Rodziny Wyklęte… śmierć za ludzki gest!

Władysław Zarzycki, 3 IV 1949 r. aresztowany przez UB za współpracę z oddziałem kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”. Po półrocznym śledztwie, 25 XI 1949 r. skazany na 15 lat więzienia, pozbawienie praw publicznych i obywatelskich na 5 lat oraz konfiskatę całego mienia. Wyszedł na wolność 11 X 1954 r. Zmarł w 1963 r.

Rodziny Wyklęte… śmierć za ludzki gest!

Natalia i Teodor Kaszczukowie. Zastrzeleni podczas obławy 6 X 1951 r. bezbronni gospodarze, u których ukrywał się ppor. Edward Taraszkiewicz „Żelazny” i jego żołnierze.

Oddziały antykomunistycznego podziemia, zaciekle bijące się przez wiele lat po wojnie z brutalnymi komunistycznymi okupantami, nie dałyby rady utrzymywać się w terenie tak długo bez poparcia miejscowej ludności, zaangażowanej w struktury konspiracyjne. Wielu tych ludzi, cichych i często nieznanych bohaterów, za pomoc niesioną partyzantom zapłaciło najwyższą cenę. Setki, jeśli nie tysiące takich rodzin w skali całego kraju przeżyło aresztowania, szykany i kolejne lata pełne cierpień i upokorzeń. Żyli w milczeniu i zapomnieniu, z pokorą znosząc swój los, o minionych koszmarach bojąc się mówić nawet własnym dzieciom.

Gehenna tych rodzin nie kończyła się z chwilą zabicia ostatniego partyzanta, ale zazwyczaj była dopiero początkiem, często wieloletnich i wielopokoleniowych dramatów. Współpracownicy i rodziny Żołnierzy Wyklętych, przez długie dekady rządów komunistycznych niosły nie tylko krzyż cierpienia po stracie bliskich im osób – mężów, synów, ojców czy braci, lecz także piętno rodziny bandyckiej, co w praktyce wiązało z całym wachlarzem szykan utrudniających i tak dostatecznie ciężkie życie pod rządami komunistów. Co najstraszniejsze, w cierpieniu, którego doświadczali przez dziesiątki lat, musieli trwać całkowicie samotni i milczący, nie mogąc liczyć na choćby cień współczucia, pomocy czy zrozumienia, co było wynikiem wieloletniego, intensywnego komunistycznego terroru, a co za tym idzie całkowitego zastraszenia i sparaliżowania społeczeństwa.

Przez dziesiątki lat komuniści do tego stopnia zafałszowali historię instalowania swej władzy w Polsce, że i dzisiaj jeszcze trudno jest uwierzyć, że metody jakimi się przy tym posługiwali niewiele różniły się od działań hitlerowców podczas wojny. Doskonały obraz realiów panujących w okresie pierwszych lat rządów partii komunistycznej dają fragmenty raportu szefa WUBP w Warszawie ppłk. Tadeusza Paszty oraz dowódcy WBW województwa warszawskiego płk. Rubinsztejna z 28 XII 1946 r., na temat działań „władzy ludowej” wymierzonych w ludność powiatu sokołowskiego, prowadzonych pod koniec 1946 r. (trzeba pamiętać, że analogiczne działania prowadzone były we wszystkich powiatach, gdzie walczyła antykomunistyczna partyzantka). Nie trzeba zbyt mocno wysilać wyobraźni, by raport ten mógł nieodparcie skojarzyć się z okupacją niemiecką, a przecież opisuje okres Świąt Bożego Narodzenia 1946 r. w jednym z rejonów Podlasia:

W dniach od 24-27 XII 1946 r. grupa nr 1 przeprowadziła operacje we wsiach Dzierzby, Sewerynówka, Bujały, Korczew, Józefin, Księżopole-Budki, Paczuski-Duże, Tosie Krupy, Rytele Świeckie i Garnek. Grupa nr 2 we wsiach Obryte, Pełchy i Wojtkowice-Glinne. Przepuszczono przez „filtr” ponad 250 osób, konfiskując jednocześnie inwentarz żywy u rodzin bandyckich lub udzielających pomocy bandytów. We wsi Wojtkowice-Glinne na 19 istniejących gospodarstw 14 gospodarstw okazało się bandyckich. U wszystkich 14-tu rodzin inwentarz żywy został skonfiskowany, u 5-ciu rodzin niezwiązanych z bandami – pozostawiono […] W dniu 24 XII 1946 r.  we wsi Kamieńczyk został publicznie rozstrzelany Florczak Aleksander za systematyczne przetrzymywanie bandy „Młota” i udzielanie jej pomocy przez przeprowadzanie wywiadu na rzecz  bandy […] ludność powiatu sokołowskiego jest bardzo przestraszona, na widok i odgłos samochodu wszyscy uciekają ze wsi […] ludność powiatu sokołowskiego poczuła władzę państwową i zaczyna się z nią liczyć.

Tragedia rodziny Borychowskich na Podlasiu, która przeszła drogę krzyżową za pomoc udzielaną oddziałom 6. Brygady Wileńskiej AK, Kołakowskich z Mazowsza za wsparcie patroli NZW st. sierż. Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja”, Zarzyckich i Kaszczuków będących ostoją partyzantów kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka” i ppor. Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”, to jedynie wierzchołek góry lodowej. W każdym zakątku kraju, gdzie antykomunistyczni powstańcy prowadzili walkę, „władza ludowa” nie miała litości dla swych przeciwników, a odwet nie omijał nawet małych dzieci. Pomimo tego, dziesiątki tysięcy naszych rodaków systematycznie przez długie lata wspierało podziemie, za co najmniej kilkanaście tysięcy z nich zapłaciło bardzo wysoką cenę… niektórzy najwyższą.

Od lewej: kpt. Zdzisław Broński „Uskok”, ppor. Stanisław Kuchciewicz „Wiktor”, dwaj z dowódców, którzy przedarli się przez pierścień obławy w gospodarstwie Zarzyckich w 1949 r.

Na Lubelszczyźnie, jedną z wielu takich rodzin, wobec których zastosowano zasadę odpowiedzialności zbiorowej, byli Władysław i Stefania Zarzyccy oraz trójka ich dzieci: 12-letnia Marysia, 11-letni Henryk i 9-letnia Zosia. Rodzina Zarzyckich mieszkała w kol. Łuszczów (gm. Wólka Lubelska, pow. Lublin), a ich gospodarstwo, co najmniej od wiosny 1946 r., było ostoją oddziału kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”. Władysław Zarzycki był rolnikiem majętnym, prezesem związku chmielarskiego, członkiem Zrzeszenia WiN i kwatermistrzem odpowiedzialnym za aprowizację. Duży, murowany dom, schowane nieco z tyłu zabudowania gospodarcze i 20 ha ziemi otoczonej lasem dawały doskonałe warunki dla konspiracji. Regularnie, co kilka miesięcy odbywały się tam spotkania kadry oddziału. Była to – oprócz zabudowań Lisowskich w Dąbrówce – jedna z najbardziej zaufanych kwater, przez ludzi „Uskoka” nazywana „koszarami partyzanckimi”. O samych gospodarzach „Uskok” pisał krótko: Ludzie nad wyraz poczciwi, uczciwi – oto najogólniejsza charakterystyka rodziny pp. Zarzyckich.

Preludium do tragedii stały się wydarzenia z 31 III 1949 r., kiedy to funkcjonariusze UB aresztowali w kol. Pasów (obecnie pow. świdnicki) dwóch żołnierzy kpt. „Uskoka” – Stanisława Skorka „Piroga” i Stanisława Bartnika „Górala”. W wyniku intensywnego i brutalnego śledztwa uzyskano wyjątkowo cenne informacje, z których wynikało, że dowódca patrolu st. sierż. Walenty Waśkowicz „Strzała” przebywa na kwaterze w Pliszczynie (pow. Lublin). 1 IV 1949 r., gdy grupa operacyjna UB-KBW otoczyła schron, „Strzała” podjął walkę, w trakcie której zginął. Znaleziono przy nim m.in. kalendarzyk, w którym pod datą 2 IV 1949 r. zapisał: „spotkanie”. Potwierdziło to zeznania „Górala”, który twierdził, że Waśkowicz miał odejść po 1 kwietnia na odprawę z kpt. „Uskokiem”. Poinformował on również UB, że ostatnie spotkanie „Uskoka” z dowódcami patroli odbyło w mieszkaniu gospodarza Zarzyckiego w kol. Łuszczów. Natychmiast podjęto działania mające na celu ujęcie, względnie likwidację partyzantów. W nocy 2/3 IV 1949 r. grupa operacyjna UB-KBW osaczyła „Uskoka”, Stanisława Kuchciewicza „Wiktora” i Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” w domu Zarzyckich. Partyzanccy dowódcy, wykorzystując nieudolność przeciwników oraz wyjątkowy chaos panujący w ich szeregach, w brawurowym stylu, strzelając z automatów i rzucając granaty, przedarli się przez pierścień obławy, raniąc przy tym śmiertelnie dwóch funkcjonariuszy UB.

Władysław Zarzycki, 3 IV 1949 r. aresztowany przez UB za współpracę z oddziałem kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”. Po półrocznym śledztwie, 25 XI 1949 r. skazany na 15 lat więzienia, pozbawienie praw publicznych i obywatelskich na 5 lat oraz konfiskatę całego mienia. Wyszedł na wolność 11 X 1954 r. Zmarł w 1963 r.

Gdy po kilku godzinach, gdy stwierdzono ucieczkę partyzantów, pomiędzy oficerami UB, MO i KBW wybuchła awantura, podczas której oskarżali się oni wzajemnie o niepowodzenie, przerzucano się odpowiedzialnością za śmierć ubeków, szukano winnych. Ich furia znalazła wkrótce swoje ujście w odwecie skierowanym przeciwko dobytkowi Zarzyckich. Przez godzinę demolowano siekierami wszystko co było pod ręką. Okiennice i drzwi zostały wybite z futryn, zerwano podłogi, połamano meble, potłuczono naczynia, zburzono piece, kuchnię węglową, rozpruto poduszki i pierzyny, a mąkę, chleb i inne produkty żywnościowe zlano naftą. W ciągu paru kwadransów kwitnące gospodarstwo stało się ruiną, czemu przyglądała się trójka dzieci Zarzyckich wraz z ich matką, będącą w ostatnim miesiącu ciąży.

Tuż przed południem 3 IV 1949 r. zakończono operację. Funkcjonariusze WUBP w Lublinie aresztowali Władysława i Stefanię Zarzyckich. Gdy matka wsiadała do samochodu, dzieci rzuciły się ku niej, jednak ubecy odpędzali je bijąc, a w końcu zaczęli strzelać na postrach. Dzieci „bandytów” zostały pozostawione na pastwę losu. Przez ponad pół roku głodowały, nocowały ukryte na strychu, by w ciągu dnia być świadkami systematycznego rozkradania i demolowania ich rodzinnego domu. Sąsiedzi byli tak zastraszeni, że jedynie rodzina Latałów odważyła się im pomóc,  przynosząc jedzenie do bunkra w lesie, do którego się w efekcie przenieśli. Dopiero po interwencji miejscowego proboszcza, późną jesienią Zosię i Henia zabrano do domu dziecka, zaś najstarsza Marysia uciekła i trafiła do szkoły ogrodniczej w niedalekich Kijanach.

