Ostatni niezłomny – Józef Franczak ps. "Lalek" – część 2

Strzela jak na filmie
Dziś Danuta Mazur cierpi
na chorobę nóg. Całymi dniami siedzi na ganku murowanego
domu w Wygnanowicach. 59 lat temu, gdzieś w połowie 1946 r.
koleżanka poprosiła jej ojca o przenocowanie chłopaka z lasu.

Pierwszy raz go wtedy zobaczyłam
– wspomina osiemdziesięcioletnia
dziś kobieta. – Przystojny, figurę miał, głos łagodny. No… w
moim guście był. Taki z brzuszkiem
– dodaje. I już po jej pooranej
zmarszczkami twarzy płyną łzy.
Najczęściej spotykali
się w polu. W tajemnicy przed jej ojcem, choć należał do siatki
"opiekunów" Franczaka. Danuta brała w chustę coś
do jedzenia i znikała na kilkadziesiąt minut. Najłatwiej było się
ukrywać w lecie. Zboże wysokie, wszystko dookoła bujne, młodość
podpowiadała, jak się chować. Na początku to tylko urywkowe
spotkania. Danuta oddawała meldunki i przekazywała informacje o
sytuacji w powiecie. Z czasem jednak służbowe spotkania zmieniły
się w randki.
– Przynosił mi książki,
różne romanse – mówi. – Kiedyś nawet pokazał w
atlasie Kanał Sueski, twierdząc, że wojna światowa zacznie się
tam i ona nas wyzwoli. Ja w to wszystko wierzyłam, bo on tak mówił,
że wszystkich potrafił przekonać.

Franczak nie chce narażać
narzeczonej. Niekiedy zostawi w nocy jakiś upominek na parapecie jej
okna, innym razem ona sama czuje, że ją obserwuje schowany w lesie.
Czasem Danuta dowie się,
że "Laluś" strzelał się z milicją w Lublinie, innym
razem, że z "ubejcami" w Lubartowie. Udaje, że ją to nic
nie obchodzi. Wojna się przecież skończyła, a wszyscy dookoła
chcą wreszcie normalnie żyć. Ale koniec lat czterdziestych to
okres terroru. Na Lubelszczyźnie strzelaniny to rzeczy codzienne. UB
i wojsko w poszukiwaniu partyzantów aresztuje tysiące osób,
podpala chałupy, straszy i bije.
Dochodzi do tego, że od
połowy 48 r. grupa "Uskoka", w której jest teraz
Franczak, siedzi jak mysz pod miotłą i tylko raz na miesiąc
organizuje akcje. Giną szefowie gminnych i powiatowych komitetów
PPR-u, szczególnie zawzięci utrwalacze władzy ludowej,
posterunkowi i konfidenci. Zaraz po każdej akcji – odwet. A potem
odwet za odwet. Czasami jest jedna ofiara, innym razem ginie
kilkanaście osób. Historyk Tomasz Łabiszewski z IPN w pracy
zbiorowej "Ostatni Leśni" szacuje, że w całym kraju
tylko w lipcu 1948 r. milicja i UB przeprowadziła ponad 2 tys.
operacji przeciwko "bandom". W przeczesywaniu lasów
wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy funkcjonariuszy.
W maju 1948 r. patrol
"Lalusia" wpada w zasadzkę koło wsi Cyganka koło
Lublina. Od strzałów padają dwaj partyzanci, dwaj inni są
ranni. Ich dowódca – po wystrzeleniu magazynka – znika. Wymyka
się obławie. Nawet jest nie draśnięty.
"Coraz więcej ludzi
popada w apatyczny nastrój i przestaje wierzyć w rychłe
zmiany na lepsze. Ludzie coraz bardziej dostosowują się do
znienawidzonego, a umacniającego się porządku – bo przecież
trzeba żyć. My garstka straceńców – jak nas nazywają –
stajemy się oazą wiary i woli zwycięstwa na pustyni zwątpienia i
beznadziejności"
– notował "Uskok".
W Wigilię 24 grudnia
1948 r. milicji udaje się wreszcie dorwać "Lalusia". W
pojedynkę zostaje zaskoczony w sklepie w Wygnanowicach. Ale i tym
razem jest szybszy. Strzela jak na filmie. Jeden z milicjantów
pada trafiony, on sam dobiega do lasu. Jest ranny w brzuch. Będzie
się leczył kilka miesięcy. W tym czasie jednak zostaje wytropiony
"Uskok". Najpierw informator o pseudonimie "Janek"
wydaje najbliższego współpracownika Brońskiego –
"Babinicza". Ten z kolei katowany przez ubeków z
Lubartowa ujawnia położenie bunkra, w którym chowa się
charyzmatyczny dowódca.
21 maja cała okolica
bunkra zostaje otoczona. Po krótkiej wymianie strzałów
„Uskok" popełnia samobójstwo. Zadowoleni
funkcjonariusze malują na desce napis :„Bunkier i »Uskoka «
szlak [sic!] trafił" i fotografują ją w zdobytym schowku. W
ich ręce wpada całe archiwum oddziału.
Na jednej z fotografii –
nad głową pochylonego nad mapą Franczaka – pojawia się cyferka
„jeden".

