Rozmowa z por. "Młotem" – część 2


S.G.:
Jakie wydarzenie w tamtym okresie zapisało się najbardziej w Pana pamięci?

H.L.: Jest to bardzo osobiste. 18 grudnia 1945 roku zatrzymaliśmy się w Zażdzarach, bo napadał śnieg i zatarł wszystkie ślady. Była tam leśniczówka, leśniczy wysłany został na Sybir, pozostała jego żona z trójką dzieci. Zbliżały się święta, więc ja wraz z dwoma oficerami postanowiliśmy, że spędzimy tam dwie noce i pójdziemy zapolować, by coś zostawić tej kobiecie. Dowództwo w wiosce przekazałem oficerowi dyżurnemu, a sam wraz z dwoma oficerami poszedłem zanocować w gajówce. Około 23.30 budzą mnie i mówią: „Panie komendancie są gońcy…”. Myślę, stało się, znaleźli mnie. Wiadomo było, że miejsce postoju jest w Zażdzarach, a nie w leśniczówce. Następnie powiedzieli, że są do kapitana "Młota", a przecież wszyscy wiedzieli, iż jestem porucznikiem. Zrozumiałem, że nie jest dobrze. Bardzo szybko się ubraliśmy, a oni coraz natarczywiej dobijali się do drzwi. Nie mieliśmy zbyt wiele broni, obowiązkowo dwa granaty tzw. siekacze obronne, jedną zaradkę dziesięciostrzałową i każdy z nas miał pistolet. Trzeba było działać. Wiedziałem, że nie mogę dać się złapać. No jeszcze tamci mieli szansę przeżycia, ale ja jako komendant rejonu nie. Już wcześniej myślałem o tym, że nie mogę wpaść w ich ręce, gdyż mogłem tyle szkody narobić, bo przecież nie wiadomo jaka jest ludzka wytrzymałość na tortury. Dlatego podjęliśmy walkę. Widziałem tylko jak jeden z moich przyjaciół zawisł na framudze okna. Wybiłem kolbą okno i schroniłem się między sągami drewna przykrytymi daszkiem. Chwilę słychać było jęki. Nagle słyszę – wyszła śp. Kalińska z dwójką dzieci, mówiła, prosiła, ze już nie ma nikogo i żeby ją zostawili w spokoju. Z przekleństwami puścili serię z karabinu. Zamordowali ją i dzieci, a następnie wszystko podpalili. Po chwili zobaczyłem kłęby dymu i usłyszałem serię naszych, a myśmy jak ten, który gra na instrumencie rozpoznawaliśmy swoją broń. Zrobiło się zamieszanie, zaczęli się zwijać, gdy objął mnie dym udało mi się uciec na otwarte pole. Dopiero wtedy straciłem przytomność, nawet nie czułem, że jestem ranny. Na drugi dzień chłopi z tej wioski furmanką zawieźli mnie na punkt, który sobie zawsze wcześniej wyznaczaliśmy. Tam się wyleczyłem. Jest to upamiętniona walka, ważna dla mnie, bo ukazuje zbrodnie komunizmu na ludności cywilnej, a trzeba powiedzieć takich zbrodni było wiele.

S.G.: Co Pana zmusiło do podjęcia decyzji o wyjeździe?

H.L.: Bardzo piękne były pierwsze chwile po ujawnieniu w marcu 1947 roku. Tym bardziej, że otrzymałem takie warunki jak nikt inny. Sam fakt, że to ja stawiałem warunki wyjścia z podziemia… Pierwszym było to, że nie będzie przesłuchań, moi żołnierze podadzą tylko imię, nazwisko, pseudonim i stopień. Drugi to, że będą mogli swobodnie, w mundurach poruszać się po mieście przez dwa tygodnie. I ostatnie, na to początkowo nie chcieli się zgodzić, że złożę broń, ale nie w Chełmie tylko w Wojsławicach. Jak to się odbyło? Przyjechali o 7.00, delegacja 15 ubowców z Pawlukiem (uczestnikiem zajść w Zażdzarach) na czele. Powiedziałem jaki jest program dnia. Od 7.00 do 8.00 przygotowanie, później o 8.00 ostatni raport, a o 9.00 Msza. Zaproponowałem im nawet, że jeśli mają ochotę to mogą w niej uczestniczyć. Dopiero potem w Urzędzie Gminy ujawniłem się. Dlaczego tam? Bo Gmina była symbolem władzy, to ja byłem gospodarzem. Można to sobie wyobrazić, ja siedziałem, a oni stali. To tylko mając te dwadzieścia lat można tak postępować. Gdy wjechałem do Chełma witało mnie chyba pół miasta, ludzie stali od Górki po Borek. A w domu, tyle kwiatów zastałem. To były czasy. Trwało to jednak krótko. Najpierw namawiano mnie, abym coś napisał, ale nie zgodziłem się. Potem zaczęto mówić, że dochodzą słuchy o rzekomym zamachu na moją osobę. Wtedy pomyślałem, że już się psuje i trzeba bardzo uważać. I wreszcie, gdy w czerwcu 1948 roku wróciłem do domu, bo byłem na zachodzie Polski, gdzie przez cały czas się wałęsałem, musieli mnie śledzić, bo od razu przysłali kogoś, że komendant UB chce się ze mną widzieć. Poszedłem i udawałem, iż wszystko jest w porządku. On „zwierzył” mi się, że jego wywiad doniósł o takich, którzy chcą mnie zabić za ujawnienie. A on z „troski” o mnie proponuje obstawę. Pokazał mi dwóch, od razu widać prawdziwych ubeków, a ja uśmiechając się zastanawiałem się, który z nich będzie strzelał w mój tył głowy. Powiedziałem – lepiej żebyście mi nie dawali jeszcze dzisiaj tej obstawy, bo jestem umówiony z sekretarzem, w sprawie artykułu (faktycznie tak było). Zgodzili się i tyle mnie widzieli.