Jak już wspomniano, w momencie aresztowania niespełna 30-letnia Stefania była w zaawansowanej ciąży, jednak komunistów to nie interesowało. Straty zadane im przez partyzantów oraz świadomość, że oto właśnie wymknęli się z pułapki trzej najbardziej wówczas poszukiwani dowódcy antykomunistycznego podziemia na Lubelszczyźnie tylko potęgowały ich wściekłość, którą wyładowali na aresztowanych. Stefanię Zarzycką zabierano wielokrotnie na przesłuchania, gdzie była katowana bez litości, urządzano jej wielogodzinne stójki, kazano skakać „żabką”. By Zarzyckich bardziej pognębić psychicznie zmuszano ich do wzajemnego słuchania krzyków maltretowanego współmałżonka. „Już dłużej nie wytrzymam” – wyszeptała mężowi Stefania, gdy mijali się na korytarzu. Władysław Zarzycki po wyjściu z więzienia tak wspomniał, co komuniści wyprawiali z jego żoną i z nim (relacja ta jest znana z przekazu jednej z jego córek):

Ojca i matkę umieszczono w dwóch sąsiednich celach przedzielonych cienką ścianką. Jeden z ubeków wszedł do celi ojca i zapytał: – Słyszałeś jak drze się z bólu twoja baba? Nie? To zaraz usłyszysz. Po chwili z sąsiedniej celi rozlegał się przeraźliwy krzyk torturowanej, ciężarnej matki. Trwało to jakiś czas. Potem drzwi się otwierały, wchodziło kilku i mówiło do ojca: – A teraz ona usłyszy, jak ty wyjesz! I rozpoczynało się bezlitosne bicie i kopanie.

Karolina  Krzysztoń „Inka”, aresztowana łączniczka z oddziału WiN Andrzeja Stachyry ps. „Saturnin”, wspominała:

To było w areszcie na [ul.] Chopina [w Lublinie]. Pewnego dnia, w jednej z cel słyszę jęki kobiety i głos Flora [funkcjonariusz UB], tego bandyty i kata nad katami: »Tę kurwę trzeba wykończyć razem z tym bachorem, który ma się urodzić«. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to Stefania Zarzycka. Zresztą na Chopina siedziała krótko. Wkrótce zabrali ją na Zamek”.

Rankiem 28 V 1949 r. Stefania Zarzycka trafiła na więzienny oddział szpitalny, a w południe następnego dnia urodziła dziewczynkę, której nadano imię Magdalena. Niestety, wycieńczona bestialskimi torturami matka zmarła 1,5 godz. później, 29 V 1949 r. Jej ciało pogrzebano w utajnionym miejscu. Szczątki Stefanii Zarzyckiej zostały odnalezione 6 X 2017 r. podczas prac ekshumacyjnych prowadzonych przez IPN na Cmentarzu Rzymskokatolickim przy ul. Unickiej w Lublinie. Informację o identyfikacji podano 1 II 2018 r.

Magdalena Zarzycka spędziła na Zamku Lubelskim ponad dwa lata. W lipcu 1951 r. trafiła do sierocińca w Łabuniach pod Zamościem, później do Klemensowa.

Magdalena Zarzycka z wnukami podczas wręczeni noty identyfikacyjnej jej matki Stefanii Zarzyckiej, 1 lutego 2018 r. w Pałacu Prezydenckim.

Władysław Zarzycki, po półrocznym śledztwie, 25 XI 1949 r. został uznany za winnego systematycznej pomocy „bandom” i skazany na 15 lat więzienia, pozbawienie praw publicznych i obywatelskich na 5 lat oraz konfiskatę całego mienia. Wyszedł na wolność 11 X 1954 r. w wyniku amnestii. Nakazano mu wrócić do Łuszczowa. Dom był zniszczony i ograbiony, ziemia rozparcelowana, zaś w oficynie gnieździły się cztery rodziny zakwaterowane przez gminę. Postanowił jednak zebrać rozrzuconą rodzinę i odnaleźć córkę, której nigdy nie widział. Zabrał ją z domu dziecka w 1957 r., w wieku 8 lat.

Okropności, które dotknęły Magdalenę, spowodowały traumę, która nigdy nie pozwoliła jej zbudować tak naprawdę więzi z ojcem, choć jak sama wspominała, ojciec opowiadał mi o mamie, o więzieniu, o organizacji WIN, o „Zaporze”, „Uskoku”, „Strzale”, „Żelaznym”. Nie bał się […]. Władysław, mimo tragicznych przejść nadal pomagał ostatnim niezłomnym. Kiedy po latach Magdalena zobaczyła zdjęcie zastrzelonego Józefa Franczaka „Lalka” (poległ 21 X 1963 r. ), zdała sobie sprawę, że zna tę twarz; zapamiętała jego wizyty.

Władysław Zarzycki zmarł na atak serca w 1963 r. a Magdalena ponownie trafiła do domu dziecka, gdzie od razu przyklejono jej łatę „córki bandyty”, która ciągnęła się za nią (i jej rodzeństwem) latami, utrudniając normalne życie i niszcząc relacje międzyludzkie. Nigdy nie mówiła o swojej przeszłości, wiecznie czuła strach, wyrzucano ją z pracy, siostrę ze studiów. Nie ufała ludziom, bała się przed nimi otworzyć. Dopiero w latach 90. Magdalena wróciła do nazwiska Zarzycka, wywalczyła rehabilitację sądową rodziców i odszkodowanie. Działa w Stowarzyszeniu Żołnierzy Oddziałów Partyzanckich Okręgu Lubelskiego WiN. W 2007 r. odebrała od prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, przyznany matce pośmiertnie, Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski.

Dowódcy, którym udało się przebić z kotła, jedynie przesunęli w czasie nieuchronne. Niespełna dwa miesiące później, 21 V 1949 r., osaczony przez UB, rozerwał się granatem kpt. „Uskok”, 6 X 1951 r. zginął „Żelazny”, półtora roku później – 10 II 1953 r. – „Wiktor”. Gospodarstwa Zarzyckich na kolonii Łuszczów już nie ma. Na miejscu ich domu jest łąka, którą porastają nieliczne stare drzewa – niemi świadkowie niegdysiejszej tragedii. Magdalena Zarzycka przyjeżdża tam co roku z córkami… na ognisko.

Ppor. Edward Taraszkiewicz ps. „Grot”, „Żelazny”, „Tomasz”.

Wspomniany wyżej kres ponad 6-letniej walki ppor. Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” przeciwko komunistycznemu zniewoleniu stał się jednocześnie początkiem kolejnych tragedii wielu ludzi, którzy – pomimo terroru – byli dla niego i jego żołnierzy oparciem przez te wszystkie ciężkie lata. Wśród okolicznej ludności nie zatarła się przecież jeszcze bolesna pamięć o wydarzeniach ze stycznia 1947 r., kiedy to na sesję wyjazdową do powiatu włodawskiego ruszył Wojskowy Sąd Rejonowy i w trybie doraźnym, w niespełna 3 tygodnie, skazał na karę śmierci i zamordował ujętych wcześniej kilkunastu żołnierzy i współpracowników oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa ppor. Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” (brat „Żelaznego” i pierwszy dowódca oddziału, poległ 3 I 1947 r.). Wyroki były wykonywane w 20-30 min. po ogłoszeniu, przez rozstrzelanie w publicznych egzekucjach, a ich uzasadnieniem, w wielu przypadkach, było jedynie udzielenie partyzantom kwatery czy zaopatrzenie ich w żywność. Jeszcze na kilka miesięcy przed śmiercią, na początku 1951 r., „Żelazny” tak pisał w liście do rodziny o nich i sytuacji, w której przyszło im żyć i walczyć, a co dopiero dzisiaj pozwala nam uzmysłowić sobie jak wielkim heroizmem wykazali się ci ludzie, udzielając pomocy i trwając do końca przy tych ostatnich żołnierzach antykomunistycznego powstania:

[…] W roku 1946 grupa nasza liczyła 48 ludzi, dziś z nich zostałem tylko sam jeden, wszyscy niemal złożyli swe młode życie na szali Ojczyzny. Wszystkie grupy, które operowały w tym czasie na terenie Lubelszczyzny spotkał taki sam los i koniec. Ci, co zostali, to tylko jednostki, które tylko cudem Bożym żyją i dalej niosą sztandary swoich rozbitych oddziałów. Fala terroru ze strony czerwonego reżimu tak [przez] ostatnie lata wzrosła, że nic dziwnego, że ludność tak jest przestraszona, że dziś, gdyby komuś zaproponować za udzielenie pomocy dla nas górę złota, to nawet sekundy nie będzie się namyślał i powie, że nie, bo życie jest dla niego droższe. Gdy za najmniejszą pomoc lub współpracę z podziemiem zaczęli rozstrzeliwać ludność i w bestialski sposób męczyć, gdy za najmniejszy cień podejrzenia […] burzyli całe domy, gospodarstwa, tak, jak gdyby trzęsienie ziemi. […]. Bóg mi świadkiem, że jednej tysięcznej nie zdołam wymienić podobnych wypadków. Dziś, gdy chcemy się dostać na punkt do ludzi, którzy nie bacząc na okropności odpowiedzialności za udzielenie nam pomocy, musimy nieraz iść 50 albo i 100 km, gdyż w promieniu 300 km mamy zaledwie kilku ludzi, którzy nam pomagają. […] Kto zostanie z tych ludzi o kryształowych sercach? […] Ludzi, którzy w takich piekielnych warunkach, jakie są na tych terenach, gdzie my jesteśmy, może ostatkiem się dzielą, rozumiejąc słuszność naszych dążeń. Poświęcając życie, całe swoje mienie i rodzin […]. Niejeden z tych ludzi przeszedł gehennę obozów sowieckich, lochów więziennych, czy okropnych katusz za współpracę z podziemiem. Niejedni rodzice, do których dzisiaj zachodzimy, potracili po 2 lub 3 synów w oddziałach partyzanckich, nie załamali się, do tej pory nie odmawiają nam swojej pomocy, [mimo że] pilnowani są przez swory szpiclów i określani jako rodziny reakcyjne i bandyckie. Czy tacy ludzi są świadomi, co ich za to czeka? Jak określić takich ludzi? […].

Stanisław Kaszczuk ps. „Daleki”, łącznik i wywiadowca oddziału „Żelaznego”. Aresztowany 6 X 1951 r., skazany na dożywotnie więzienie.

Kilka miesięcy po napisaniu tego listu, 6 X 1951 roku, we wczesnych godzinach rannych Grupa Operacyjna „Włodawa” w składzie 2 batalionów, wzmocniona funkcjonariuszami WUBP Lublin i PUBP Włodawa (ok. 600 osób) okrążyła znajdujące się w Zbereżu nad Bugiem [pow. Włodawa] zabudowania Teodora i Natalii Kaszczuk, w których kwaterowała 4 osobowa grupa „Żelaznego”, z którym przebywali Józef Domański „Łukasz”, Stanisław Marciniak „Niewinny” i Stanisław Torbicz „Kazik”. Od kilku dni ukrywali się u gospodarzy, których synowie – Stanisław „Daleki”, Józef „Jasny” i Bronisław „Ładny” od 1949 r. byli łącznikami i wywiadowcami oddziału. To dzięki informacjom dostarczonym przez Stanisława „Żelaznemu” udało się w dniu 25 X 1949 r. przejąć na stacji kolejowej w Stulnie ściśle tajną spec-pocztę z dokumentami PUBP Włodawa, wiezionymi do PUBP w Chełmie i wydziału III WUBP w Lublinie, zawierającymi m.in. wykazy agentury UB na terenie powiatu włodawskiego. W trakcie zamykania linii okrążenia „Żelazny” podjął próbę przebicia się przez kordon obławy. Ostrzeliwując się, partyzanci przerwali pierwsza linię okrążenia, po czym przejęli stojące przy drodze samochody KBW. „Żelazny” kazał jednemu z szoferów wywieźć ich poza zasięg obławy, jednak ten skierował samochód wprost na sztab dowodzenia operacją. W trakcie krótkiego starcia jakie się wywiązało polegli „Żelazny” i „Kazik”. Ujęto ciężko rannego „Łukasza” i „Niewinnego.

 

W wyniku ostrzału zabudowań, w których ukrywali się partyzanci, życie stracili gospodarze – Natalia i Teodor Kaszczukowie. Natalia, która została ranna, zmarła z upływu krwi, ponieważ nie udzielono jej pomocy lekarskiej, a Teodora, który wyszedł na początku obławy przed dom, zastrzelił z rkm-u strz. Kazimierz Figura z 6. kompanii III Brygady KBW. Zabójstwo nieuzbrojonego cywila nawet w świetle ówczesnego prawa było karalne, jednak sprawca nie tylko nie poniósł konsekwencji, ale został za swój czyn przedstawiony do nagrody rzeczowej.

