Ostatnia walka ppor. "Żelaznego" – część 5

Dopiero drugiego dnia …

Dopiero drugiego dnia pobytu we Włodawie pokazano „Dalekiemu” zwłoki ojca, Teodora Kaszczuka, Stanisława Torbicza „Kazika” i Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”. Ten ostatni był rozebrany do naga, „Kazik” leżał w spodniach i koszuli, ojciec ubrany tak, jak padł koło kieratu. Ale nawet w tym momencie „Daleki” nadal nie wiedział, że matka również nie żyje. Przewieziono ją do włodawskiego szpitala dopiero w południe, skrajnie wykrwawioną. Zmarła wieczorem z upływu krwi. Przez kilka przedpołudniowych godzin leżała w domu, bez pomocy. Grupa Operacyjna zajęta była ratowaniem swoich rannych oraz rewizją.
„Daleki” podczas pierwszych godzin przesłuchań, tych rozstrzygających o jego dalszych losach, całą winę za kwaterowanie grupy brał na siebie, oszczędzając rodziców. Gdyby wiedział, że oboje już nie żyją, wiele spraw zapisałby na ich konto, siebie stawiając na drugiej pozycji, jako posłusznego rodzicom wykonawcę ich decyzji. Śmierci „Żelaznego” był całkowicie pewny od chwili, gdy ujrzał automaty w Willysie. Nie wyobrażał sobie komendanta dobrowolnie oddającego broń. Będąc już w samochodzie, w pewnej chwili usłyszał mówiącego na boku ubeka: „Ale był skurwysyn twardy! Wolał się zastrzelić!” „Daleki” nie wiedział o kim mowa, ale nie wykluczał, że tamten mówi o „Żelaznym”. Tak czy inaczej, miał go za nieżyjącego.

A co w tym czasie działo się z partyzantami, którzy postanowili się przebijać? Kiedy opuścili strefę zabudowań, „Żelazny” dał znak do zwolnienia tempa. Wszystko teraz zależało od tego, czy uda im się przedrzeć przez pierścień obławy od strony starego bużyska. Przedtem należało osiągnąć drogę zbereską. Gwałtownie wyrwany ze snu, „Żelazny” instynktownie wybrał jedynie słuszną drogę odwrotu – w stronę bużyska. Ale czy instynktownie? Kwaterując u Kaszczuków, zapewne nie raz i nie dwa rozważał kierunek ewentualnego odwrotu. Tak, „łachy” – jak zawsze nazywał ubeków – będą się starać odciąć go od lasów, a więc zablokować kierunek zachodni. Odwrotu na wschód, przez Bug stanowiący granicę państwa, przecież nie było. Okaże się potem, że ucieczka w stronę bużyska, a po osiągnięciu drogi zbereskiej odwrót na północny-wschód, była jedyną realną możliwością ratunku.

Bez przeszkód pokonali te kilkaset metrów. W pewnym momencie nastąpiło nieuchronne zetknięcie z linią obławy ryglującą rubież lasu, gwałtowna wymiana ognia z najbliżej usytuowanymi żołnierzami. Niewykluczone, że tu właśnie, w tym pierwszym starciu, został ranny „Łukasz” i że jego zranienie podsunęło „Żelaznemu” pomysł, który całkowicie zdezorientował grupę żołnierzy na następnym etapie walki. Sprzyjało im chwilowo szczęście, gdyż po zamknięciu okrążenia do środka „kotła” wszedł w celu sprawdzenia gdzie są partyzanci, dowódca 5 kompanii 3 Brygady KBW por. Józef Daczkowski. Po przejściu 30 metrów natknął się na partyzantów, zadał im pytanie „kim są”. Usłyszał odpowiedź: „nie strzelać, tu idzie porucznik Kalinowski”, a po chwili otworzyli oni ogień z do stojącego w pobliżu przewodnika psa służbowego strz. Feliksa Brząkały, raniąc go śmiertelnie. Następnie obrzucili leżących w linii żołnierzy granatami i ostrzeliwując się przerwali linię obławy. W czasie walki ze strony 3 Brygady KBW w Lublinie śmiertelnie ranny został strzelec Brząkała, por. Daczkowski oraz celowniczy RKM strzelec Władysław Jeleń.

