Ostatnia walka ppor. "Żelaznego" – część 7


Rodzina Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego". Siedzą: matka Róża Klara Syblila i ojciec Władysław Taraszkiewicz. Między nimi stoi siostra Rozalia Taraszkiewicz (ur. 1931 r.). Zdjęcie przedwojenne.

Po zakończeniu obławy, ciała zastrzelonych partyzantów i Teodora Kaszczuka przewieziono na dziedziniec włodawskiego PUBP, w którego celi przebywała w tym czasie, aresztowana 31 XII 1950 r., w ramach rozpracowywania grupy „Żelaznego”, jego 20-letnia siostra Rozalia Taraszkiewicz, która tak oto wspomina ten dzień:

„[…] Jest z 5 na 6 października. Śni mi się okropny sen; jak na jawie gonią mnie dzikie świnie, jest w tej wsi ścięte ściernisko. Po zbożu ja [biegnę] na bosaka, ale te ściernie ostre kaleczą moje nogi. Nagle jakiś mężczyzna, niby ojciec, chce zabić moją mamę, a ja krzyczę „Nie!” i czuję okropny ból w sercu, a twarz mamy, to nie jest jej, tylko Edwarda. Zaraz wstałam. Słyszę jakiś dziwny ruch na podwórku, jak by było dużo samochodów. Jest we mnie niepokój. Na sukienkę ubrałam blezer, zawiązałam wiązanką, uczesałam się, włosy związałam czarną aksamitką do tyłu. Jest pochmurny, szary październikowy dzień. Taki jakiś ciężki, dżdżysty. Serce mi mocno bije. Otwierają się drzwi, wchodzi szef UB z Lublina (szef operatywy). Całe buty w błocie, kurtka od deszczu pochlapana błotem. Mówi nerwowo: „Dzień dobry”. Wyjmuje z raportówki medalion, pyta: „Czy poznaję, czyje to jest, kto na tym zdjęciu?”. Mówię: „Moja mama. To medalion mojego brata Edwarda!”. Pokazuję zdjęcie rodzinne, wyjaśniam: to mój ojciec, to moja ciocia z mężem i synami, matki siostra. Jest koło godz[iny] 11:00, wyprowadzają mnie. Pod płotem leży „Żelazny”, nago, tylko prześcieradłem zakryty od pasa; leży obok Kazik Torbicz z Macoszyna i straszy pan; szczuplutki, w ubraniu zwinięty, też pod płotem (pan Kaszczuk ze Zbereża, w jego domu, a raczej stodole były wyrabiane legitymacje podziemne). Pyta mnie szef: „Któren jest pani brat?” Podeszłam bliżej, pokazałam: „To jest mój brat!”. „A ten drugi, kto jest?”. „Nie wiem”. „A ten starszy człowiek?”. „Nie wiem kim jest”. Na podwórku pełno wojska, stoją lekarze w białych fartuchach, u góry nad nami krąży samolot mały, robi zdjęcia z góry. Mnie nie wierzą, wołają Edwarda kolegów ze szkoły, sąsiadów, stryja Mariana Taraszkiewicza. Stryjo mówi: „To jest Edward!” […] Parę dni po akcji wezwał mnie szef z UB Lublin, szef operatywy, mówi do mnie: „Tak zakończył „Żelazny” swoją działalność. Taki człowiek był nam potrzebny, co za orientacja”. Pyta mnie: „Czy czytała p. już chronologię „Żelaznego”?”. Mówię: „Nie!, Nie znam. Nie wiem nawet, że pisał”. – Tak, jest tu we Włodawie, to jego rękopis. Teraz przepisują na kilka sztuk, dla każdej placówki. Ja sam dla siebie zabieram jeden egzemplarz. Zawiadamiam panią, że będzie pani sądzona we Włodawie, razem z innymi. To będzie sąd lubelski, na sesji wyjazdowej we Włodawie, tak zwana pokazówka. Będzie was sądził sąd wojskowy. Dostanie pani obrońcę z sądu. No na mnie czas.” Spytał mnie: „Czy ma pani do mnie żal, że prowadziłem taką akcję?” Powiedziałam: „Nie, jeśli nie pan, to kto inny by poprowadził; a druga rzecz, ile jeszcze będzie w naszym kraju niepokoju?” Pożegnał się ze mną i powiedział: „Nie traćmy nigdy nadziei, i pani po latach wyjdzie na wolność”. Do celi przyprowadzono Reginę Ozge, pseu[donim] „Lilla”, łączniczka (syn Jeduty, czy Widuty z Czarnego Lasu, wydał Reginę Ozgę UB, współpracował). Rozdzielono nas. Wiele się od niej dowiedziałam. Do mnie dano Lodzię Kaszczuk, siedziało jej trzech braci: Józef, Bronisław [i] Stanisław. Dziesięć latek zebrała ciocia.
Sądzono nas w kinie. Wyroki były duże: ja skazana byłam na pięć lat więzienia. […] Sąd skazał, tak jak artykuł wskazywał. Sądzono bardzo dużo osób na karę śmierci, długoletnie więzienie. Siedzieliśmy z Lodzią Kaszczuk we Włodawie, w jednej celi. Opowiadała mi Lodzia taki moment przed napaścią UB na ich dom. Mama ich nie mogła spać, spała w kuchni (była obszerna), nagle patrzy, dwa białe gołębie stukają w szybę. Zdziwiło ją, przecież tu nikt nie ma gołębi. Kiedy gołębie zniknęły, na szybach była pomazana krew. Gołębi nikt więcej nie widział. Wtedy ojciec Lodzi ubrał się, też jakiś niepokój go ogarnął. Wszed[ł] do stodoły i mówi: „Jakiś mamy niepokój”, a wojsko KBW już okopywało się na dole.
Dzień przedtem „Żelazny” opowiadał swój sen. Śniła mu się matka, że zakładała mu na ręce czarny różaniec, tak jak dla umarłego. Oni czekali na przesyłkę pocztową i dlatego nie opuszczali terenu.[…]”.

