, poszli do rodzinnej wioski w celu zmiany bielizny i zdobycia prowiantu. Po przybyciu do Okółka "Wrzos” zostawił bratu broń, umieścił go w zaufanym wydawało się domu Gabrieli Cychanowicz (żony gajowego, aresztowanego i wywiezionego przez Sowietów podczas "obławy lipcowej" żołnierza  AK), a sam udał się do domu rodziców. O pobycie "Błękitnego" ktoś ("Bęben" miał otrzymać informację że był to Henryk Cychanowicz działający z polecenia matki) powiadomił milicję. Grupa Operacyjna po otoczeniu gospodarstwa wezwała partyzanta do poddania się, na co odpowiedział on strzałami. Po dwudziestominutowej walce z ponad trzydziestoosobową grupą operacyjną został ranny i prawdopodobnie dobity przez por. Morawskiego. Ciało jego zostało zakopane na drodze przy gajówce. Gabriela i Henryk Cychanowicz zostali zastrzeleni przez ludzi "Bębna” 21 grudnia 1946 r.

Do końca stycznia 1947 r., kiedy praktycznie zaprzestano akcji zaczepnych, przeprowadzono jeszcze około 20 akcji likwidacyjnych. W dniu 2 października w Gibach zlikwidowany został funkcjonariusz MO Marian Niedziejko. W połowie października, w miejscowości Michnowce gmina Krasnopol powiat Suwałki, patrol Bolesława Małkińskiego "Młota” powiesił, na rozkaz "Bębna” konfidenta UB Józefa Tomkiewicza. W dniu 25 października w Mikaszówce gmina Lipsk powiat Augustów patrol "Sikory” zlikwidował funkcjonariusza PUBP Augustów, członka PPR Józefa Szostaka, który pełnił funkcję "skrzynki kontaktowej” dla współpracowników augustowskiego PUBP, brata "sławnego” szefa w/w urzędu Jana Szostaka. W dniu 3 listopada, w miejscowości Jeziorki powiat Suwałki zabity został Wincenty Rosowski. W nocy z 5 na 6 listopada w miejscowości Podgibki gmina Giby powiat Suwałki patrol "Sosenki" zlikwidował Józefa Grygo. W dniu 27 listopada, w miejscowości Pojeziorki, gmina Giby powiat Suwałki, czteroosobowy patrol pod dowództwem "Sikory" zlikwidował konfidentkę PUBP Augustów Eugenię Krajewską. Jej ojciec, który miał być odprowadzony do obozu partyzantów celem przesłuchania zdołał zbiec.
Krajewska wzięła jednolicie umundurowanych partyzantów za część wojskowej grupy operacyjnej i wskazała z nazwiska czterech gospodarzy z jej wsi jako współpracowników "bandy” i poinformowała, iż jest ona "na kontakcie” w PUBP Augustów.

W dniu 2 grudnia patrol "Sosenki” udał się do Sejn w celu likwidacji sekretarza komitetu miejskiego PPR Feliksa Kalwejta (w dniu 5 grudnia 1945 roku był nieobecny w mieście, dzięki czemu uniknął wtedy śmierci) i milicjanta Piotra Matwiejczyka. Kalwejta zastrzelono we własnym łóżku, natomiast przy próbie likwidacji Matwiejczyka zabito przypadkowo jego żonę Gabrielę (Piotr Matwiejczyk, ostrzeliwując się wycofał się na strych, zaś jego żona osłaniając go własnym ciałem znalazła się na linii strzałów). W drodze powrotnej w Gibach zastrzelono członka PPR współpracującego z UB Kazimierza Rogalewskiego (był to podobno stryj Bolesława Rogalewskiego "Sosenki”). W dniu 3 grudnia, w miejscowości Dubowo powiat Suwałki zlikwidowano członka Powiatowej Rady Narodowej w Suwałkach Józefa Trojanowskiego. W nocy z 5 na 6 grudnia w miejscowości Białogóry gmina Giby powiat Suwałki zabito Ignacego Joharen i jego żonę, jako podejrzanych o współpracę z UB. W dniu 13 grudnia, w miejscowości Wigrańce gmina Berżniki powiat Suwałki zastrzelono leśniczego Antoniego Ostrowskiego. W wigilię Bożego Narodzenia 1946 roku "Bęben”, na podstawie informacji uzyskanych od "Kanapki”, zastrzelił osobiście Jana Tarasiewicza ps. "Górko”, jak później poinformował, za współpracę z Sowietami i z UB.