Natalia i Teodor Kaszczukowie. Zastrzeleni podczas obławy 6 X 1951 r. bezbronni gospodarze, u których ukrywał się ppor. Edward Taraszkiewicz „Żelazny” i jego żołnierze.

Józef Domański „Łukasz” i Stanisław Marciniak „Niewinny” zostali 14 VIII 1952 r. skazani wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Lublinie, na sesji wyjazdowej we Włodawie, na karę śmierci. Wyroki wykonano 12 I 1953 r. w więzieniu na Zamku w Lublinie. W dniu obławy aresztowana została łączniczka i współpracowniczka partyzantów – Regina Ozga „Lilka”.

Opinia składu sądzącego Reginę Ozgę „Lilkę” (strona 1 i 2), świadcząca o jej wyjątkowo godnej postawie w obliczu zasądzonej kary śmierci w dn. 14 VIII 1952 r.

Sądzona była w tym samym procesie, gdzie również skazano ją na karę śmierci. Podczas rozprawy oświadczyła: byłam i jestem wrogiem Polski Ludowej […] wobec Boga i ojczyzny i ludzi mam czyste sumienie, bo nikomu nic złego nie zrobiłam. Trudno o piękniejsze i większe świadectwo hartu ducha i wiary w sprawę wolności. Ta jej postawa została przywołana przez sąd komunistyczny w opinii na temat ewentualnego ułaskawienia skazanej; opinii oczywiście negatywnej. Orzeczona wobec niej kara śmierci została jednak decyzją Bieruta zamieniona na dożywocie, a w wyniku amnestii zmniejszona do 15 lat. Jej rodziców,  Zygmunta i Marię Ozgów, skazano na 15 lat więzienia a majątek rodziny skonfiskowano. Regina Ozga wyszła na wolność 26 II 1958 r. Zmarła 1 VII 1994 r. w Pile.

Legitymacja Polskiej Organizacji Podziemnej „Wolność i Niepodległość” Reginy Ozgi „Lilki”, wydana w kwietniu 1951 r. przez Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”.

Dzień po likwidacji patrolu „Żelaznego”, w zabudowaniach jednego z najbliższych współpracowników oddziału – Romana Dobrowolskiego i jego siostry Janiny (prowadzili wspólnie gospodarstwo i oboje nieśli pomoc partyzantom) pojawili się funkcjonariusze UB, którzy znaleźli tam kompletne archiwum oddziału „Żelaznego”, w tym wnioski odznaczeniowe i zaświadczenia wystawione  przez partyzantów członkom siatki terenowej, a które z chwilą przejęcia ich przez UB posłużyły za jeden z głównych dowodów oskarżenia. W pokazowym procesie na sesji wyjazdowej w Urszulinie Romana Dobrowolskiego skazano na śmierć.

Janina Dobrowolska „Joanna” i jej brat Roman Dobrowolski „Ostrożny” z matką.

W opinii składu sądzącego zaznaczono, że z uwagi na szczególne niebezpieczeństwo społeczne i charakter okazywanej pomocy ps. „Żelaznemu”, konieczna jest całkowita jego eliminacja ze społeczeństwa i z tych względów na ułaskawienie nie zasługuje. Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski i już 3 XII 1951 r. wyrok został wykonany w więzieniu na  Zamku w Lublinie. Jego siostra, Janina Dobrowolska, skazana została na 12 lat więzienia, z którego wyszła 30 IV 1956 roku.

Roman Dobrowolski „Ostrożny”, współpracownik oddziału „Żelaznego”, aresztowany 7 X 1951 r., skazany na śmierć i 3 XII 1951 r. zamordowany na Zamku w Lublinie.

Dokumenty przejęte prze UB u Dobrowolskich przeleżały w archiwach bezpieki całe dziesięciolecia i w zamierzeniu miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Stało się inaczej i dziś są jedynym świadectwem bohaterstwa osób w nich opisanych. Tak o Romanie Dobrowolskim pisał  2 IV 1951 r., Józef Domański „Znicz”:

Niniejszym zaświadczam, że Dobrowolski Roman, pseudonim „Ostrożny”, urodzony 10 II 1906 roku, imię matki Jadwiga, imię ojca Stanisław, zamieszkały w Urszulinie powiatu Włodawskiego, z chwilą okupacji sowieckiej z pełnym poświęceniem dla sprawy Polski Podziemnej, udzielał zawsze pomocy dla członków podziemia oraz oddziałów zbrojnych. Dom jego służył często za kwaterę oddziału śp. „Ordona” oraz punkt opatrunkowy dla rannych członków oddziału. W chwilach najbardziej krytycznych, gdy U.B. przeprowadzało akcje na oddziały podziemne, Dobrowolski Roman z narażeniem swego życia oraz całej rodziny robił u siebie kryjówki, by ratować żołnierzy podziemia. W roku 1947–1948, gdy fala terroru reżimowego wzrosła do najwyższego stopnia i gdy wielu członków oddziałów zbrojnych poległo (mogę powiedzieć, że zostały tylko jednostki), Dobrowolski Roman i tym razem nie zawahał się i nie odmówił pomocy dla członków oddziałów podziemnych. W roku 1948 w jesieni, gdy naprawdę straciłem nadzieję, czy zdołam przetrwać zimę, która się zbliżała (tym bardziej, ponieważ byłem rannym w lecie tegoż roku i ze zdrowiem szwankowałem jeszcze dość poważnie), Dobrowolski Roman nie odmówił mi pomocy, robiąc w swych budynkach kryjówkę, gdzie do listopada 1949 roku szczęśliwie u niego przeżyłem. W listopadzie tegoż roku spotkałem się z kolegą „Żelaznym”. Kol. „Żelazny” także doznał od Dobrowolskiego Romana wprost rodzinnego współczucia i pomocy. Większą część zimy 1950-1951 razem z kol. „Żelaznym” i kol. „Kazikiem” przeżyliśmy u Dobrowolskiego Romana, dodać jeszcze muszę, że pomoc, jakiej nam udzielał, była zawsze szczera i bezinteresowna. Dużo by można wyliczyć szczegółów i szlachetnego poświęcenia dla Polski Podziemnej przez tyle lat. Dobrowolski Roman, pseudonim „Ostrożny”, zasługuje na odznaczenie Złotym Krzyżem Zasługi.

Zaświadczenie (strona 1 i 2) wydane przez „Żelaznego” Romanowi Dobrowolskiemu.

Dla Reginy Ozgi, podobnie wysokie w ocenie zaświadczenie, wystawił 19 VI 1951 r. osobiście „Żelazny”:

Niniejszym zaświadcza się, że koleżanka Ozga Regina, pseudonim „Lilka”, zamieszkała we wsi Jagodno gminy Wola Wereszczyńska powiatu Włodawskiego, jest aktywnym członkiem podziemnej organizacji „WiN”. Koleżanka „Lilka” w pracy podziemnej czynna jest od czasu okupacji niemieckiej bez przerwy – do czasu obecnego. W czasie swej konspiracyjnej pracy kol. „Lilka” udzielała aktywnej pomocy dla oddziałów śp. „Ordona” [Józef Strug] i „Jastrzębia” [Leon Taraszkiewicz], pracując jako łączniczka i członek wywiadu. Oprócz tego w domu kol. „Lilki” był swego czasu szpital polowy oddziału „Ordona”, gdzie kol. „Lilka” pracowała jako sanitariuszka. Dla mej grupy w czasie obecnym kol. „Lilka” oddała niezmiernie ważne usługi i to w czasie kulminacyjnego terroru ze strony U.B. i kompartii. Gdyby mi sądzonem było przetrwać do wyzwolenia Polski, przedstawię koleżankę „Lilkę” do odznaczenia Złotym Krzyżem Zasługi za Jej poświęcenie osobiste i ofiarną pracę dla dobra Polski Podziemnej.

Regina Ozga „Lilka”, łączniczka grupy „Żelaznego”, aresztowana 6 X 1951 r., skazana na karę śmierci, zamienioną na dożywotnie więzienie. Zdjęcie sygnalityczne wykonane przez UB.

Podobnie tragicznie potoczyły się losy rodziny Kaszczuków, którym – jak Dobrowolskim  – odebrano i zniszczono majątek w całości, do ostatniej cegły splądrowano i rozebrano gospodarstwo (wycięto nawet otaczające je drzewa),  ograbiając ich tym samym z wszelkich środków do życia… oczywiście życia po opuszczeniu więzienia, na które zostali skazani za współpracę z oddziałem „Żelaznego” trzej synowie zamordowanych Teodora i Natalii Kaszczuków: Stanisław (na karę dożywotniego więzienia), Józef (12 lat więzienia), Bronisław (10 lat więzienia) oraz ich 21-letnia córka Leokadia (5 lat więzienia). Nawet 9-letni Aleksander, najmłodszy syn, został w efekcie, w ramach odpowiedzialności zbiorowej, decyzją partii komunistycznej, ograbiony z ostatniej krowy, która pozostawała w rękach jego opiekunów. Do dzisiaj nie wiadomo gdzie funkcjonariusze UB pogrzebali ciała ich zamordowanych rodziców oraz partyzantów, z którymi zginęli 6 X 1951 r.

Kpt./mjr Stanisław Kaszczuk ps. „Daleki”, łącznik i wywiadowca oddziału „Żelaznego”. Zmarł w styczniu 2013 r. (zdjęcie z 2006 r.)

Ponad rok wcześniej, wiosną 1950 r. na terenach Podlasia, patrole kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”, dowódcy trwających ciągle w walce żołnierzy 6. Brygady Wileńskiej AK, pomimo ponoszonych strat,  nadal  działały i były nieuchwytne dla tropiących ich komunistów.  Władze  bezpieczeństwa oceniały nawet, iż aktywność ich wzrosła, a teren objęty działaniami rozszerzył się. Kpt. „Huzar” z reszty dawnych  podkomendnych  ppor.  Józefa Małczuka „Brzaska”, który poległ  7 IV 1950 r. pod Toczyskami, sformował nowy patrol, nad  którym  dowództwo powierzył Arkadiuszowi Czapskiemu „Muratowi”, „Arkadkowi”, „Tajfunowi”. W  lecie  1950 r. partyzanci bardzo sprawnie wymykali się obławom resortu bezpieczeństwa, zlikwidowali również kilku agentów UB, odpowiedzialnych za aresztowania członków siatki terenowej. Żołnierze „Huzara” nadal cieszyli się poparciem i zaufaniem mieszkańców podlaskich wiosek, którzy widzieli w nich obrońców przed zapowiadaną kolektywizacją rolnictwa, oraz narzędzie kary wobec pracowników UB i ich szpicli, sprowadzających na społeczeństwo wręcz niewyobrażalne dzisiaj  cierpienia. Wielu mieszkańców Podlasia, pomimo zagrożenia jakie ściągało na nich oraz ich bliskich pomaganie „leśnym”, udzielało im wsparcia kierując się patriotyzmem i chrześcijańskim miłosierdziem wobec tropionych przez  komunistów ludzi,  znajdujących się stale w  śmiertelnym  niebezpieczeństwie. Jednym z nich był gospodarz z Borychowa (pow. sokołowski), Marian Borychowski, były partyzant ZWZ-AK, ojciec czworga dzieci, w którego domu partyzanci  wielokrotnie  zatrzymywali się na odpoczynek. Pytany przez kogoś z bliskich, czemu pomaga  partyzantom,  miał  odrzec, że nawet zabłąkanego psa za próg nie godzi się wygonić, a cóż dopiero ludzi.

Kpt. Kazimierz Kamieński „Gryf”, „Huzar”, dowódca 6. Brygady Wileńskiej AK, zamordowany przez komunistów 11 października 1953 r. w białostockim więzieniu.