6 październik 1951 r. Dziedziniec PUBP we Włodawie.Leżą zabici: Kazimierz Torbicz "Kazik"(z lewej) i Edward Taraszkiewicz "Żelazny" (z prawej). W środku siedzi Stanisław Marciniak "Niewinny", skazany na karę śmierci, zamordowany 12 stycznia 1953 r. w więzieniu na Zamku w Lublinie.

Pośmiertne zdjęcie ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego", wykonane na dziedzińcu PUBP we Włodawie 6 X 1951 r. Na ciele widoczny (na granicy zawinięcia koszuli) ślad po kuli, która go zabiła.

Stanisław Torbicz "Kazik". Pośmiertne zdjęcie wykonane przez UB.

Warto jeszcze przytoczyć tutaj dość ciekawą historię, która wiąże się z poległym od kul partyzantów – wspomnianym już wcześniej – byłym zastępcą Naczelnika Wydziału III WUBP w Lublinie, a w momencie śmierci, zastępcą mjr. Wałacha, por. Tadeuszem Chachajem, który miał za sobą bardzo „wybitną” przeszłość jako „utrwalacz ludowej władzy”. Urodził się w 1925 r. w kol. Celin (pow. Krasnystaw), ukończył szkołę powszechną, później pracował jako szewc. Wiosną 1944 r. wstąpił do oddziału AL Bolesława Kowalskiego ps. „Cień”, który „wsławił się” tym, że 5 maja 1944 r. w Owczarni, on i jego ludzie podstępnie (podczas wspólnej odprawy) zaatakowali oczekujący na zrzut 47-osobowy oddział 3 kompanii 15 pp. Armii Krajowej, dowodzony przez por. Mieczysława Zielińskiego „Krysta”, „Moczara”, z którym wcześniej utrzymywali luźne kontakty. Zabito wówczas Zielińskiego i siedemnastu jego podkomendnych. Po zebraniu broni, wyposażenia i okradzeniu zwłok żołnierzy AK, komuniści dobili swoich rannych i opuścili Owczarnię. Z tak „bohaterską” przeszłością drogę do bezpieki miał szeroko otwartą i już od 30 stycznia 1945 r. zaczął robić karierę jako referent gminny w PUBP Krasnystaw, skąd po przejściu wielu szczebli i ukończeniu Centralnej Szkoły MBP w Łodzi oraz Rocznej Szkoły Ofcerskiej MBP, awansował w końcu na zastępcę naczelnika Wydziału III WUBP w Lublinie, a następnie w Krakowie.

Jego spotkanie z „Żelaznym” w Zbereżu nie było pierwszym, jednak o tym wiedział tylko Chachaj. Obaj ci ludzie „spotkali się” już dwukrotnie. Pierwszym razem Tadeusz Chachaj, jako członek grupy operacyjnej brał udział w obławie na część oddziału Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia”, zorganizowanej 24 grudnia 1946 r. w Woli
Wereszczyńskiej. Dzień ten zapisał się w pamięci partyzantów „Jastrzębia” jako „krwawa Wigilia”. Na skutek zdrady żołnierza placówki podległej „Jastrzębiowi”, Bolesława Koniecznego „Orzełka” UB dowiedziało się, gdzie partyzanci będą spędzać święta Bożego Narodzenia. Do Woli Wereszczyńskiej wysłana została licząca 25 żołnierzy GO UB-KBW, która otoczyła dom, gdzie przebywał „Jastrząb” wraz z 12 ludźmi, m.in. był tam też  obecny „Żelazny”. Partyzanci przedarli się przez pierścień okrążenia, lecz dwóch z nich, Zdzisław Kogut „Ryś” i Józef Milaniuk „Słoń” poniosło śmierć, a kilku odniosło rany. Ze strony GO poległ 1 żołnierz KBW, a 1 funkcjonariusz UB został ranny. Tym rannym funkcjonariuszem UB był właśnie Tadeusz Chachaj.