Po przerwaniu okrążenia partyzanci rozbroili leżącego w pobliżu strzelca wyborowego Papka i zmieniając kierunek marszu na wschodni zaczęli się przemieszczać dalej. W odległości około 600 metrów od pierwszej linii okrążenia napotkali stojące przy drodze samochody, których pilnowało 5 żołnierzy KBW uzbrojonych w pistolety maszynowe. Po zauważeniu szoferów podali się za pracowników Urzędu Bezpieczeństwa, wołając jednocześnie samochód po rannego żołnierza, co zdezorientowało szoferów i pozwoliło na ich rozbrojenie. Wybór „Żelaznego” padł na Gaz 67. Polecił siedzącemu w nim kierowcy, st. strz. Józefowi Ciemniewskiemu uruchomić silnik. W tym czasie „Kazik” zbierał broń żołnierzy stojących z podniesionymi rękami. Po chwili wszyscy trzej siedzieli w samochodzie, już wyrywali przed siebie.
„Jedź tam gdzie nie ma wojska!” – usłyszał kierowca.
„Żelazny” nie wiedział, bo wiedzieć nie mógł, że miejsce z którego porywają samochód, znajduje się już ponad pół kilometra poza linią obławy. Już byli wolni, wystarczyło tylko przyśpieszyć kroku, przedtem ewentualnie uszkodzić samochody. Reszta byłaby sprawą ich znakomitej znajomości tutejszego terenu. Ale samochód kusił. Jak zawsze, jak za czasów „Jastrzębia”, odskoczyć efektownie, z fasonem. Tak… to było w stylu „Żelaznego”.

Tak wyglądał przejęty przez partyzantów samochód terenowy GAZ-67 (potocznie nazywany "Czapajew"), którym próbowali przebić się przez pierścień okrążenia.

Po minucie wyłonili się z polnej drogi, skręcili w prawo i wypadli na trakt zbereski. To miejsce ludność nazywała gródkiem – niewielka polana przy drodze, górujące nad nią grube drzewo, jakaś resztka rozbiórkowej cegły po nieistniejącym już budynku.
Tu czekała na nich kolejna i tym razem ostatnia niespodzianka. Kierowca zamiast jechać „tam, gdzie nie ma wojska”, postąpił dokładnie na odwrót i poprowadził samochód na miejsce dowodzenia obławą, gdzie oprócz sztabu, rozlokowana była również 2 kompania KBW. Jadący gazikiem nagle dostrzegli dwa lub trzy samochody, przy nich żołnierzy i kilku oficerów, a jak się potem okaże, tu również znajdowała się radiostacja dowodzenia.

Zbereże n/Bugiem. Miejsce ostatniej walki ppor. "Żelaznego". Czerwoną strzałką oznaczono ostatnie kilkanaście metrów trasy samochodu (do momentu skrętu), którym partyzanci próbowali wyrwać się poza pierścień obławy.

Na ten widok „Żelazny”, ufny w swoje mundury oraz posłuszeństwo kierowcy, rzucił spokojnie: – „Jak dojedziemy do nich, gazu!”
Od tego momentu samotnym sprawcą końcowego sukcesu obławy był już tylko kierowca gazika. Zamiast przyśpieszyć na wysokości grupy wojska, wprawdzie gazu dodał, ale niepostrzeżenie wysprzęglił. Silnik zwiększył obroty, ale samochód zamiast przyśpieszać, zaczął wytracać szybkość, a kiedy za moment zrównał się z grupą wojskowych, kierowca wyskoczył z samochodu, krzycząc: „Koledzy! Ognia! Bandyci!”. Zanim puścił kierownicę, szarpnął ją w lewo. Samochód wjechał w sam środek grupy.


Czerwoną strzałką oznaczono trasę samochodu (do momentu wyskoczenia kierowcy), którym poza obławę próbował odskoczyć ppor. "Żelazny" i jego ludzie.

Wyskakiwali w biegu, strzelali w biegu, za chwilę padali także w biegu. Jeżeli można mówić o jakimś zaskoczeniu, to trwało ono ułamki sekund. Ubecy chwytali za broń i chociaż grały już automaty partyzantów, zwalając z nóg znajdujących się najbliżej, to za moment sytuacja całkowicie się zmieniła. Było ich tylko trzech, a ponadto kto chce
uciekać, ten nie strzela w ogóle lub strzela niecelnie. W trakcie tego krótkiego starcia, jakie się wywiązało, stojący najbliżej wyskakujących strzelec Tadeusz Gąsiorowski spuścił psa służbowego w kierunku „Żelaznego” i otworzył ogień, zabijając go na miejscu. „Żelaznego” powaliła jedna kula. Pocisk trafił go w pierś, na wysokości serca. Dwóch pozostałych przy życiu partyzantów: Stanisław Torbicz „Kazik” oraz Józef Domański „Łukasz”, rzuciło się do ucieczki w kierunku północnym, po drodze zabijając na miejscu usiłującego ich zatrzymać zastępcę naczelnika Wydziału III WUBP w Krakowie, por. Tadeusza Chachaja. Jednak inni nie próżnowali… „Kazik” ostrzeliwując się krótkimi seriami, zdołał dobiec do oddalonej o ok. 500 m. pryzmy cegieł. Zapewne w chwili gdy wychylał się do strzału, został trafiony pociskiem prosto w czoło. Centralne usytuowanie rany postrzałowej na jego czole (co widać na zdjęciu), sugerowało potem strzał samobójczy i ubecy mówiąc o tym „twardym”, który wolał się zastrzelić a nie poddać, mówili właśnie o „Kaziku”, myląc go jednak z „Żelaznym”. Nie jest jednak pewne, czy faktycznie był to strzał samobójczy.
Przypadek sprawił, że stało się to niemal naprzeciwko zabudowań trzeciego z braci Kaszczuków – Józefa, ps. „Jasny”. Oto jego współczesna relacja:
„Byliśmy oboje z żoną w mieszkaniu, kiedy usłyszeliśmy strzelaninę. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem wojskowych strzelających do siebie. Zaraz potem wszystko ucichło. Przyszli do mnie. Dowiedziawszy się, że jestem Józefem Kaszczukiem, kazali nam położyć się twarzami do podłogi i nie ruszać się”.


