Gdzie pochowano "Ognia"? – część 5 (1/2)


To może być grób „Ognia”!

Zastanawiające jest, że tylko w tym jednym przypadku – paki ze szczątkami „Wiarusów” i niejakiego Kazimierza Kryszczały, w dokumentacji cmentarnej jest adnotacja: ekshumacja zabroniona.

Dziesiątki dokumentów, rozmów, wyznań; śladów i tropów; domysłów i hipotez. To reporterski kapitał zebrany w ciągu niespełna dwóch miesięcy poszukiwań miejsca pochówku Józefa Kurasia „Ognia”. Nie przypuszczałam, że tak wielu ludzi w różnym wieku interesuje się tą postacią. W domowych archiwach mieszkańców Krakowa, Podhala i Rzeszowszczyzny natrafiłam na fotografie, legitymacje, dzienniki, które mogą być ozdobą muzealnych ekspozycji. Jedną z tych osób jest chirurg – dr Andrzej Ślęzak, dyrektor Szpitala im. Stefana Żeromskiego w Nowej Hucie. Informacje, które zebrał, dokumenty, które zgromadził, mogą stanowić przełom w moim dziennikarskim śledztwie. Opuszczałam dyrektorski gabinet z wypiekami na twarzy.

Andrzej Ślęzak przybył do Nowej Huty z Kamienia Pomorskiego. Ale urodził się w Krakowie. Jego dziadek w okresie międzywojennym był dyrektorem Ogrodu Botanicznego. 27 lutego 1950 roku, gdy miał zaledwie półtora roku, stracił ojca. Matka spakowała skromny dobytek i wyjechała do Katowic. Do Krakowa wróciła tylko raz. Na pogrzeb męża. Nigdy nie powiedziała mu, kim był, co robił i w jakich okolicznościach zginął. Tę tajemnicę zabrała do grobu. Jeszcze jako młody chłopak starał się nakłonić dziadków i znajomych matki do zwierzeń. Niewiele mogli mu powiedzieć. M.in. to, że wiadomość o śmierci ojca przekazali matce dwaj mężczyźni w długich płaszczach. Powiedzieli tylko tyle, że miał wypadek samochodowy i znaleziono go w rowie, koło kościółka św. Krzyża na Obidowej. Podobno jechał samochodem marki Skoda z Nowego Targu do Krakowa.
– Gdy dorosłem, próbowałem prowadzić śledztwo na własna rękę – opowiada dr Andrzej Ślęzak. – Zastanawiałem się, kto wysłał ojca w tę ostatnią dla niego podróż, dlaczego zginął? Był taki moment, że zastanawiałem się, czy aby nie pracował w UB? Cierpłem na samą myśl o tym. Odetchnąłem, gdy po sprawdzeniu wszystkich możliwych dokumentów okazało się, ze razem z mamą byli akowcami. Jeden z przyjaciół rodziców opowiedział mi, jak wyglądał pogrzeb. Była to bardzo skromna uroczystość, podczas której nieznany pozostałym żalobnikom mężczyzna w pelisie podszedł do mamy i wręczył jej kopertę z pieniędzmi. Gdy zdumiona pytała „Co to jest?; za co?”, odpowiedział krótko: „Za to, że pani nie otwierała trumny”.