Dnia 30 IX 1950 r., po doniesieniu agenta UB Czesława Białowąsa „Małachowskiego”, grupie operacyjnej resortu bezpieczeństwa udało się w gospodarstwie Mariana i Czesławy Borychowskich zaskoczyć czteroosobowy patrol 6. Brygady Wileńskiej AK pod dowództwem Arkadiusza Czapskiego „Arkadka”.  Starannie  przygotowane do akcji przeciw partyzantom siły resortu czekały  tylko na taki  sygnał.  Wczesnym popołudniem 30 IX 1950 r. do niedalekich Repek wjechały trzy kompanie KBW i funkcjonariusze UB. Samochody zostawiono przed Borychowem, wioska została okrążona przez tyraliery wojska. Patrol „Arkadka” został otoczony. W zmasowanym ogniu broni maszynowej, podczas brawurowej próby przebicia, polegli wszyscy partyzanci: Arkadiusz Czapski „Arkadek”, Józef Oksiuta „Pomidor”, Władysław Strzałkowski „Władek” i Eugeniusz Welfel „Orzełek”.  Ciężko ranny „Arkadek” nie chcąc dostać się w ręce ubeków dobił się z własnej broni.

Patrol oddziału „Huzara”. Od lewej: Mieczysław Grodzki „Żubryd”, Eugeniusz Tymiński „Ryś”, Tadeusz Kryński „Rokita”, Stanisław Gontarczuk „Rekin”. Zdjęcie z 1950 r.

Przebieg tych wydarzeń tak przedstawiał meldunek szefa PUBP w Sokołowie Podlaskim:

O  godz.  15.35  w momencie  rozwijania  się  2  i  3  komp[anii] 1  Baonu  [KBW] – banda znajdująca się na melinie w odległości około 200 m od pododdziałów [KBW] zaczęła się ostrzeliwać z broni automatycznej i wybiegła do ucieczki w kierunku południowo – wschodnim, ostrzeliwując się nadal. Odległość bandytów od skrzydeł rozwijających się kompanii wynosiła do 400 m. D[owód]ca G[rupy] O[peracyjnej] w wyniku powstałej sytuacji 2 komp[anię] 1 Baonu skierował na lewe skrzydło organizując pościg równoległy.  2-a plutony 3. komp[anii] skierował na prawe skrzydło, 1-en pluton 3 komp[anii] przerzucił samochodem przez wieś Borychów na południową stronę, celem odcięcia drogi ucieczki  bandy w  kierunku  południowym. W wyniku natychmiastowego zorganizowanego pościgu równoległego, który trwał 10 minut, zlikwidowano ogniem 3-ch bandytów  ps.  „Pomidor”, „Władek” i „Orzełek” oraz  ujęto  ciężko  rannego  bandytę  ps. „Arkadek”, który po ujęciu żył do 4-ch godzin.

Podlasie, prawdopodobnie 1950, żołnierze z oddziału kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”, stoją od lewej: sierż. Lucjan Niemyjski „Krakus”, 22 sierpnia 1952 otoczony przez GO UB-KBW popełnił samobójstwo, Józef Brzozowski „Zbir”, „Hanka”, zginął latem 1952 w walce z KBW; Wacław Zalewski „Zbyszek”, zamordowany 11 X 1953 r. w więzieniu w Białymstoku, ppor. Witold Buczak „Ponury”, zginął w walce z KBW 28 maja 1952 r., NN „Jurek”, Eugeniusz Welfel „Orzełek”, zginął w walce z KBW 30 IX 1950 r. W Borychowie.

Tragiczny był także los rodziny Borychowskich, u której partyzanci znaleźli  schronienie. Marian  Borychowski  wraz  z  żoną  zostali  aresztowani zaraz po walce. W nocy 30 IX 1950 r. ubecy zatrzymali także czwórkę nieletnich dzieci, których rodzice zostali poddani okrutnemu  śledztwu  zaraz  po  przewiezieniu  do  PUBP  w  Sokołowie  Podlaskim. Oboje  bardzo  godnie  zachowywali się w  śledztwie, a ich zeznania nie dały ubekom żadnego punktu zaczepienia wiodącego do ukrywających się  innych  partyzantów 6 Brygady. Marian  Borychowski został przewieziony na dalsze śledztwo do Warszawy i już na zawsze zniknął za murami mokotowskiego więzienia przy ul. Rakowieckiej, w którym zmarł 14 I 1951  r.  Nie  miał  nawet  procesu, skonał zapewne zamęczony w wyniku bestialstwa przesłuchujących go ubeków. Jego ciało zakopano w nieznanym miejscu, prawdopodobnie na Powązkach (na tzw. „Łączce”). Jego żona Czesława Borychowska została skazana przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na 10 lat więzienia, którego mury opuściła po 4 latach. Całe jej mienie zabrał Skarb Państwa. Nie dane jej było doczekać odzyskania niepodległości, zmarła 21 X 1984 r. Dopiero po upadku władzy komunistów, sąd III Rzeczypospolitej, postanowieniem z dnia 21 IV 1993 r., stwierdził nieważność wyroku Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie z 19  II  1951 r.

Czesława Borychowska, za pomoc partyzantom kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara” aresztowana wraz z mężem i dziećmi 30 IX 1950 r., skazana na karę 10 lat więzienia. Na mocy amnestii zwolniono ją po 4 latach. Do ostatnich swoich dni była prześladowana przez komunistów. Zmarła w 1984 r., nie doczekawszy oczyszczenia z zarzutów.

Najstarsze z dzieci Borychowskich – niespełna 16-letnia córka Janina, po kilkumiesięcznym areszcie i brutalnym śledztwie, została potraktowana jak dorosła i skazana na półtora roku. Była prześladowana do lat 80. Tak wspominała tamte tragiczne dni:

Za ścianą aresztu słuchałyśmy, jak biją naszego ojca. Tereska, Staś i ja. Miał wybite zęby, połamane żebra i ręce. Prosiliśmy ubowca, który przyniósł nam kolację, mówiliśmy mu, że płaczemy, bo bili naszego tatę. „Wasz ojciec to zdrajca” – odpowiedział i zamknął drzwi. […] Ci ubowcy, którzy bili naszego ojca, przychodzili do nas na zwiady, próbowali wypytać nas, co wiemy. Ale wiedzieliśmy, że nie wolno nam mówić. I tak twierdziliśmy, że nic nie wiemy.

Jej siostra Stanisława, w chwili zatrzymania przez UB miała 12 lat. Po trzech tygodniach aresztu trafiła do domu dziecka. Trzy tygodnie przesiedział w areszcie również 10-letni wówczas Stanisław. On także dorastał w domu dziecka, podobnie jak najmłodsza z rodzeństwa – Teresa, którą ubecy zatrzymali w wieku zaledwie 7 lat. Przez dziesiątki lat, pełnych cierpień i upokorzeń, z przypiętą im przez komunistów oficjalną etykietą „bandytów”, żyli w milczeniu i zapomnieniu, z pokorą znosząc swój los, a o tamtych tragicznych i bolesnych sprawach bali się mówić nawet własnym dzieciom.

Po wymordowaniu patrolu „Arkadka” aresztowano też wielu innych mieszkańców Podlasia wskazanych przez zdrajcę „Małachowskiego” i innych informatorów resortu. Ich los był podobny  do losów rodziny Borychowskich – okrutne śledztwa, tortury, nieludzkie wyroki, odłączenie  dzieci  od rodziców, zrujnowanie  gospodarstw i przypięta na pół wieku etykieta „pomocników bandytów”.

We wrześniu 2005 roku, staraniem Fundacji „Pamiętamy”, odsłonięto w Borychowie pomnik w hołdzie żołnierzom z patrolu „Arkadka” oraz Marianowi Borychowskiemu, zamęczonemu przez komunistów w 1951 r. 11.11.2007 r. Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie Mariana Borychowskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Krzyż z rąk Prezydenta  odebrały jego dzieci.

Stoją od lewej: st. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz „Rój” i dowódca jednego z patroli sierż. Ildefons Żbikowski „Tygrys”.

Także na początku 1950 r., na terenie Mazowsza, pomimo ponoszonych strat, zmagania z komunistami nieprzerwanie od kilku lat toczyły patrole Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Ostatnie, ocalałe struktury NZW z powiatów: Ciechanów, Pułtusk, Maków Mazowiecki, Przasnysz skupił pod swoją komendą st. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz „Rój”, któremu jeszcze w okresie 1948-1949 podlegało kilka samodzielnych patroli bojowych dowodzonych m.in. przez Ildefonsa Żbikowskiego „Tygrysa”, Władysława Grudzińskiego „Pilota” czy Stanisława Kakowskiego „Kazimierczuka”, liczących w sumie około 40 partyzantów. Determinacja w walce z komunistycznym reżimem, jaka towarzyszyła członkom patroli „Roja” widoczna była w każdej niemal potyczce, których w wyniku działań resortu bezpieczeństwa było coraz więcej. Jak w wielu podobnych sytuacjach, wspieranym przez okoliczną ludność partyzantom, jak na razie sprzyjało szczęście, jednak tak sytuacja nie mogła trwać długo. 24 II 1950 r. patrol st. sierż. Ildefonsa Żbikowskiego „Tygrysa” wykonał akcję zaopatrzeniową w kilku wsiach powiatów ciechanowskiego i przasnyskiego. Ukarano również chłostą aktywistów PZPR w Przywilczu i Nieborzynie, a następnie partyzanci zapadli na zaufanej kwaterze w gospodarstwie państwa Kołakowskich we wsi Osyski (gm. Bartołdy, pow. Ciechanów). Niestety, w wyniku działalności agentury, następnego dnia grupa operacyjna KBW i UBP otoczyła Osyski i w trakcie przeszukiwania zabudowań Kołakowskich natrafiła na kryjówkę, w której znajdowali się żołnierze patrolu „Tygrysa”. Drzwi do skrytki były zamknięte, więc dowódca plutonu KBW por. Baranowski oddał kilka strzałów w ich kierunku. Ukrywający się wyrzucili trzy granaty, co spowodowało panikę wśród żołnierzy, którzy musieli się wycofać. Dom został ostrzelany przez wojsko pociskami zapalającymi. Zmusiło to partyzantów do wyjścia i zajęcia stanowisk w stodole, którą żołnierze także podpalili. Partyzanci, atakowani przez 2. kompanię 10. pułku KBW, bronili się w płonącym gospodarstwie, zadając straty atakującym. Dwóch żołnierzy KBW zostało zabitych, a trzech rannych. Wyjątkowo wymowny fragment tej walki opisany został w raporcie dowódcy grupy operacyjnej KBW:

[…] Banda ponownie otworzyła ogień, wydano rozkaz podpalenia sterty, w międzyczasie jeden z bandytów wybiegł z kryjówki do stodoły drugim wejściem, o którym nie było wiadomo, skąd zabił strz. Zientalaka, który zajmował stanowisko za stodołą. Drugi bandyta w tym czasie wszedł na strych stajni, obstrzeliwując obstawę, pozostali bandyci prowadzili ogień w kierunku podwórza. Zapalone zabudowanie poczęło się walić, zmuszając bandytów do ucieczki na podwórze, gdzie jeden z bandytów krzyknął: »My giniemy za Polskę Narodową, a wy za co komuniści?« Na to st. strz. Ratajczak odpowiedział: »Wy giniecie za Polskę kapitalistyczną, a my walczymy za Polskę Robotniczo-Chłopską, za Polskę Ludową«, po czym bandyci […] zostali zabici.

Mieczysław Dziemieszkiewicz „Rój” przyjmuje meldunek od dowódcy patrolu, sierż. Ildefonsa Żbikowskiego „Tygrysa”, 1948 r.

Grupa „Tygrysa” próbowała przerwać pierścień okrążenia, ale bezskutecznie. W walce zginęli: Ildefons Żbikowski „Tygrys”, Józef Niski „Brzoza”, Henryk Niedziałkowski „Huragan” i Władysław Bukowski „Zapora”.