S.G.: Jak Panu udało się przedrzeć za „żelazną kurtynę” ?

H.L: Po wspomnianej wyżej rozmowie z komendantem UB, w ciągu godziny spakowałem się i wraz z obstawą ruszyłem do Lublina. Tam na dworcu poczekali, aż wsiądę do pociągu i odeszli. Stamtąd pierwsza nieudana próba przekroczenia granicy przez Szklarską Porębę. Pozorowaliśmy handlarzy przygranicznych, miałem trochę rąbanki i spirytusu. Na przejściu w Wieńcu Zdroju (dzisiaj Sieradowie Zdroju) złapali mnie, ale udało mi się ich przekupić i dzięki fałszywym dokumentom umknąłem i tym razem. Wtedy wybrałem inną drogę, ale już nie winowską, bo u nas organizowane były przerzuty, ale ja nie dowierzałem. Z chwilą, gdy aresztuje się tak łatwo naszych przywódców, oznacza to przeciek. Moja droga wiodła przez Szczecin, była straszna, dzisiaj gdybym miał to powtórzyć chyba bym się nie zdecydował, ale wtedy trzeba było ryzykować. Przez pewien czas byłem na barce, nade mną dobre parę ton węgla, a do oddychania tylko rurka. Tak przekroczyłem granicę. Gdy minąłem pewną strefę, zjechałem barką w dół do Frankfurtu. Po wielu perypetiach udało mi się przedostać do strefy angielskiej, a później amerykańskiej. Tam powołałem się na znajomość z korespondentem amerykańskim Derek’iem Selby, sprawdzili. Potem przeszedłem przez obóz przejściowy dla emigrantów. Wreszcie samolotem dostałem się przez „korytarz powietrzny” do Mannheim. Na lotnisku miałem wspaniałe przyjęcie. Po niedługim czasie zdecydowałem się na wyjazd do Francji, proponowali mi też inne państwa. W Austrii potrzebowali farmerów (zrobiłem nawet na wszelki wypadek „certyfikat farmera”). Amerykanie przyznali mi stypendium i proponowali wyjazd do Stanów. Odmówiłem. Nie wiedziałem co przyniesie życie, wolałem Francję, bo z niej nawet na piechotę do domu powrócę. To był ten rzeczywisty powód.

S.G.: Pana życie we Francji i działalność w środowiskach niepodległościowych.

H.L.: Dokładnie 22 lipca 1948 roku przybyłem z transportem, jak wielu innych do fabryki w środkowej Francji niedaleko Lyonu. Na początku wykonywałem najcięższe prace fizyczne. Z czasem gdy poznałem język, zdałem maturę i ukończyłem studia zacząłem piąć się po drabinie społecznej. Aż w końcu zostałem dyrektorem Centrum Usług Informatycznych, funkcję tą pełniłem do emerytury. Tym awansem społecznym chciałem zapracować na wizerunek jaki pozostawiłem po sobie w Polsce. W trudnych chwilach tylko we wspomnieniach znajdowałem oparcie. Przez cały ten czas nie przestałem działać w środowiskach niepodległościowych. Osobiście znałem gen. Maczka, którego po
dczas wizytacji gościłem u siebie. Z gen. Andersem miałem trzykrotnie tzw. odprawy. Byłem prezesem młodzieży na środkową Francję. Byliśmy bardzo związani z tym co się dzieje w Polsce i na świecie. Był okres, szczególnie po wybuchu wojny koreańskiej, gdy sądziliśmy, że wybuchnie konflikt, co w naszym egoistycznym przekonaniu wydawało się jedyną drogą do odzyskania niepodległości. Wtedy nasza aktywność wzrosła, przechodziliśmy przeszkolenia wojskowe. W razie ewentualnej wojny byłem przewidziany na dowódcę na terenie Lubelszczyzny.