Adwokat z Lublina
Opowieść o ostatnim
polskim partyzancie powinna się rozpoczynać właśnie w tym
momencie. W całym kraju – według danych resortu bezpieczeństwa –
ukrywa się jeszcze 250 żołnierzy. Przede wszystkim na
Białostocczyźnie i na Lubelszczyźnie.
Coraz rzadziej jednak
partyzanci mają ze sobą kontakt. Często poszczególni
żołnierze nie wiedzą nawet, że są już samotni w swoim rejonie.
Do lutego 1953 r. działają ostatni żołnierze "Uskoka",
zaś w lipcu kończy się wielomiesięczne polowanie na
siedmioosobowy patrol por. Wacława Grabowskiego "Puszczyka"
pod Mławą. W dokumentach UB zachował się nawet rachunek za
wydanie ich kryjówki. Agent "N-20" dostał za to
śmieszną wówczas sumę 5 tys. złotych. Cała siódemka
zginęła.
W nocy z 2 na 3 marca
1957 r. we wsi Jeziorko koło Łomży grupa operacyjna SB-KBW zabiła
ppor. Stanisława Marchewkę "Rybę" – ostatniego
partyzanta na Białostocczyźnie. W lutym 1959 r. koło Leżajska
został aresztowany Michał Krupa, a 30 grudnia 1961 r. w powiecie
biłgorajskim wpada "Dąb" – Andrzej Kiszka.
"Laluś" ukrywa
się dalej. Albo ma niebywałe szczęście, albo jest najbardziej
roztropny. Na pewno jest zdeterminowany. Mimo że najbliżsi
współpracownicy, a z czasem i Danuta Mazur prosili, by się
ujawnił, odmawia.
Decydujące było
spotkanie z lubelskim adwokatem Rachwaldem niedługo po ogłoszeniu w
kwietniu 1956 r. ostatniej już amnestii. Franczak pojawił się w
mieszkaniu adwokata zupełnie niepostrzeżenie. Musiał potwornie
uważać, bo miasto roiło się od bezpieki. Mieściło się tam też
centrum aparatu represji, a funkcjonariusze znali podobiznę
"Lalusia". Wiedzieli także, że stosuje różne
fortele. Do lustrowania okolic, w których miał zabawić
dłużej, używał na przykład przebrania kobiety. Wiemy, że
wcześniej zdarzało mu się ukrywać w Lublinie. Dziś krążą
wśród miejscowych niesamowite wręcz legendy. Że na kilka
lat wyjechał na Zachód, że przekupił kilku wysokich
funkcjonariuszy i ukrywał się w Warszawie. Że trzymał na muszce
jakiegoś generała, że strzelał z zamkniętymi oczami i zawsze
trafiał…
Dokładnie wiemy, o czym
"Laluś" rozmawiał z adwokatem. Danuta Mazur, dla której
to spotkanie mogło oznaczać legalizację jej związku, ujawnia
tajemnicę tego wieczoru. Franczak zapytał wprost: – Co na niego
mają i co dostanie w zamian za poddanie się z bronią? Jeśli
wsadzą go na 15 lat – może się ujawnić, jeśli na więcej –
będzie walczył dalej. Mecenas mimo amnestii nie miał dobrych
wieści: – Na sucho ci to nie ujdzie. Oficjalne dossier "Lalusia"
