Gdzie pochowano "Ognia"? – część 7

Pogrzebane tajemnice

Być może jeszcze żyje ktoś z pomniejszych wykonawców akcji ukrycia ciała „Ognia”.

Fragmenty czaszki, większość żeber, łopatki, obojczyk, duże fragmenty miednicy, kość udowa, piszczelowa, kostki stopy. Tyle zostało z młodego akowca o pseudonimie „Babinicz”, zastrzelonego przez UB prawie 60 lat temu. Ekshumacja i złożenie szczątków do grobu odbyło się półtora roku temu. Nikt wówczas nie przypuszczał, że będzie dalszy ciąg tej sprawy.

Dopiero niedawno wyszła na jaw rodzinna tajemnica, o której nie mieli pojęcia żyjący krewni ofiary. Czy i jakie niespodzianki kryje prawdopodobne miejsce pochówku „Ognia”? Odpowiedzi na to pytanie można będzie udzielić po przekopaniu jednej z kwater cmentarza Rakowickiego. Decyzję mogą podjąć tylko prokuratorzy z krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. W ciągu kilku ostatnich lat dwukrotnie przeprowadzali oni ekshumacje na potrzeby śledztw, dotyczących spraw sprzed kilkudziesięciu lat. Robert Parys, naczelnik Wydziału Śledczego IPN w Krakowie, jeszcze jako referent, uczestniczył w 2001 r. w ekshumacji szczątków byłego żołnierza AK, zabitego na peryferiach Ostrowca świętokrzyskiego w styczniu 1945 r. zaraz po przejściu wojennego frontu. Wyniki śledztwa wskazywały, że zabójcami byli funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej.
Celem ekshumacji było ustalenie, w jaki sposób zginął ten człowiek – relacjonuje prok. Parys. Szczątki, ku naszemu zdziwieniu, byty w dość dobrym stanie. Przekazano je do Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie. Struktura kości czaszki była na tyle dobrze zachowana, że pozwoliło to na specjalistyczne badania, z których jednoznacznie wynikało, że ów mężczyzna został postrzelony, a nie np. ugodzony jakimś narzędziem, i że kula, będąca przyczyną śmierci, przeszła przez czaszkę. Tkanki miękkie nie zachowały się, co oczywiste, ale w tym wypadku nie było żadnych wątpliwości, że to jest ofiara, której szczątków poszukiwaliśmy, bo pochówku dokonała rodzina. Krewni akowca przez cały czas aż do dzisiaj sprawują opiekę nad tym grobem. Nie było mowy o pomyłce. Dodatkowe badania identyfikacyjne okazały się więc zbyteczne – konkluduje prok. Parys.
Mój rozmówca zwraca uwagę, że o wiele trudniej jest podjąć decyzję o ekshumacji, gdy mogiła jest bezimienna lub gdy trzeba zacząć śledztwo od poszukiwania grobu, tak jak to było w przypadku drugiej, wykonanej pod nadzorem krakowskiego IPN ekshumacji.

O tym, że w zagajniku we wsi Polanki mogą do dziś spoczywać szczątki Aleksandra Siuty, młodego akowca, zastrzelonego na wiosnę 1945 r. przez MO szeptali między sobą przez prawie 60 lat mieszkańcy tej miejscowości. Ojciec i brat ofiary wielokrotnie próbowali szukać miejsca pochówku „Babinicza” (taki pseudonim nosił młody człowiek). Nadaremnie. Rodzina akowca, nękana przez UB, a potem przez SB, zrezygnowała z poszukiwań i przeprowadziła się na ziemie zachodnie.
Kilka lat temu wznowili je dwaj kombatanci z Myślenic. Ustalili oni, że aby odnaleźć szczątki Aleksandra Siuty, wystarczy przekopać kwadrat ziemi o bokach pięć na pięć metrów. Wskazane przez nich miejsce pochówku znajdowało się w zagajniku; na polu jednego z miejscowych gospodarzy. Nie tylko nie miał on nic przeciwko temu, aby spenetrowano ten teren, lecz sam nalegał, by dokonano ekshumacji i wreszcie po ludzku pochowano tego chłopaka.
Ekshumacja „Babinicza” została przygotowana i przeprowadzona w rekordowo krótkim czasie – trzech miesięcy – przez prok. Artura Wronę z krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. Przekopywanie zagajnika, gdzie wedle relacji najstarszych mieszkańców Polanki miał leżeć Aleksander Siuta, nie było łatwe. A to ze względu na lekko pagórkowate ukształtowanie terenu, porośniętego dość gęsto drzewami i krzewami. Dopiero w piątej godzinie ciężkiej pracy jeden z pracowników, firmy wynajętej przez Urząd Miasta i Gminy w Myślenicach zameldował, że jego łopata natrafiła prawdopodobnie na ludzkie kości. Leżały metr i dziesięć centymetrów pod powierzchnią ziemi. Układ szkieletu wskazywał, że zwłoki pogrzebano w pozycji siedzącej. Prawdopodobnie w tym celu, aby można było jak najszybciej przykryć je ziemią.