Po likwidacji patrolu „Tygrysa” rozpoczął się koszmar rodziny, u której ukrywali się zabici partyzanci. Aresztowano Bronisława i Mariannę Kołakowskich wraz z czwórką ich dzieci – Teresą, Ireną, Zdzisławem i Jerzym. Bronisław i Zdzisław Kołakowscy zostali po okrutnym śledztwie skazani na karę śmierci i straceni 3 VII 1950 roku. Jerzy Kołakowski był ponad 3 miesiące w areszcie śledczym w Ciechanowie. Wypuszczono go na wolność, ale w wyniku tortur zastosowanych w czasie śledztwa zmarł miesiąc później. Teresa Kołakowska została skazana na 15 lat więzienia. Na podstawie amnestii karę złagodzono jej o jedną trzecią. Marianna Kołakowska wyrokiem WSR w Warszawie została skazana na 8 lat więzienia, z czego odbyła 4 lata.

Dzisiaj, gdy co chwila słyszy się irracjonalne pokrzykiwania o „zamachu na demokrację”, co niektórym opisane wyżej historie mogą wydać się mało prawdopodobne, warto więc może na koniec przytoczyć fragment z pamiętnika kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, który jeden z wielu podobnych epizodów dokładnie opisał pod datą 30 V 1948 r., prawie równo rok przed swoją śmiercią:

[…] Przed dom „faszystowski” zajeżdża ciężarówka z ubejcami [ubekami]. Dzieje się to w biały dzień, w małym miasteczku, wśród gęsto kręcącej się ludności. Byłoby rzeczą śmieszną pozorować rewizję za bandytami i bronią, gdyż taka rewizja miała miejsce w tym domu już kilkanaście razy, więc „kominiarze” (od rozwalania kominów) przystępują do dzieła bez ceregieli. Większość z nich jest porządnie wstawiona, nie wyłączając sprawującego komendę porucznika Gola z lubelskiego UB, notabene znanego z dawnych czasów złodzieja […] Hołota opadła dom i wtargnęła do środka. W domu znajdowała się tylko chora gospodyni w łóżku. Reszta domowników w porę się ulotniła […] – Chora, stara, k…a! Ale jeszcze dziś by tańcowała za zwycięstwo faszystów. Hej, chłopcy. W kozły broń i przygotować się do rewizji! – zawarczał Gol. Ubejcy odłożyli broń, poczęli uzbrajać się w siekiery, drągi, haki, piły itp. przybory znajdujące się pod ręką. Najpierw napadnięto na kaflowy piec, jeden z rycerzy ze słowami: „Wyłaź sku…synu z pieca!” – grzmotnął siekierą w kafle. Inni mu dopomogli i po chwili piec zdruzgotano, a mieszkanie wypełniło się tumanami kurzu i sadzy. „Okna!” – ryknął któryś. Zabrzęczały szyby, zatrzeszczały ramy i  w miejscu okien pozostały obskurne otwory, przez które kurz wydobywał się na zewnątrz. Kobieta patrzyła na to z łóżka szeroko rozwartymi z przerażenia oczami. […] Widziała tylko, że na podłodze, z której też kilka desek wyrąbano, rośnie jakiś okropnie smutny w swoim widoku stos. Na stos ten bestialskie ręce zrzucają w stanie już zniszczonym wszystko to, co pracą tylu długich lat uciułało się i nagromadziło przy domowym ognisku. Z brzękiem padają naczynia i skorupy. Skorupy mieszają się z porwanymi fotografiami rodzinnymi i strzępami portretów jej męża i syna nieboszczyka… […].

Ten porażający opis wizyty pijanej tłuszczy z bezpieki w domu zamieszkałym przez rodzinę sprzyjającą podziemiu, najdobitniej być może uświadomi z jakim ryzykiem musiał liczyć się każdy, kto decydował się na pomoc partyzantom, a przecież bez nich, bez ich ofiarnego wsparcia, historii Żołnierzy Wyklętych po prostu by nie było.

Do dziś dnia tacy ludzie lub ich najbliżsi żyją pośród nas, a choć nieliczni z nich doczekali wprawdzie zadośćuczynienia i uznania swych zasług, to reszta w większości pozostała nieznana i skromna, nigdy nie objęta choćby symbolicznym gestem zbiorowego współczucia, szacunkiem czy empatią dla ofiary ich bliskich i cierpienia za sprawę wolności. A przecież nie ulega najmniejszej wątpliwości, że jesteśmy im to winni, niech więc chociaż ten tekst stanie się namiastką należnego im hołdu.

Grzegorz Makus
historyk, twórca strony Żołnierze Wyklęci – Zapomniani Bohaterowie

Abakumow melduje: "Bandytów zlikwidować"

Wszystkich ujawnionych bandytów, w liczbie 562 ludzi, zlikwidować. Nowe dokumenty w sprawie obławy augustowskiej z lipca 1945 r.

"[…] Wszystkich ujawnionych bandytów, w liczbie 562 ludzi, zlikwidować […]". Kopie sowieckich rozkazów zamordowania 600 Polaków w tzw. obławie augustowskiej w lipcu 1945 r. przywiózł z Moskwy prezes IPN Łukasz Kamiński. To dowód zbrodni przeciw ludzkości – mówią prokuratorzy IPN.

Tablica na wzgórzu w Gibach poświęcona pomordowanym przez Sowietów w obławie augustowskiej w lipcu 1945 r.

Obława augustowska bywa nazywana "Małym Katyniem". To największa zbrodnia popełniona na Polakach po wojnie. Latem 1945 roku "Smiersz", sowiecki kontrwywiad, wyłapał na terenach powiatów suwalskiego i augustowskiego ponad 7 tys. osób. Większość uwolniono, ale po prawie 600 słuch zaginął.

Odtajnione przez FSB dwa szyfrogramy w sprawie największej zbrodni popełnionej na Polakach po zakończeniu wojny potwierdzają fakt aresztowania przez Sowietów w lipcu 1945 r. jednego z przywódców podziemia niepodległościowego na ziemi augustowskiej. Tylko w jednorazowej akcji razem z Szymonem Krupińskim ps. "Grom" ujęto 50 żołnierzy. Pod wieloma względami zbrodnia popełniona w czasie obławy augustowskiej była bardziej dramatyczna niż ta z 1940 roku. Wśród około 600 ofiar było 30 kobiet, część z nich oczekiwała narodzin dziecka. Poza tym mordowano nieletnich.

Centralne Archiwum Federalnej Służby Bezpieczeństwa w Moskwie na wniosek stowarzyszenia MEMORIAŁ ujawniło dwa szyfrogramy Wiktora Abakumowa do szefa NKWD Ławrientija Berii z lipca 1945 roku. Dokumenty dotyczą ujętych w czasie obławy augustowskiej żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego. Ich los został już wtedy przypieczętowany: ZAMORDOWAĆ. Wstrząsające dokumenty na temat zbrodni augustowskiej popełnionej na grupie około 600 Polaków pozyskał w Rosji Instytut Pamięci Narodowej. Ale nie od prokuratury Federacji Rosyjskiej w ramach realizacji wniosku o pomoc prawną. Łukasz Kamiński, prezes IPN, pozyskał te dokumenty w trakcie wizyty w Moskwie od stowarzyszenia Memoriał.

Są to kopie poświadczone z Archiwum Federalnej Służby Bezpieczeństwa dotyczące zbrodni augustowskiej. Treść tych materiałów do tej pory znaliśmy tylko z notatek prof. Nikity Pietrowa. Stowarzyszenie Memoriał wystąpiło do Archiwum FSB o udostępnienie tych materiałów w postaci kopii i takie tuż przed moją wizytą otrzymało, a następnie przekazało je Instytutowi – mówił Kamiński.

Materiały nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do charakteru działań jednostek Armii Czerwonej przeprowadzających w lipcu 1945 r. obławę w rejonie Augustowa i Suwałk. Generał Abakumow, w piśmie z 21 lipca 1945 r., raportuje m.in. Ławrientijowi Berii, ludowemu komisarzowi spraw wewnętrznych Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich, o wysłaniu do Olecka generała majora Iwana Gorgonowa, zastępcy naczelnika Głównego Zarządu Smiersz, z grupą doświadczonych funkcjonariuszy kontrwywiadu w celu przeprowadzenia likwidacji bandytów aresztowanych w lasach augustowskich. Jak wynika z dokumentów, drugim odpowiedzialnym za wymordowanie polskich żołnierzy podziemia niepodległościowego był generał lejtnant Paweł Zielienin, naczelnik Zarządu Kontrwywiadu 3. Frontu Białoruskiego. Tow. Tow. Gorgonow i Zielienin to dobrzy i doświadczeni czekiści i to zadanie wykonają – cynicznie zapewnia Berię Abakumow.

Wiktor Siemionowicz Abakumow, generał-pułkownik sowieckiego aparatu bezpieczeństwa, jeden z największych zbrodniarzy stalinowskich, w aparacie terroru zasłynął m.in. z własnoręcznego torturowania i wymuszania zeznań na skazanych.

Kamiński zaznaczył, że te dokumenty mają bardzo istotne znaczenie dla dalszych losów śledztwa IPN w sprawie zbrodni augustowskiej.

– W czerwcu i grudniu 2011 r. wysłaliśmy do Prokuratury Generalnej Rosji wniosek o pomoc prawną. Dotyczył on m.in. przesłania nam szyfrotelegramów oraz akt osobowych tow. Zielienina i Gorgonowa […], a także poprosiliśmy o akta spraw karnych osób zatrzymanych podczas obławy augustowskiej. Do dziś nie mamy żadnej odpowiedzi, jeśli chodzi o stronę rosyjską – wskazuje prok. Zbigniew Kulikowski, p.o. naczelnik Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Białymstoku.

Dokumenty, które przekazał Memoriał, są bardzo ważne. – Wskazują jednoznacznie dla każdego prawnika, że w lipcu 1945 r. dokonano zbrodni przeciwko ludzkości. Zamiarem sprawców było pozbawienie życia członków polskich organizacji niepodległościowych. I tylko za to, czyli z powodu przynależności politycznej – zaznaczył prok. Kulikowski.

Jego zdaniem, fakt pozyskania tych dokumentów uniemożliwi stwierdzenie przez stronę rosyjską, że takich materiałów nie ma.
– To bardzo ważne dla śledztwa, ponieważ na gruncie prawa międzynarodowego można przedstawić problem obławy augustowskiej – stwierdził prokurator. IPN liczy, że rosyjska Prokuratura Generalna również prześle wspomniane dokumenty. W ramach śledztwa IPN przesłuchał w tej sprawie prawie 700 osób.
– Jeśli chodzi o sprawców, to panowie Gorgonow i Zielienin już nie żyją. Poprosiliśmy stronę rosyjską o obejrzenie ich akt osobowych. Chodzi o stwierdzenie, czy jest tam na przykład wskazane miejsce, gdzie zamordowano osoby zatrzymane podczas obławy – podkreślił Kulikowski.

Jak dodał Łukasz Kamiński, konsekwencją wykrycia pochówków byłoby utworzenie cmentarza wojennego. Prezes IPN nie przewiduje natomiast zwrócenia się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, gdyby Rosjanie nie przekazali wnioskowanych dokumentów, gdyż ta instytucja "nie jest do rozstrzygania konfliktów między państwami".
– To raczej droga dochodzenia swoich praw dla poszczególnych osób, jeśli zostały przez jakieś państwo naruszone – uznał Kamiński.
Sprawa obławy augustowskiej to jedne z najważniejszych problemów, którymi zajmuje się od początku swojej działalności oddział IPN w Białymstoku. Chciałem tutaj dodać, że jest to naj
większa zbrodnia popełniona na Polakach po II wojnie światowej. Czasami mówi się o niej jako o drugim lub małym Katyniu. Ta zbrodnia żyje w cieniu Katynia
– twierdzi dr Jan Jerzy Milewski z Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej w Białymstoku. Pod wieloma względami była ona bardziej dramatyczna niż ta z 1940 r., wśród tych około 600 ofiar było mniej więcej 30 kobiet. Jak zaznaczył, część z nich była w stanie błogosławionym. Poza tym mordowano nieletnich.

Łukasz Kamiński, Prezes Instytutu Pamięci Narodowej.