S.G.: Pana związek z partią prezydenta Jacquesa Chiraca.

H.L.: Partia Chiraca była tym co mi najbardziej odpowiadało programowo i ideowo. Wiadomo było, że tacy jak ja nie mogą pozostać na uboczu przemian, które już się dokonywały. Myślałem i okazało się to słuszne, że gdy powrócę, to te kontakty pomogą w nawiązaniu przyjaznych stosunków z Francją. Uważałem, iż dobrze mieć znajomych wśród ludzi, którzy tam coś znaczą. Dzięki tym kontaktom miałem okazję przyjechać do Polski w 1970 roku jako doradca premiera. Władze polskie postawiły jednak warunek – żebym zrzekł się obywatelstwa polskiego. To była cena, której nie mogłem zapłacić i na przyjazd do kraju czekałem jeszcze 20 lat.

S.G.: Mając ustabilizowane życie we Francji zdecydował się Pan wrócić. Dlaczego?

H.L.: Ja cały czas wiedziałem, że wrócę. Nie wyobrażałem sobie, by mogło być inaczej. Bo co wtedy, mówiliby, że „Młot” ma dobrze i Ojczyznę ma w nosie. Nie mogłem na to pozwolić. Granicę w Zgorzelcu przekroczyłem 4 lipca 1992 roku. Dla niektórych popełniłem wielką zbrodnię – odważyłem się powrócić. Jestem jedynym dowódcą tego typu oddziałów w Polsce, który nie otrzymał awansu od 1944 roku. Ale cieszę się, że choć w pewnym stopniu zostało dokonane zadośćuczynienie w stosunku do wielu moich kolegów.

S.G.: Co Pan sądzi o zakłamaniu historii powojennej Polski, za szczególnym uwzględnieniem działalności WiN?

H.L.: Obecnie chce się nagiąć historię swoich politycznych i ideologicznych poglądów. Teza „wojny domowej” jest wyssana z palca. Jakże można porównywać sytuację powojennej Polski z wojna domową w Hiszpanii, gdzie to naród był podzielony ideologicznie. A z kim walczyliśmy u nas? Z obcym najeźdźcą i przybudówkami NKWD, bo czym było UB i MO? Oni poszli na współpracę, widząc w tym osobiste korzyści, teraz o tym zapominają. A myśmy walczyli o wolną i niezawisłą Polskę. Dzisiaj po tylu latach można powiedzieć, że moje pokolenie wskazało drogę i później poprzez zrywy lat 1956, 1970, 1980 i po 45 latach późno, ale jednakże kraj nasz odzyskał wolność. I tutaj taka moja osobista refleksja – chyba nie o taką Polskę walczyliśmy. Ale to co mamy jest wystarczające. Ci co złożyli ofiarę życia, po to byśmy mogli być ludźmi wolnymi zasłużyli na dobrą pamięć. To cośmy widzieli w Sejmie – wystąpienie pana Pastusiaka i innych to skandal. Ci starcy, którzy tam przyszli chcieli tylko bardzo skromnej zapłaty, uznania, że dobrze służyli Ojczyźnie. Teza o „wojnie domowej” była dla nich policzkiem i proszę się im nie dziwić, że wszyscy wstali i odeszli. Należy działać tak, by już żadne pokolenie nie musiało dawać takich wyrazów przywiązania do Ziemi Ojczystej jak moje. By szansę tę wykorzystać trzeba przede wszystkim wzbogacać się intelektualnie i być wiernym pewnym wartościom np. poszanowanie drugiego. I z chwilą, gdy ten szacunek będzie miał miejsce to będzie przyjęty, a wiemy jak to dzisiaj wygląda. Ja osobiście jestem przekonany, że prawda wreszcie zwycięży.

Kwiecień 2001 r.

Czytaj więcej nt. por. "Młota":
1.Por. Henryk Lewczuk "Młot" i uderzenie na Hrubieszów – 27/28 V 1946 r. – część 1>
2.Por. Henryk Lewczuk "Młot" i uderzenie na Hrubieszów – 27/28 V 1946 r. – część 2>
3.Por. Henryk Lewczuk "Młot" i uderzenie na Hrubieszów – 27/28 V 1946 r. – część 3>

Rozmowa z por. "Młotem" – część 1>
Strona główna>