Ekshumacja szczątków trwała kilka godzin. Każdą kość oglądał fachowo dr Krzysztof Woźniak z Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie, relacjonując na bieżąco prokuratorowi Arturowi Wronie z IPN, co aktualnie odnaleziono. Wszystkie kości bardzo dokładnie opisano. Na ich podstawie, zwłaszcza po dokładnej analizie zębów i kości ramienia, ustalono wiek tragicznie zmarłego, Niestety, na podstawie samych tylko kości nie da się ustalić przyczyny zgonu. Bo nawet, gdyby stwierdzono ubytek kostny powstały w wyniku postrzału, nie można z całą pewnością stwierdzić, kiedy zmarły został postrzelony – za życia czy już po śmierci.
Szczątki „Babinicza” uroczyście pochowano w rodzinnym grobowcu rodziny Siutów. Półtora roku temu opisywaliśmy szczegółowo tę historię na łamach „Dziennika Polskiego”. Nie mogliśmy jednak przewidzieć, iż będzie jeszcze jeden, dodatkowy finał.

Jak nas ostatnio poinformował prok. Artur Wrona, porównanie kodu genetycznego ofiary i i żyjącej do dziś siostry Aleksandra Siuty wykazało, że zapis ten jest różny u tych osób i nie wykazuje nawet minimalnego podobieństwa! – Byliśmy wszyscy wstrząśnięci tym faktem – opowiada prok. Wrona. – Przecież zanim przystąpiliśmy do ekshumacji, zbadaliśmy wszystkie tropy, przesłuchaliśmy wielu świadków, spisaliśmy obszerne relacje krewnych „Babinicza”. Pomyłka co do nazwiska osoby, do której należały wykopane w zagajniku szczątki, była raczej wykluczona. Dopiero po szczegółowej kwerendzie w księgach parafialnych udało się ustalić, że Aleksander Siuta był dzieckiem adoptowanym, o czym nie wiedziała nawet jego rodzona siostra!

Sprawa Aleksandra Siuty jest jednym z wielu wątków śledztwa w sprawie zbrodni popełnionych przez funkcjonariuszy Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie, prowadzonego przez prok. Artura Wronę. Gdyby udało się przekonać kierownictwo IPN do przekopania jednego z grobów na cmentarzu Rakowickim w celu odszukania szczątków „Ognia”, nadzór nad tą sprawą być może miałby właśnie prok. Wrona. Ukryciu, w domyśle – zbezczeszczeniu – ciała majora Józefa Kurasia winni są bez wątpienia funkcjonariusze WUBP.