Odtajnione przez Rosję szyfrogramy Memoriał po raz pierwszy będzie mógł teraz dokładnie zbadać. Stowarzyszenie Memoriał wniosek do archiwum FSB z prośbą o udostępnienie do wglądu dwóch szyfrogramów gen. Wiktora Abakumowa (dowództwa Smiersz) skierowało w listopadzie 2011 r. Pozytywną odpowiedź FSB przesłało w lutym br. Obecnie członkowie stowarzyszenia analizują te arcyważne dla ustalenia prawdy o losach ofiar obławy archiwalne dokumenty. Decyzja FSB o odtajnieniu szyfrogramów gen. Abakumowa świadczy o tym, iż władze Rosji po wielu latach milczenia i braku odpowiedzi na pytania słane do Federacji Rosyjskiej, czy szyfrogramy te rzeczywiście są w jej posiadaniu, w końcu odpowiedziała – TAK. Daje to również nadzieję, iż nareszcie władze Rosji podejmą z Polską poważny dialog na temat obławy augustowskiej, która – co jest rzeczą coraz bardziej pewną – pochłonęła nie jak się dotychczas uważało około 600 żołnierzy podziemia niepodległościowego, ale aż ponad 1400.

Potwierdza to drugi badany przez Memoriał szyfrogram gen. Abakumowa. O istnieniu tego dokumentu pierwszy napisał w swojej publikacji "Według scenariusza Stalina" Nikita Pietrow, wiceprzewodniczący Memoriału, który też jako pierwszy niezależny rosyjski historyk oglądał szyfrogramy Abakumowa na początku lat 90. w rosyjskich archiwach. W pierwszym szyfrogramie gen. Abakumow, oprócz liczby zatrzymanych podczas obławy 592 osób, które zamierza zlikwidować, mówi również o kolejnych ujętych 828 osobach, które zamierza sprawdzić "w ciągu pięciu dni". Podaje przy tym Berii informację, iż prawdopodobnie są to również "bandyci", jak nazywa żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego. Dalej pisze, że jeśli jego przypuszczenia się sprawdzą podczas przesłuchań (bestialskich), to w ten sposób namierzonych "bandytów" też trzeba zlikwidować. Tę drugą, większą niż pierwsza, grupę żołnierzy AK najpewniej również zamordowano. Gdyby choć jeden z nich przeżył, na pewno przecież przekazałby informacje na temat przesłuchań i egzekucji. Tak więc jeżeli do liczby przeznaczonych już do egzekucji 592 żołnierzy podziemia, o których zbrodniczy generał pisze w pierwszym szyfrogramie, dodamy liczbę 828 żołnierzy, którzy również niedługo mają stracić życie, otrzymamy przerażającą liczbę 1420 ofiar obławy augustowskiej.

Do Ludowego Komisarza
Spraw Wewnętrznych Związku SRR
towarzysza Ł.P. Berii
Zgodnie z Waszym poleceniem rankiem 20 lipca br.[1945] wysłałem samolotem do Treuburga [Olecko] zastępcę naczelnika Głównego Zarządu "Smiersz" generała majora Gorgonowa z grupą doświadczonych funkcjonariuszy kontrwywiadu w celu przeprowadzenia likwidacji bandytów aresztowanych w lasach augustowskich. Po przybyciu na miejsce generał major Gorgonow wraz z naczelnikiem Zarządu "Smiersz" 3 Frontu Białoruskiego generałem lejtnantem Zieleninem ustalili i donieśli, co następuje:

  • Wojska 3 Frontu Białoruskiego, wypełniając polecenie Sztabu Generalnego Armii Czerwonej o likwidacji band w lasach augustowskich, od 12 do 19 lipca br. przeczesywały te lasy.
  • W trakcie operacji wojska frontu zatrzymały mieszkańców miejscowości położonych w lasach augustowskich, w tym starców i kobiety.
  • W sumie oddziały Armii Czerwonej zatrzymały 7049 ludzi, w tym 1685 Litwinów. Z tej liczby zatrzymanych w czasie przemieszczania się oddziałów wojskowych po sprawdzeniu wypuszczono 5115 tutejszych mieszkańców, w tym 1171 Litwinów, o których nie zostały zdobyte dane na temat ich uczestnictwie w bandach.

Spośród pozostałych 1934 zatrzymanych:

  • Ujawniono i aresztowano jako bandytów – 844 ludzi, w tym 252 Litwinów, którzy mieli związek z formacjami bandyckimi na Litwie i dlatego zostali przekazani miejscowym organom NKWD-NKGB Litewskiej SRR, gdzie także jest prowadzona operacja likwidowania formacji bandyckich;
  • sprawdzanych jest 1090 ludzi, z których 262 to Litwini i z tej przyczyny zostali przekazani organom NKWD-NKGB Litwy.

Zatem liczba aresztowanych na 21 lipca br. wynosi tylko 592 ludzi, a zatrzymanych, którzy są sprawdzani, 828 ludzi.
U aresztowanych bandytów i w kryjówkach wykrytych w lesie skonfiskowano: 11 moździerzy, 31 karabinów maszynowych, 123 pistolety automatyczne, karabiny i pistolety, 456 min i granatów, 23 000 nabojów i 2 radiostacje.
Jeśli uznacie za konieczne przeprowadzenie operacji w tym stanie rzeczy, to likwidację bandytów zamierzamy przeprowadzić w następujący sposób:
1. Wszystkich ujawnionych bandytów, w liczbie 562 ludzi, zlikwidować. W tym celu zostanie wydzielony zespół operacyjny i batalion wojsk Zarządu "Smiersz" 3 Frontu Białoruskiego, już przez nas sprawdzony w trakcie wielu działań kontrwywiadowczych. Pracownicy operacyjni i zestaw osobowy batalionu zostaną dokładnie poinstruowani o sposobie likwidacji bandytów.
2. Podczas operacji zostaną podjęte niezbędne kroki w celu zapobieżenia ucieczki któregokolwiek z bandytów.
3. Odpowiedzialność za przeprowadzenie likwidacji bandytów zostanie nałożona na zastępcę naczelnika Głównego Zarządu "Smiersz" generała majora Gorgonowa i naczelnika Zarządu Kontrwywiadu 3 Frontu Białoruskiego generała lejtnanta Zielenina.
Tow. tow. Gorgonow i Zielenin to dobrzy i doświadczeni czekiści i to zadanie wykonają.
Pozostałych zatrzymanych 828 ludzi zostanie sprawdzonych w okresie pięciu dni i wszyscy ujawnieni bandyci zostaną zlikwidowani w ten sam sposób.
O liczbie ujawnionych
bandytów z tej grupy zatrzymanych zameldujemy.
Proszę o W
asze polecenia.

Abakumow
21 lipca 1945 roku
————————————————-
Naczelnik Głównego Zarządu Kontrwywiadu "Smiersz"
Generał pułkownik (Abakumow)

Fragment
oryginału raportu Wiktora Abakumowa do "
Ludowego Komisarza Spraw Wewnętrznych Związku SRR towarzysza Ł.P. Berii" z planem zbrodni na ujętych podczas obławy
augustowskiej w lipcu 1945 r. prawie 600 Polakach.

Tę liczbę zamordowanych potwierdził Nikita Pietrow na spotkaniu z rodzinami ofiar obławy w Augustowie, do którego doszło podczas jego wizyty w Polsce, w połowie października 2011 roku. Wówczas to ksiądz prałat Stanisław Wysocki, prezes Związku Pamięci Obławy Augustowskiej, skierował do niego pytanie o rzeczywistą liczbę ofiar zbrodni. W odpowiedzi udzielonej publicznie Nikita Pietrow powiedział, iż "ofiar obławy augustowskiej było więcej niż tysiąc". Pietrow zrelacjonował też swoją wizytę w rosyjskich archiwach.
Powiedział mi m.in., że pamięta nawet, w którym worku był ten dokument i na której półce leżał ten worek – mówi ks. Stanisław Wysocki. Teraz, po latach, rosyjski historyk ma już na biurku fotokopię historycznego listu.
Przekazałem go zaraz także do białostockiego oddziału IPN, który prowadzi śledztwo w tej sprawie i dla którego to ważny dowód procesowy – mówi Pietrow "Naszemu Dziennikowi". Pietrow natrafił na dokumenty na początku lat 90. podczas wizyty w archiwach KGB. Na polecenie ówczesnego prezydenta Rosji Borysa Jelcyna sześciu członków stowarzyszenia Memoriał, m.in. Pietrow, przeszukiwali te archiwa w celu znalezienia dokumentów o zbrodniach sowieckiej bezpieki na obywatelach ZSRS. Trzymając w ręku szyfrogramy Abakumowa, nie wiedział jeszcze wówczas, na jak ważne dokumenty natrafił. Nic też nie wiedział na temat obławy augustowskiej, więc przejrzał tylko szyfrogramy i sporządził z nich notatki. Te dokumenty, z datą 20 i 21 lipca 1945 r., to szyfrogramy od gen. płk. Wiktora Abakumowa do Ławrientija Berii, szefa NKWD. Dokumenty zawierają plan masowej egzekucji, która miała zostać przeprowadzona na wzór tej w Katyniu. Sowieccy żołnierze mieli przeszukać i otoczyć las (prawdopodobnie miejsce w Puszczy Augustowskiej), w którym batalion Smiersz miał potem dokonać egzekucji aresztowanych podczas obławy. Akcja miała być tak przeprowadzona, żeby żaden z zatrzymanych nie zdołał uciec. Abakumow wskazywał m.in. nazwiska dowódców akcji i prosił o stosowny rozkaz Ławrientija Berię, szefa NKWD.

Szyfrogramy wiele wnoszą do sprawy, ale niestety nie ujawniają, gdzie są doły śmierci zamordowanych Polaków, na którą to wiadomość ich rodziny czekają już prawie 67 lat. Pierwszy list Abakumowa do Berii został przez Pietrowa przepisany i opublikowany w jego książce. Generał sowieckiego kontrwywiadu wojskowego Smiersz donosi Berii o zatrzymaniu i przesłuchaniach Polaków w rejonie Augustowa. Relacjonuje, że aresztowani Polacy (oraz pewna liczba Litwinów) zostali "sprawdzeni" przez enkawudzistów, którzy wykryli 592 "bandytów". W dalszej części dokumentu Abakumow proponuje ich rozstrzelanie według załączonego planu przypominającego w formie zbrodnię katyńską. Mowa jest też o 828 ludziach, których "sprawdzanie" wciąż trwa. Jeżeli zostaną wśród nich wykryci kolejni wrogowie sowieckiej władzy, to mają także zostać zabici. Trzy dni później Abakumow składa kolejne sprawozdanie Berii. Tym razem bardzo szczegółowo wymienia ilość znalezionych przy zatrzymanych Polakach uzbrojenia i amunicji. Mowa jest też o znalezionych w puszczy dołach, bunkrach i schronach. Abakumow relacjonuje wynik przesłuchania Szymona Krupińskiego ps. "Grom", uważanego za przywódcę jednej z grup. Miał on wyjaśnić, że broń produkcji sowieckiej została znaleziona przez jego podwładnych w rejonie potyczek zbrojnych Armii Czerwonej z Niemcami. Na wyposażeniu oddziału znajdowało się też uzbrojenie produkcji niemieckiej i polskiej. Ku zadowoleniu Sowietów nie znaleziono śladów posiadania przez polskie podziemie artylerii. Niepokój natomiast budziły liczne podziemne kryjówki w lasach augustowskich. Wykryto 52 bunkry i kilkanaście innych umocnień oraz aż 439 ziemianek. Z zeznań Kruszyńskiego enkawudziści dowiedzieli się, że większość z nich wybudowali hitlerowcy jeszcze w 1939 roku.

Śledczy z Instytutu Pamięci Narodowej będą się domagać od Rosjan przekazania innych dokumentów. Już w ubiegłym roku dwukrotnie zwracali się do nich o pomoc prawną. Do tej pory nie uzyskali odpowiedzi.
– Jeżeli istnieją dokumenty mówiące o planowaniu tej zbrodni, to muszą istnieć też dokumenty raportujące jej wykonanie – mówi "Rzeczpospolitej" prokurator Zbigniew Kulikowski z IPN. – Rosjanie powinni przeprowadzić własne śledztwo w tej sprawie. Nie możemy ich jednak do tego zmusić – podkreśla.