było rzeczywiście imponujące.
Władza oskarżała go o
kilkanaście morderstw. Listę otwierało dwóch Żydów,
członków Gwardii Ludowej, zastrzelonych w Skrzynicach zimą
1943 r. podczas walki. Następny był współudział w
zastrzeleniu czterech milicjantów w czerwcu 1946 r. Potem
posterunkowy z Rybczewic i członek PPR-u Zdzisław Dębski z
Majdanka Kozickiego. W 1948 r. Franczak miał na sumieniu kolejnego
milicjanta z Rybczewic, a potem komendanta ORMO we wsi Wola
Gardzienicka. W sierpniu 1951 r. miał zaś zastrzelić tajnego
współpracownika UB we wsi Passów. Do tego dochodzą
wspomniane już strzelaniny w Bojanicach, Cygance i Wygnanowicach.
To nie koniec. Z akt
wynika także, że 10 lutego 1953 r. razem z dwoma innymi
partyzantami zorganizował napad akcję na Kasę GS w Piaskach, w
której zostaje zastrzelony komendant posterunku MO. Z tej
akcji uniewinnia go młodsza o niecały rok Wiktoria Olszewska,
koleżanka ze szkoły. – On nie rabował – mówi. Potwierdza to
także Danuta Mazur. Twierdzi, że z czasem wszystkie przestępstwa w
okolicy zaczęto mu przypisywać. Akcję na kasę również,
choć "Laluś" miał tylko wysłać anonim, w którym
ostrzegał, że napad jest szykowany, ale on nie ma z tym nic
wspólnego. Czy nie miał rzeczywiście? W akcji poległ
"Wiktor", który był jego dowódcą. Janina
Wilkołek, wówczas nastoletnia dziewczynka, powtarza to, o
czym rozmawiali dorośli: – Tak, rabował, ale rozdawał biednym. To
był taki nasz lubelski Janosik.
– Od dożywocia się nie
wywiniesz
– mecenas Rachwald nie owijał w bawełnę. Zaraz jednak
dodał, że na taką karę wystarczy tylko to, co zgromadziła
prokuratura. To zaś, co ma UB w swoich aktach – wystarczy, aby
„przypadkowo" zginął w trakcie aresztowania albo nie
wytrzymał trudów śledztwa.
Ale w październiku 1956
r. zaczęła się odwilż. Z więzień zaczęli wychodzić żołnierze
AK skazani wcześniej na karę śmierci. – Mówiłam mu, że
mój sąsiad wrócił do Wygnanowic z potrójnym
wyrokiem
– wspomina Danuta Mazur. – Józek się wahał, ale się
nie przemógł. Objął mnie i powiedział, że nie wyjdzie już
nigdy.

Jakby na potwierdzenie
jesienią 1956 r. zdobył ambulans pocztowy przewożący 108 tys.
złotych. Trzy lata później do jego teczki trafia także
sprawa Mieczysława Lipskiego, oficera KW MO z Lublina. "Laluś"
postrzelił go w styczniu 1959 r. Już wtedy doskonale wiedział, że
wokół niego zaciska się śmiertelna pętla. – Cierpiał, i
tylko Bóg jeden wie, jak bardzo – dodaje była narzeczona.

Ostatni niezłomny – Józef Franczak ps. "Lalek" – część 3>