Kolejne spotkanie nastąpiło 2 kwietnia 1949 r. w czasie nieudanej operacji WUBP Lublin, na kol. Łuszczów w gospodarstwie Zarzyckich. Tadeusz Chachaj okazał się być jednym z dwóch „pozorantów” UB, którzy prowadząc ze sobą aresztowanego Stanisława Bartnika „Górala”, członka patrolu Walentego Waśkowicza „Strzały”, z oddziału kpt. „Uskoka”,  mieli zamiar uzyskać od Jana Zarzyckiego wiadomość o miejscu pobytu „Uskoka”, a gdy w/w zorientował się co w czym rzecz, natychmiast go sterroryzowali.

A oto stosowny fragment dokumentu UB na ten temat:

„[…] Ponadto proszę Ob. Ministra o premiowanie starszych referentów Wydz. III WUBP w Lublinie ppor. Wtorka Piotra i ppor. Chachaja Tadeusza, którzy podczas przeprowadzanej akcji wykazali odwagę i bojowość, oraz wzorowo wykonali powierzone im zadania, t.j. przypuszczając, iż w zabudowaniach Zarzyckiego są uzbrojeni bandyci, udali się do tych zabudowań i wyprowadzili z nich wyżej wymienionego właściciela, narażając się w ten sposób, oraz niedopuscili do ucieczki w czasie strzelaniny w nocy powierzonego ich nadzorowi bandyty „Górala”.

[podpis.] płk. Siedlecki”

Podczas wspomnianej akcji kpt. „Uskok”, „Wiktor” i „Żelazny” brawurowo przebili się przez kordon obławy, a por. Chachaj z kolegą byli jedynymi, którzy otrzymali pochwałę za tę akcję, bo cała reszta, od ppłk. Artura Jestrzębskiego – szefa WUBP w Lublinie – poczynając, poprzez jego zastępcę – kpt. Jana Gorlińskiego, a na kilku szeregowych żołnierzach KBW kończąc, otrzymali dość poważne nagany za nieudolność w przeprowadzeniu operacji.
 
Dwa lata później „wzorowy” por. Chachaj nie miał już tyle szczęścia. Można by rzec, że  sprawiedliwość zatoczyła koło i dopadła w końcu jednego ze sprawców tragedii żołnierzy "Jastrzębia" i rodziny Zarzyckich (ciężarna żona Jana Zarzyckiego została skatowana w śledztwie i zmarła niedługo po tym jak urodziła córkę w szpitalu więziennym na Zamku w Lublinie).
Patrząc na daty nietrudno zauważyć, że aktywne próby ujęcia „Żelaznego” przez Chachaja wypadają co dwa lata, najpierw w 1946 r., później w 1949 r.  Po następnych dwóch latach, w 1951 r. urzeczywistniło się stare powiedzenie „do trzech razy sztuka” i kolejna próba okazała się być dla niego ostatnią w karierze. Niestety, kilka minut później szczęście odwróciło się również od „Żelaznego”. 

Roman Dobrowolski. Aresztowany 7 X 1951 r. Skazany na karę śmierci i stracony za współpracę z oddziałem ppor. "Żelaznego" 3 XII 1951 r.

Po likwidacji grupy, na podstawie zeznań zatrzymanych, aresztowano kilkadziesiąt osób, które pomagały oddziałowi ppor. Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”. Już następnego dnia, 7 października 1951 roku, funkcjonariusze WUBP w Lublinie, kierowani przez Aleksandra Lejaka, przeszukali dom Romana Dobrowolskiego w Urszulinie, znajdując tam 1263 sztuk legitymacji WiN, 78 pieczęci, powielacz płaski, matryce do niego, tusz oraz suche ogniwo do baterii, 2 odbiorniki oraz 78 zeszytów z danymi aktywistów komunistycznych oraz tajnych współpracowników UB. Aresztowano właściciela domu – Romana Dobrowolskiego oraz jego siostrę Janinę, których przewieziono do aresztu PUBP we Włodawie.

Ostatnia walka ppor. "Żelaznego" – część 8>