Z żądaniem wszczęcia śledztwa chcą się za to zwrócić do Rosjan rodziny ofiar. Jeśli Rosja odmówi, planują złożenie skargi do Trybunału w Strasburgu. Przekonują, że każdy dokument, który potwierdza, że doszło do zbrodni przeciw ludzkości, może sprawić, że Trybunał zajmie się sprawą.
Te dokumenty powiększają naszą wiedzę na temat obławy augustowskiej, ale nie dają odpowiedzi na kluczowe pytania – mówi "Rz" prof. Krzysztof Jasiewicz, historyk i sowietolog. – Archiwalia, których potrzebujemy, to pełna lista nazwisk zamordowanych Polaków oraz dokumenty dotyczące miejsca pochówku – dodaje.
Właśnie na wskazaniu tego miejsca najbardziej zależy rodzinom zgładzonych. Według jednej z wersji Polacy zostali pogrzebani na terytorium Białorusi, według innej w sąsiednich Prusach (obecnie obwód kaliningradzki). Dokumenty, które by to wyjaśniły, znajdują się jednak w zamkniętych na głucho moskiewskich archiwach.
– Nie ma mowy o tym, żeby te papiery się "zgubiły", jak próbuje wmówić nam Moskwa
– mówi prof. Jasiewicz.

Według niego, dopóki w Moskwie nie dokona się zmiana reżimu, dopóty nie ma co liczyć na otwarcie archiwów. Dokumenty możemy jedynie dostawać od przychylnie nastawionych wobec Polski opozycyjnych organizacji pozarządowych, takich jak Memoriał. Niemniej śledztwo w tej sprawie cały czas się toczy. IPN w Białymstoku przesłuchał już 700 osób. Cały czas zgłaszają się następne. Zbrodnia przeciw ludzkości nie ulega przedawnieniu.
– Wierzę, że uda nam się odnaleźć miejsce, w którym spoczywają ofiary. Powinien tam być cmentarz – mówił prezes IPN.

Krzyż w Gibach poświęcony pamięci pomordowanych w obławie augustowskiej w lipcu 1945 r.

Zobacz dokumenty:

Źródło: "Nasz Dziennik", "Rzeczpospolita", wyborcza.pl, wpolityce.pl
Strona główna>

Egzekucja "Inki" i "Zagończyka" – część 1

EGZEKUCJA "INKI" I
"ZAGOŃCZYKA" W RELACJI KS. MARIANA PRUSAKA

55 lat temu w więzieniu przy ul.
Kurkowej w Gdańsku ks. Marian Prusak, dziś blisko
dziewięćdziesięcioletni kapłan-emeryt mieszkający w Rumi,
opatrzył idących na śmierć Danutę Siedzikównę "Inkę"
oraz Feliksa Selmanowicza "Zagończyka" – żołnierzy mjr.
Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki". „Inka” to niespełna
osiemnastoletnia sanitariuszka ze szwadronu "Żelaznego" i
"Leszka", operującego od wiosny do jesieni 1946 r. na
Pomorzu. "Zagończyk" był u
"Łupaszki" oficerem odpowiedzialnym za sprawy
aprowizacyjne i organizacyjne. Rozstrzelano ich rankiem 28 sierpnia
1946 r., w asyście lżących ich młodych oficerów lub
podoficerów UB.

Danuta Siedzikówna "Inka"
urodziła się 13 września 1928 r. we wsi Głuszczewina k. Narewki,
pow. Bielsk Podlaski, córka Wacława i Eugenii z d.
Tymińskiej. Uczęszczała do szkoły podstawowej w Olchówce,
a następnie do szkoły stopnia podstawowego ss. Salezjanek w Różanym
Stoku k. Grodna. W grudniu 1943 r. została zaprzysiężona do AK.
Jej ojciec, leśniczy został deportowany do ZSRR; w 1941 r. dotarł
do Armii gen. Andersa, jednak zmarł z wycieńczenia już po dotarciu
do Teheranu. Matka została aresztowana w listopadzie 1942 r. i
rozstrzelana przez gestapo we wrześniu 1943 r. za współpracę
z podziemiem.
Na przełomie 1944/45 przeszła
szkolenia sanitarne. 6.06.1945 r. została aresztowana razem ze
wszystkimi pracownikami nadleśnictwa Hajnówka, w którym
pracowała, za współpracę z „leśnymi oddziałami”. W
czasie transportu do siedziby UBP w Białymstoku odbita z grupą
uwięzionych przez patrol V Brygady Wileńskiej AK (podległej w tym
czasie Komendzie Okręgu Białostockiego AK), dowodzony przez
Stanisława Wołoncieja „Konusa”. Pod opieką Wacława Beynara
„Orszaka” uwolnieni dotarli do miejsca postoju Brygady,
dowodzonej przez mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę” w
miejscowości Śpieszyn. W oddziale, do którego się zgłosiła
rozpoczęła pracę sanitariuszki pod. ps. „Inka”. Walczyła w
szwadronach por. Jana Mazura „Piasta”, a następnie por. Mariana
Plucińskiego „Mścisława”. We wrześniu 1945 r., po rozwiązaniu
Brygady, wyjechała do Olsztyna, gdzie podjęła
pracę w nadleśnictwie Miłomłyn k. Ostródy pod nazwiskiem
Danuta Obuchowicz. Jednak juz w styczniu 1946 r., po wznowieniu
działalności brygady (podporządkowanej w tym okresie na nowo
Eksterytorialnemu Okręgowi Wileńskiemu AK), podjęła służbę
jako sanitariuszka w szwadronie ppor. Zdzisława Badochy „Żelaznego”.
W oddziale pełniła także funkcje
łączniczki. Brała udział w wielu akcjach oddziału, zadziwiając
swoja ofiarnością i poświęceniem
(opatrywała nie tylko partyzantów, ale także rannych
żołnierzy i milicjantów). 13.07.1946 r. nowy dowódca
szwadronu por. Olgierd Christa „Leszek” wysłał ją do Gdańska.
Miała dokupić nowe leki i środki opatrunkowe, wymienić zużyte
mapy sztabowe i dowiedzieć sie o stan zdrowia „Żelaznego”.
Została aresztowana w nocy z 19 na 20 lipca 1946 r. w wyniku
donosów, składanych przez wcześniej aresztowaną
sanitariuszkę „Łupaszki”, Reginę Żylińską – Mordas,
„Reginę”.
Podczas ciężkiego przesłuchania nie
podała żadnego ze znanych jej adresów konspiracyjnych ani
żadnych danych dotyczących oddziału. Rozprawa przed WSR w Gdańsku
odbyła się w trybie doraźnym w wiezieniu 3.08.1946 r. Oskarżono
ja o mordowanie rannych i nakłanianie do egzekucji. Mimo braku
jakichkolwiek dowodów została skazana na karę śmierci.
Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski i wyrok wykonano
28.08.1946 r.

Feliks Selmanowicz „Zagończyk”
urodził sie 6 czerwca 1904 r. w Wilnie, syn Franciszka i Anny z d.
Zacharewicz. Ukończył pięć klas
gimnazjum. Uczestnik wojny polsko – bolszewickiej 1920 r. 1921 –
1939 związany z Oddziałem II Sztabu Generalnego WP. 1923 – 1939
pracował jako urzędnik.
Zmobilizowany 25.08.1939 r. i w stopniu
sierż. przydzielony do KOP. Brał czynny udział w walkach
obronnych. Po ich zakończeniu internowany
przez władze litewskie. Zbiegł i nawiązał kontakt z konspiracją.
Aresztowany w 1940 r. przez litewska policję i zwolniony po 12
tygodniach z braku dowodów. Od stycznia 1944 żołnierz III
Brygady Wileńskiej AK Gracjana Fróga „Szczerbca”,
przeniesiony następnie do V Brygady Wileńskiej AK Zygmunta
Szendzielarza „Łupaszki”, gdzie pełnił funkcję zastępcy
dowódcy plutonu. Awansowany do stopnia ppor. cz.w. W czasie
walk był ranny. Dowódca kompanii w IV Brygadzie Longina
Wojciechowskiego „Ronina”. Funkcje te pełnił do rozbrojenia
brygady przez sowietów 18.07.1944. Internowany w Kałudze,
skąd udało mu się uciec 20.04.1945 i przedostać do Wilna, a
następnie transportem repatriacyjnym do Polski.
Na przełomie 1945/46 nawiązał
kontakt z „Łupaszką” i w V Brygadzie Wileńskiej AK objął
dowództwo pięcioosobowego samodzielnego patrolu bojowo –
dywersyjnego, który miał zdobywać środki na działalność
oddziału. Od marca do czerwca 1946 r. oddział przeprowadził wiele
akcji ekspropriacyjnych w Gdańsku, Olsztynie i Tczewie, dzięki
czemu zdobył dwa pistolety oraz gotówkę,
która przekazana została oddziałom w terenie. Od maja 1946
r. „Zagończyk” – z rozkazu „Łupaszki” – zajmował się też
działalnością propagandowa, w ramach której wydał m.in. (w
nakładzie 900 egzemplarzy) ulotkę skierowana do żołnierzy.
Aresztowany 11.07.1946 r. w Gdańsku.
Oskarżony o posiadanie broni, udział w nielegalnej organizacji,
dążenie do obalenia ustroju, wydawanie rozkazów wykonywania
napadów zbrojnych oraz sporządzanie i rozpowszechnianie
ulotek. Sfingowany proces odbywał się w trybie doraźnym
przed WSR w Gdańsku. 17.08.1946 r. jednogłośnie został skazany na
karę śmierci, utratę praw obywatelskich i praw honorowych na
zawsze oraz przepadek całego mienia. Prośba o łaskę,
została przez Bieruta odrzucona, a wyrok wykonano jeszcze przed jej
rozpatrzeniem. Egzekucja odbyła się 28.08.1946 r. w piwnicy
gdańskiego więzienia.
Feliks Selmanowicz był odznaczony
Krzyżem Wojsk Litwy Środkowej, Medalem za Wojnę 1918-1920 ,Medalem
za Długoletnią Służbę, Medalem Dziesięciolecia (1932), Krzyżem
Walecznych (1944).

Zabici po raz drugi…
Jakby mało było tego, że ich zamordowano, ich pamięć
była bezczeszczona przez całe lata w peerelowskich publikacjach,
gdzie przedstawiano ich jako pospolitych bandytów. Dotyczyło
to zresztą wszystkich żołnierzy "Łupaszki" – jeszcze na
początku minionej dekady!
W wydanej w 1969 r. w Gdańsku
propagandowej książce Jana Bobczenki (byłego szefa UBP w
Kościerzynie) i miejscowego dziennikarza Rajmunda Bolduana Front bez
okopów "Inka" uczestniczy w egzekucji
funkcjonariuszy UB w Starej Kiszewie. Ma "sadystyczny uśmiech",
jest "krępa", "kruczoczarna" i ma "szramę"
na policzku. W jej ręce błyszczy "czarna, oksydowana stal
rewolweru" (s. 189). Cała scena została wyssana z palca, w
rzeczywistości bowiem "Inka" była szczupłą, zgrabną
szatynką, nie miała żadnej "szramy" i do nikogo nie
strzelała…

Droga
Wstrząsające i jedyne w swoim rodzaju
wspomnienia ks. Prusaka stanowią swoistą kontynuację naszej
opowieści o tajemnicach kazamatów przy Kurkowej ("Biuletyn
IPN" nr 2 i 3). Autor, uczestnik powstania warszawskiego, w 1949
r. sam trafił do więzienia, oskarżony o szpiegostwo. Skazany na 6
lat, odsiedział 3,5 roku. Mówi, że dożył tak sędziwego
wieku po to, by opowiedzieć nam o śmierci "Inki" ("Pan
Bóg tak chciał…").
– Kiedy do mnie przyjechali, była noc
– pierwsza, może druga godzina. Zabrali mnie z mieszkania we
Wrzeszczu, gdzie mieszkałem u starego kolegi – wówczas
kapelana kościoła garnizonowego we Wrzeszczu, ks. Żebrackiego.
Przyjechało dwóch oficerów i kierowca. Uczestnictwo w
egzekucji zaproponowali mi poprzedniego dnia, gdyż kapelan był
akurat nieobecny. Propozycję przyjąłem z niechęcią, choć to
przecież obowiązek. A potem była droga do Gdańska. Po drodze ze
mną nie rozmawiali. Może dlatego, że nie mieliśmy wspólnych
tematów? Gdy mnie odwożono, też milczeliśmy. Nie wiem, czy
ci oficerowie uczestniczyli w egzekucji. Nie przedstawiali się, a
może się przedstawili, ale byłem pod wrażeniem sytuacji.