Zbereże. Kapliczka w miejscu śmierci ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego". Czerwona strałka pokazuje ostatnie kilkanaście metrów trasy samochodu Gaz 67, którym próbowali przebić się partyzanci.

Co działo się z „Łukaszem”? Istnieją pewne rozbieżności oraz niejasności związane z kolejnością jego zranień, a nawet miejsca próby samotnej już ucieczki. „Daleki” oraz jego brat Bronisław ps. „Ładny”, opierając się na późniejszych licznych „przeciekach” z przesłuchań, a zwłaszcza z relacji współwięźniów „Łukasza”, twierdzą, że został on ranny już podczas pierwszego zetknięcia się z obławą i pierwszej wymiany strzałów, co podsunęło „Żelaznemu” ów trik z rannym żołnierzem. W każdym razie w sentencji wyroku kary śmierci dla „Łukasza”, mówi się o zastrzeleniu przezeń por. Tadeusza Chachaja. Bardziej pewne jest to, co „Daleki” i „Ładny” ustalili po latach, już po wyjściu z więzienia, iż ranny „Łukasz” utykając, zdołał dobiec do oddalonych o kilkadziesiąt metrów zabudowań. Przedostał się do piwnicy, a tam nawet zdołał zrobić sobie zastrzyk przeciwtężcowy, w który był wyposażony każdy członek grupy ppor. Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”. Po jakimś czasie nadbiegli żołnierze z obławy i wówczas właścicielka zabudowań powiedziała, że owszem, przez jej podwórze przebiegał jakiś człowiek, ale nie wie gdzie się podział. To wystarczyło by zaraz potem ujęto ciężko rannego Józefa Domańskiego „Łukasza”.

I wreszcie los czwartego – Stanisława Marciniaka „Niewinnego”. Nieco później, po ustaleniu, że grupa liczyła nie trzech ale czterech członków, wszczęto drobiazgowe poszukiwania w okolicznych zaroślach. A miał kto szukać – w obławie uczestniczyło ok. 800 żołnierzy KBW i funkcjonariuszy UB. Znaleźli go dwaj żołnierze. Posłusznie podniósł ręce na pierwsze wezwanie.
Z późniejszych zeznań „Łukasza” daje się odtworzyć nieco dokładniejszy obraz wydarzeń, jakie rozegrały się od momentu alarmu w stodole Kaszczuków.
Rankiem „Kazik” obudził ich mówiąc, że są otoczeni przez wojsko (a więc po alarmie „Dalekiego” pierwszy obudził się „Kazik”). Jak zwykle, spali w spodniach, bez bluz wojskowych i butów.
Szli ostrożnie krzakami, w kierunku traktu prowadzącego do wsi Zbereże. W pewnym momencie Marciniak (zapewne bez uprzedzenia i uzgodnienia tego z pozostałymi), został z tyłu i zniknął w zaroślach, czym niestety znacznie osłabił ich łączną siłę ognia. Po jakimś czasie nastąpiła pierwsza wymiana strzałów z żołnierzami KBW.

Po tym pierwszym starciu wycofali się do drogi traktowej, przy czym „Łukasz” mówiąc o „wycofaniu się”, miał zapewne na myśli jedynie zmianę kierunku ucieczki, z zachowaniem kierunku głównego, czyli północnego. Po przebyciu kolejnego odcinka trasy natknęli się na grupę żołnierzy i samochód Gaz. I wreszcie mamy tamtą finalną scenę po okrzyku kierowcy: „Bandyci!”. „Łukasz” zeznawał, że on w tym starciu nie strzelał, co jest mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę raport UB, w którym podana jest informacja, że w magazynku jego automatu pozostało pięć pocisków. W tych dramatycznych sekundach wszystko było jeszcze możliwe, a świadomość gry o życie potęgowała determinację obrony i walki. Potem jeszcze było poszukiwanie magazynu z bronią. Aby zdecydowanie obciążyć „Dalekiego” winą za posiadanie broni i amunicji, skrócono rzekomą odległość od schowka do 10-20 metrów. Stanisław Kaszczuk obecnie zapewnia, że łuska i skrzynka znajdowały się w odległości nie mniejszej niż 100 metrów od zabudowań.


Zbereże. Miejsce rozlokowania sztabu Grupy Operacyjnej i śmierci ppor. "Żelaznego".

Ostatnia walka ppor. "Żelaznego" – część 6>