Robert Parys, naczelnik Wydziału Śledczego krakowskiego IPN, pytany o zdanie w tej sprawie, podkreśla, że nie można zarządzić ekshumacji bez wystarczających dowodów, że we wskazanym miejscu istotnie leżą szczątki danej osoby. – W każdym takim przypadku trzeba bardzo rozsądnie podejmować decyzje. Nie można tego czynić w sposób pochopny, ulegając emocji chwili czy z chęci zaistnienia w mediach – mówi prok, Parys.
Naczelnik Wydziału śledczego krakowskiego oddziału 1PN zwraca uwagę, że nawet tam, gdzie za pomocą nowoczesnej aparatury uda się wykryć, że struktura ziemi została naruszona, nie można z całą pewnością stwierdzić, że to jest właśnie poszukiwane miejsce pochówku. Jak choćby w przypadku Kryspinowa, gdzie, jak wykazało prowadzone w IPN śledztwo, powinien być zbiorowy grób jeńców niemieckich, zastrzelonych przez NKWD.
– Prawdopodobnie niebawem odbędzie się tam ekshumacja, ale trudno z góry prz
esądzić, jakie będą efekty, gdyż naoczni świadkowie składają nieco rozbieżne zeznania
– mówi prok. Robert Parys. Uważa on jednak, że zawsze warto podjąć takie ryzyko.
– Jeśli chodzi o Kryspinów, dobrze się stało, że niemiecka fundacja zajmująca się poszukiwaniem grobów swoich rodaków nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, jest zdecydowana pokryć koszty tego przedsięwzięcia. Budżet IPN jest bowiem dość skromny. To jedna z przyczyn, dla której takie decyzje trzeba podejmować z wielką rozwagą – podkreśla Robert Parys.

Na ekshumację szczątków „Ognia” zapewne nie żałowalibyśmy pieniędzy – zapewnia dr Janusz Kurtyka, dyrektor IPN w Krakowie. – Tym bardziej że aktualnie jest prowadzone śledztwo w jego sprawie. Jednakże wszelkie decyzje na ten temat muszą być poprzedzone pojawieniem się wiarygodnych przesłanek, ułatwiających podjęcie decyzji o ekshumacji.

Identyfikacja
szczątków majora Józefa Kurasia nie nastręczałaby
żadnego problemu, ponieważ żyje syn „Ognia” – Zbigniew. Na
zdjęciu widoczny z prawej (w jasnym garniturze), podczas odsłonięcia pomnika mjr. "Ognia" i jego żołnierzy w Zakopanem.

Dr Janusz Kurtyka, przyznaje, że sprawa „Ognia” jest mu tak samo bliska jak każdemu historykowi, który zajmuje się problematyką partyzantki antykomunistycznej po II wojnie światowej. Jednak nie tylko z tego powodu, że major Józef Kuraś dowodził największym zgrupowaniem partyzanckim po II wojnie światowej w południowej Polsce. A w pewnym okresie – w 1946 r. – największym w Polsce. Również z tej przyczyny, że był i wciąż jest zainteresowany legendą, związaną ze śmiercią „Ognia”.
– Do tej pory udało się nam zgromadzić przekonujące dowody, iż major Józef Kuraś został pojmany na skutek donosu. Działania komunistycznej bezpieki okazały się na tyle skuteczne, że „Ognia” osaczono, w związku z czym sam się postrzelił. Wiemy też, że zmarł w nowotarskim szpitalu. Są świadkowie, którzy zeznają, że widzieli jego zwłoki na podwórzu WUBP w Krakowie. Tu ślad się urywa. Zabrano je bowiem w niewiadomym kierunku. Gdzie? Są różne opinie, a właściwie legendy na ten temat. Tak naprawdę nie ma wiarygodnych dowodów, która z tych opinii i hipotez może być prawdziwa – mówi szef krakowskiego IPN.

Dr Janusz Kurtyka, podobnie jak inni moi rozmówcy, jest przekonany, że jedną z niewielu osób, które wiedziały, co zrobiono ze zwłokami „Ognia”, był Stanisław Wałach, w lutym 1947 r. naczelnik ds. walki z bandytyzmem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Krakowie.
– Dlaczego nie uzyskaliśmy od niego informacji na ten temat? – powtarza moje pytanie. – Dlatego, że sam nie chciał na ten temat mówić, a my nie możemy stosować podczas przesłuchań takich metod, jakich używali podwładni pułkownika Wałacha – odpowiada dyr. Kurtyka. – Poza tym – dodaje po chwili – Stanisław Wałach pod koniec życia miał, albo udawał, że ma – zaniki świadomości, sprawiając wrażenie człowieka, z którym nie ma kontaktu. W związku z tym wykorzystanie jego wiedzy do wyjaśnienia tej sprawy, jak i wielu innych, było niemożliwe – wyjaśnia mój rozmówca, dodając, że pozostaje mieć nadzieję, że jeszcze żyje ktoś z pomniejszych wykonawców akcji ukrycia ciała „Ognia” lub ktoś, kto zetknął się w jakikolwiek sposób z tą sprawą.