Dr Ślęzak do dzisiaj nie wie, z jaką misją tego feralnego dnia marca 1950 roku jechał jego ojciec. Ktoś, kiedyś w jego obecności wysunął hipotezę, że Sobiesław Ślęzak został zastrzelony przez ludzi „Ognia”. Rzekomo przez pomyłkę. W tym miejscu i o tej porze spodziewano się podobno starosty nowotarskiego. W taki oto sposób pojawił się w jego życiu Józef Kuraś.
– Zacząłem szukać żyjących jeszcze ludzi „Ognia”. Z niektórymi nawet się zaprzyjaźniłem – kontynuuje osobiste zwierzenia. – Wtedy upadła hipoteza, że ojciec zginął z rąk ogniowców. Ale zainteresowanie postacią Józefa Kurasia pozostało. Później, poniekąd dzięki księdzu prof. Tischnerowi, przerodziło się w fascynację. Ksiądz profesor traktował „Ognia”, ogniowców jako zjawisko, świadectwo tamtej epoki. Tym samym wskazał drogę takim jak ja, którzy interesują się najnowszą historią Polski. Zbierając dokumentację związaną nie tylko z tym dowódcą i jego oddziałem, czuję się jak tropiciel w amazońskiej dżungli: mrocznej, pełnej tajemnic, czyhających wokół niebezpieczeństw. W tym gąszczu wątków, spraw i ludzi łatwo o potknięcie, czasem nawet o siniaka. Ale tym bardziej pasjonuje mnie ta droga. Jej koniec to dla mnie odszukanie szczątków „Ognia”. Jestem pewien, że się odnajdą i że pustą dzisiaj mogiłę pokryją wieńce – przekonuje mój rozmówca.

Będąc mieszkańcem Wybrzeża, urlopy, a nawet dłuższe weekendy spędzał na Podhalu. Tak jest zresztą do dziś. Wędrował po górach, ale przede wszystkim odwiedzał miejsca związane z „Ogniem”. Ma kilka albumów zdjęć, wśród których wiele to fotografie unikatowe. Przedstawiają np. chałupę, w której urodził się Józef Kuraś; tę, w której ukrył się podczas zasadzki, oraz drewniany domek, w którym go osaczono. Uwiecznił krzyże i pomniki związane z tą postacią, nie pomijając obelisku po słowackiej stronie Tatr, opatrzonego inskrypcjami niepochlebnymi dla „Ognia” i ogniowców.

Ostrowsko. Dom, w którym osaczono i schwytano "Ognia", 21 lutego 1947 r.

Zna wszystkie publikacje o Józefie Kurasiu. Zarówno oficjalne, jak i wydane w drugim obiegu. Zgromadził, wszystkie książki na jego temat. Ma takie pozycje, których próżno szukać w Bibliotece Jagiellońskiej. Np. pierwsze wydanie książki, napisanej przez agenta UB, w której jest zdjęcie „Ognia” na marach! W żadnej innej publikacji nie ma tej fotografii. Mało kto ją w ogóle widział! Mając w pamięci to zdjęcie, próbował odtworzyć ostatnie chwile z życia „Ognia”. Wyniki tego śledztwa pokrywają się z ustaleniami prokuratorów z IPN. Ale tylko do momentu, gdy ciało Józefa Kurasia przywieziono na dziedziniec budynku, w którym mieścił się Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa w Krakowie.
– Sprawdzałem jeden z tropów, którymi podążali prokuratorzy, zastanawiając się, czy ciała „Ognia” nie wrzucono po prostu do Wisły. Dotarłem do karty zgonu mężczyzny, którego zwłoki wyłowiono z rzeki tuż po śmierci Józefa Kurasia. Oto on – wskazuje ów dokument. – Proszę zwrócić uwagę, że jeszcze w 1947 roku posługiwano się niemieckimi drukami, bo nie było polskich. Dokonujący oględzin lekarz napisał po łacinie, że ów NN, czyli mężczyzna o nieustalonych personaliach, miał rany kłute klatki piersiowej i tułowia z przebiciem aorty, serca i płuc. Po lewej stronie krwawy wylew w płucach. A więc był to fałszywy tropi bo topielec nie miał rany postrzałowej. Obrażenia na ciele wskazywały, że pchnięto go nożem. Mniej więcej w tym czasie z Wisły wyłowiono drugiego topielca o nieustalonych personaliach. Sprawdziłem. To był wisielec. Ten etap swoich poszukiwań podsumowuje krótko: – Wróciłem do punktu wyjścia.