W dniu 11 stycznia 1947 roku trzej partyzanci z patrolu ,,Sosenki” Aleksander Miluć "Jawor”, Zygmunt Miszkiel "Świt” i Józef Milewski "Orlik” zostali wysłani w okolice Berżnik do wsi Sztabinki w celu pobrania nałożonej na sołtysa nieznanego nazwiska, kontrybucji. Partyzanci zadanie wykonali, lecz zamiast wracać bezpośrednio do oddziału postanowili zanocować u znajomego gospodarza. Dało to czas, powiadomionej przez poszkodowanego sołtysa, grupie pościgowej z WOP na wytropienie partyzantów, po śladach zostawianych na śniegu. Żołnierze otoczyli dom, w którym zatrzymali się partyzanci i wezwali ich do poddania się. "Świt”, "Jawor” i "Orlik” nakazali gospodarzom opuszczenie zabudowań i podjęli próbę obrony. "Świt” zginął, ranny "Orlik” popełnił samobójstwo, zaś także ranny w nogę "Jawor” zdołał ujść pogoni uciekając na piechotę przeszło 10 kilometrów. Nieznana pozostaje data śmierci innego partyzanta z grupy "Bębna”, Antoniego Dapkiewicza pseudonim "Szyszka” (lub "Szyszko”), który zginął od przypadkowego wystrzału swojego kolegi "Wróbla” w okolicach Macharc, podczas próby likwidacji konfidentki UB Janczulewicz. W dniu 15 stycznia 1947 roku w miejscowości Kaletnik powiat Suwałki zastrzelono przestępcę pospolitego i jednocześnie konfidenta UB Romualda Murzyna.

Należy wspomnieć o wyrokach śmierci, które wykonane zostały wykonane wewnątrz oddziału, na żołnierzach oskarżonych o dezercję, zdradę, brak dyscypliny i rabunki. Prócz rozstrzelanych na rozkaz dowództwa obwodu "Wierzby”, "Brzozy”, "Świerka” i "Wilka”, "Bęben” rozkazał rozstrzelać 29 lipca 1946 r. "Żbika” – Mieczysława Juszkiewicza za notoryczne naruszanie dyscypliny (wyrok zatwierdził przełożony "Bębna”, Michał Kaszczyk "Stały”).
Pod koniec lutego lub na początku marca 1947 roku Wincenty Jodeszko ps. "Huk” i jego syn Henryk ps. "Mewa”, otrzymali od swego bezpośredniego przełożonego "Sosenki” dwudniowy urlop. Po upływie przeszło dwóch tygodni okazało się, że Jodeszkowie nie zamierzają wracać do oddziału, że szykują się do samowolnego ujawnienia i prawdopodobnie dopuścili się rabunku. "Bęben” uznał ich zachowanie za dezercję, nakazał sprowadzenie ich z powrotem do obozu, a po zapoznaniu się ze szczegółami sprawy, nakazał ich rozstrzelać. Ten sam los spotkał Bronisława Czekajło ps. "Wir&#822
1;, który samowolnie ujawnił się w Suwałkach w dniu 24 marca 1947 roku. Należy zauważyć, że wina "Wira” nie polegała jedynie na samowolnym ujawnieniu się. Dnia 18 marca 1947 roku, przebywając z patrolem "Sosenki” w rodzinnej wsi Frącki, Bronisław Czekajło bez wiedzy dowódcy odłączył się od grupy i został zatrzymany przez patrol WOP. Po przewiezieniu do Suwałk złożył w UB obszerne zeznania dotyczące składu osobowego oddziału oraz usytuowania obozów. Dopiero potem złożył oświadczenie o ujawnieniu się i został zwolniony do domu. Sprowadzony siłą do obozu, został ciężko pobity i przyznał się do podjęcia współpracy z UB.

Ppor. Aleksander Kowalewski "Bęben" – część 4>
Strona główna>
Prawa autorskie>