Dyr. Janusz Kurtyka unika odpowiedzi na pytanie, czy wierzy Wałachowi, który w swojej wspomnieniowej książce pisze, że ciało „Ognia” przekazano studentom medycyny do ćwiczeń z anatomii. Dla niego informacja pochodząca od Wałacha jest przekazem źródłowym, który powinien podlegać weryfikacji.
Ta z kolei winna uwzględniać dwa założenia – przedstawia swój punkt widzenia.
– Po pierwsze, czy Wałach mówił prawdę; po drugie – czy informacja, jakoby zwłoki „Ognia” przekazano studentom do ćwiczeń, nie została podana do wiadomości opinii publicznej w konkretnym celu – aby prawda nigdy nie wyszła na jaw; aby na zawsze ukryć miejsce pochówku „Ognia”. Takie założenie mogło przyświecać Stanisławowi Wałachowi już w 1947 r., gdy podejmował decyzję, co zrobić z ciałem majora Kurasia. A pisząc w latach 70. swoje wspomnienia, konsekwentnie realizował te wytyczne. Żadnej z tych koncepcji nie można wykluczyć. Chyba że znajdziemy niezależne źródło informacji – osobę, mającą wiedzę na ten temat lub dowody rzeczowe, będące potwierdzeniem lub zaprzeczeniem jednej z tych też – dywaguje dr Janusz Kurtyka.

Wyniki prowadzonego przez reporterkę „Dziennika” śledztwa, mającego ustalić prawdopodobne miejsce pochówku „Ognia”, wskazują jak dotąd, że Stanisław Wałach mógł mówić prawdę.

– Jestem o tym przekonany – stwierdza kolejna osoba, która zgłosiła się w tej sprawie do redakcji. Janusz Kadura, rzemieślnik, mieszkający w Zabierzowie, w latach 60. jako nastolatek często przebywał w zakładzie tokarskim swojego ojca, usytuowanym w centrum Krakowa. Do mistrza Kadury, który wykonywał m.in. drewniane cygarniczki, przychodzili wielcy ówczesnego świata. Jednym z jego klientów był Józef Cyrankiewicz. Do zakładu przychodził również na pogawędki Adam K., który był adiutantem płk. Józefa Światły. To on przynosił rzemieślnikowi różne, ciekawe informacje z życia ubeckich, wyższych sfer.
Pewnego razu byłem świadkiem rozmowy ojca z panem K. – wspomina Janusz Kadura. – Mówili o tym, jak naprawdę zginął gen. Karol Świerczewski. Potem niespodziewanie rozmowa zeszła na „Ognia” i „ogniowców”. Nie pamiętam, kto wywołał ten temat. Ale w pamięci utkwiło mi jedno zdanie, wypowiedziane przez Adama K. Na pytanie ojca, które brzmiało mniej więcej tak: – No to co zrobiliście z ciałem?, K. odpowiedział: Poszło do prosektorium; przez jakiś czas pływało sobie w formalinie.

Adam K., adiutant pułkownika Światły, nie żyje. Ale Janusz Kadura jest skłonny powtórzyć przed prokuratorem, co zapamiętał z tamtej rozmowy sprzed lat. To kolejny świadek, którego zeznania wskazują, że ciało Józefa Kurasia „Ognia” zostało przekazane do prosektorium Wydziału Lekarskiego Collegium Medium UJ. A jeśli istotnie tak się stało, szczątki „Ognia” musiały w końcu zostać pogrzebane. Wiele wskazuje, że w opisanej w jednym z odcinków tego cyklu skrzyni na cmentarzu Rakowickim.

GRAŻYNA STARZAK, gstarzak@dziennik.krakow.pl , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 102 (18198), 30.04.2004

Gdzie pochowano „Ognia”? – 6 (1/2) < część > 8
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1>

Strona główna>