Na nowo zaczął wertować książki i artykuły, w których różne osoby próbowały sugerować, co UB zrobiło z ciałem „Ognia”. Jeszcze raz przeczytał wspomnienia Stanisława Wałacha, ówczesnego naczelnika wydziału do wałki z bandytyzmem w WUBP w Krakowie, który pisał, że ciało przekazano do Wydziału Lekarskiego UJ jako zwłoki nieznanego mężczyzny. A poniżej sentencję: „po Józefie Kurasia, nie licząc ludzkich krzywd, nie pozostał żaden materialny ślad”.
Dr Andrzej Ślęzak poszedł tym tropem. Na początek założył, że martwemu „Ogniowi” odcięto głowę i dłonie. To była metoda wcale nierzadko wówczas stosowana. Przypomina losy jednego z ostatnich partyzantów Wolnej Rzeczpospolitej Józefa Franczaka o pseudonimie „Laluś”, którego zabito w 1963 roku, po czym z
włoki pozbawiono głowy i dłoni. – Wiadomo, że na dłoniach są linie papilarne, a w głowie zęby. Chodziło o to, aby „Laluś” nie został rozpoznany, bo nie ma dwóch osobników o takim samym uzębieniu i dwóch o takich samych liniach papilarnych. Jeśli więc, tak jak zapewniał Wałach, ciało „Ognia” przekazano do Akademii Medycznej, to zapewne najpierw odcięło mu głowę i dłonie. Głowa gdzieś musiała trafić – dywaguje mój rozmówca. Jedna z osób, które interesowały się losami „Ognia”, sugerowała mu, że być może czaszka partyzanckiego dowódcy leży do dziś wśród innych eksponatów. Dr Ślęzak uważa, że to niemożliwe. Wyjaśnia fachowo, że pokrywa ludzkiej czaszki składa się z kilku półpłaskich kości, Są one powiązane ze sobą nie tylko skórą, ale też więzozrostami, zbudowanymi z tkanki łącznej, które znajdują się w tzw. szwach. Czaszki nie przechowuje się w całości dlatego, że po jakimś czasie te więzozrosty wysychają. Zostaje struktura kostna, która rozpada się na kawałki nawet bez mechanicznych urazów.
– Uznałem, że nie ma sensu szukać czaszki. Ale jest wielce prawdopodobne, że ciało „Ognia” zostało pokawałkowane i w formie preparatów trafiło do krakowskiej Akademii Medycznej. Jednakże nie – jak sugerują prokuratorzy z IPN – do Zakładu Medycyny Sądowej, ale na Anatomię Opisową – stwierdza dr Andrzej Ślęzak. Następnie opowiada, jak wygląda cykl wykorzystywania szczątków ludzkich w AM. Przytoczenie tego nieco drastycznego opisu jest konieczne, aby prześledzić tok rozumowania dr. Ślęzaka i stawiane przez niego hipotezy.
– Otóż, części ludzkiego ciała, jako odrębne organy – np. kończyna górna, dolna, tułów – są wykorzystywane do ćwiczeń – wyjaśnia mój rozmówca. – Studenci uczą się, co jest bezpośrednio pod skórą, pod tkanką podskórną, pod powięzią, pod mięśniami i np. na brzuchu, pod otrzewną, itd. Wieczorem wszystkie szczątki ludzkie są wkładane do formaliny, żeby się nie zepsuły. Gdy już dostatecznie się je wyeksploatuje, trzeba coś z nimi zrobić. Jeżeli ktokolwiek z profesorów albo innych pracowników akademii byłby wtajemniczony przez UB i wiedział, że wśród preparatów są szczątki Józefa Kurasia, mógłby je łatwo zniszczyć, wrzucając do kwasu solnego lub siarkowego. Rozpuszczone mógł wpuścić do kanału ściekowego. Ale jeżeli nikt o tym nie wiedział, co jest bardziej prawdopodobne, szczątki „Ognia” wraz z innymi włożono do tzw. paki i pogrzebano.

Gdzie pochowano "Ognia" – część 5 (2/2)>

Strona główna>