Egzekucja "Inki" i "Zagończyka" – część 2>

Strona główna>

Egzekucja "Inki" i "Zagończyka" – część 2

Spowiedź
Była to moja jedyna posługa przy
egzekucji. Kiedy znalazłem się w więzieniu [na Kurkowej],
siedziałem może godzinę w odosobnieniu. Potem po mnie przyszli –
cały czas przeżywałem to, co za chwilę miało się wydarzyć.
Oddziałowy zaprowadził mnie najpierw do tego pana [Feliksa
Selmanowicza]. Kiedy wszedłem do celi, widziałem przeraźliwy
smutek w jego twarzy. Pierwsze słowa, z którymi się do mnie
zwrócił, brzmiały: – No tak, jednak nie skorzystano z prawa
łaski… – Wyspowiadałem go. Był spokojny. Może tylko taił
zdenerwowanie, ale na zewnątrz nie było tego widać. Przez cały
czas dokuczała mi świadomość, że mogą nas obserwować przez
wizjer.

Potem przeprowadzono mnie (nie wiem
jak, gdyż byłem zbyt oszołomiony) do celi, w której na
śmierć czekała młoda, szczupła dziewczyna [Danka Siedzikówna]
w letniej sukience. Przyjęła mnie nadzwyczaj spokojnie,
wyspowiadała się, a potem wyraziła życzenie, żeby o wyroku i o
śmierci powiadomić jej siostrę. Mówiła to ciągle tak,
jakby się nadal spowiadała. Czuliśmy, że możemy być
obserwowani. Podała mi adres w Gdańsku Wrzeszczu, przy
Politechnice, ulica Własna Strzecha. Nie mogłem nic zapisać,
starałem się zapamiętać ten adres. Jednocześnie powiedziała mi,
że wysłała kartkę z zawiadomieniem, ale nie wie, czy ona dojdzie.
Nie mówiła nic więcej, na nic się nie skarżyła.

Twarz dziewczyny pamiętam jak przez
mgłę; twarz mężczyzny zapamiętałem dobrze. Był taki zamknięty
w sobie, napięty, głęboko przeżywał zbliżającą się śmierć.
"Inka" nic nie mówiła. Może gdybym był lepiej
przygotowany i zapytał o coś… Ale dla mnie to było zupełnie
nowe doświadczenie; nie wiedziałem, jak się zachować… Później sprowadzili mnie na
dół, tam gdzie byłem poprzednio. Znowu czekałem, może z
godzinę? Człowiek w takich sytuacjach nie ma poczucia czasu. Była
noc. (Gdy siedziałem w więzieniu, mówiono mi, że wyroki
wykonywano w nocy, nie rano). W końcu poprowadzono mnie schodami,
jakby do piwnicy (zejście było dosyć ciasne).

Po zdrajcach narodu…
Oni już tam byli. Zdaje się, że w
kajdankach albo z zawiązanymi rękami. Sala była niewielka, jak dwa
pokoje. Miałem krzyż, dałem go do pocałowania. Chciano im
zawiązać oczy, nie pozwolili. Obok czekała zgraja ludzi, tak że
było dosyć ciasno. Był wojskowy prokurator(1) i pełno jakichś
młodych ubowców. Ustawiono nieszczęśników pod
słupkami. W rogu był stolik, gdzie prokurator odczytywał
uzasadnienie wyroku i sąd dał rozkaz wykonania egzekucji. Była
taka jakby wnęka, chyba czerwona nieotynkowana cegła, były słupki
do połowy człowieka. Postawiono ich przy nich, nie pamiętam, czy
ich przywiązano. Ci, którzy tam stali, nie uszanowali powagi
śmierci. Obrzucili skazańców obelżywymi słowami, a
prokurator odczytał uzasadnienie wyroku i poinformował, że nie
było ułaskawienia. Jego ostatnie słowa brzmiały: "Po
zdrajcach narodu polskiego, ognia!". W tym momencie skazani
krzyknęli, jakby się wcześniej umówili: "Niech żyje
Polska!". Potem salwa i osunęli się na ziemię. Strzelało
dwóch lub trzech żołnierzy, chyba z pepesz, z bliskiej
odległości – 3-4 metrów. Pamiętam, że posadzka była
czerwona, jakby z kafli, środkiem biegł rowek, chyba żeby krew
spływała. ["Inka" i "Zagończyk"] osunęli się.
Nie mogłem na to patrzeć, ale pamiętam, że obydwoje jeszcze żyli.
Wtedy podszedł oficer i dobił ich strzałami w głowę. Nie wiem,
kto to był. To było dla mnie nie do zniesienia. Pamiętam tylko, że
padło nazwisko chyba Suchocki, i że ten człowiek był w mundurze.
Zdaje się, że to był prokurator, który odczytywał
wyrok(2). Byłem w tłumie stojących trochę zasłonięty. Nawet nie
wiedziałem, że obok był lekarz. Później musiałem podpisać
protokół o wykonaniu wyroku śmierci. Zaraz potem
wyprowadzili mnie. Nie pamiętam, jak się znalazłem w samochodzie;
nie wiem, czy jechałem z tymi, którzy mnie przywieźli. W
samochodzie nic do mnie nie mówili.

Kartka
Z informacją o śmierci nie poszedłem
do siostry "Inki" od razu. Przez cały tydzień żyłem w
oszołomieniu. W końcu zebrałem się i po cywilnemu, w godzinach
popołudniowych, zapukałem do mieszkania. Otworzono mi,
było tam może z 10 osób. Młodzi ludzie. Zwróciłem
się do nich, że chciałbym rozmawiać z panią tego domu. Wystąpiła
pani starsza od nich i jej przekazałem wiadomość. Ona
odpowiedziała: – My wiemy o tym, kartka przyszła… Na tym się
skończyło, wróciłem do domu. Kiedy mnie potem aresztowano,
przypomniano mi tę wizytę w śledztwie. Byłem więc cały czas
obserwowany.

Mało z kim dzieliłem się tymi
wspomnieniami. Nawet rodzinie nic nie powiedziałem. Zachowałem to w
sobie. Śmierć "Inki" i "Zagończyka" przeżyłem
jak śmierć kogoś bliskiego. Cieszę się, że teraz mogłem o tym
opowiedzieć, i że pamięć o tych ludziach nie zaginie.

Pomnik Danuty
Siedzikówny "Inki", przy ulicy Armii Krajowej w Sopocie.

(1) Najprawdopodobniej mjr Wiktor
Suchocki, prokurator Wojskowego Sądu Rejonowego w Gdańsku.
(2) Ks. Marian Prusak najprawdopodobniej
myli się, gdyż dowódcą plutonu egzekucyjnego był
Franciszek Sawicki.

Opracowano na podstawie:
Biuletyn IPN Nr
6 – 07.2001 r.

Konspiracja i opór społeczny w Polsce 1944-1956. Słownik biograficzny.Tom I, wyd. IPN 2000


Anglojęzyczna wersja tekstu (na stronie www.doomedsoldiers.com):
The Execution of "Inka" And "Zagonczyk" Related by Father Marian Prusak.>

Egzekucja "Inki" i "Zagończyka" – część 1>
Strona główna>

Obława augustowska w lipcu 1945 roku.

OBŁAWA AUGUSTOWSKA 1945
r.

Obława augustowska była największą zbrodnią dokonaną
przez Sowietów na obywatelach polskich po zakończeniu II
wojny światowej. Mimo to ani podręczniki szkolne, ani encyklopedie
nic nie wspominają na ten temat. Do dziś nie są znane losy
zaginionych podczas obławy, nie wiadomo też, gdzie spoczywają ich
szczątki.

W lipcu 1945 r. oddziały Armii Czerwonej
wspomagane przez UB i MO przeprowadziły szeroko zakrojoną akcję
pacyfikacyjną obejmującą tereny Puszczy Augustowskiej i jej
okolic. Oddziały radzieckie przetrząsały lasy i wsie, aresztując
podejrzanych o kontakty z partyzantką niepodległościową.
Zatrzymano niemal 2000 osób. Część z nich po
przesłuchaniach wróciła do domu. Około 600 osób
zostało wywiezionych w nieznanym kierunku i wszelki ślad po nich
zaginął.

Silne podziemie niepodległościowe
W
pierwszym okresie II wojny światowej, po agresji na Polskę dwóch
okupantów, powiat suwalski oraz część augustowskiego zajęli
Niemcy, natomiast większą część powiatu augustowskiego zagarnęli
Sowieci. Polska ludność zamieszkująca te ziemie, odznaczająca się
głębokim patriotyzmem, od początku okupacji tworzyła szereg
organizacji konspiracyjnych, m.in. Tymczasową Radę Ziemi
Suwalskiej, Legion Piłsudskiego, Legion Nadniemeński czy Odrodzenie
Narodowe. Wszystkie te organizacje zostały później włączone
do Związku Walki Zbrojnej. Żołnierze podziemia nie dawali
okupantom spokoju. "Za czasów mojego przebywania w
Augustowie zginęło około 50 naszych ludzi… Polacy zdrowo nam
szkodzili. To była prawdziwa wojna" – pisze w swoich
wspomnieniach sekretarz Komitetu Rejonowego Białorusi, rządzącego
w Augustowie podczas pierwszej okupacji sowieckiej. Po wybuchu wojny
niemiecko-sowieckiej struktury organizacji niepodległościowych
ujednoliciły się jeszcze bardziej, tak że na obszarze ziemi
augustowskiej, suwalskiej i sejneńskiej żołnierze zbrojnego
podziemia walczyli właściwie pod jednym sztandarem Armii Krajowej,
zwanej na tych terenach Polskim Związkiem Powstańczym. Na początku
czerwca 1944 roku zaprzysiężonych w nim było około 5 tysięcy
członków AK.
Podczas akcji "Burza" na wiosnę
roku 1944 AK musiała się w dużym stopniu zdekonspirować, co,
niestety, po wyparciu wojsk niemieckich z północno-wschodnich
terenów Polski i zajęciu ich przez Sowietów miało
tragiczne konsekwencje. Żołnierze AK byli aresztowani, wywożeni na
Wschód lub siłą wcielani do Ludowego Wojska Polskiego. Te
prześladowania mocno nadwątliły struktury podziemnego wojska.

Dopiero wiosną 1945 roku żołnierze, którzy ukrywali się
w lasach, zaczęli na nowo organizować oddziały i uderzać w
komunistyczne władze. W efekcie ich działań do końca maja 1945
roku w powiecie suwalskim rozbito siedemnaście z osiemnastu
posterunków MO, z czternastu gmin funkcjonowały zaledwie
dwie. Na donosicielach i gorliwych pomocnikach władzy ludowej
wykonano dwadzieścia trzy wyroki śmierci. Równie aktywne
były oddziały prowadzące walkę na terenie powiatu augustowskiego.

Sukcesy AK mocno drażniły władze komunistyczne oraz ich
sowieckich mocodawców, ponieważ celem ataków coraz
częściej stawali się żołnierze Armii Czerwonej oraz NKWD, którzy
brali udział w akcjach skierowanych przeciw leśnym i prześladowali
ludność cywilną. UB, NKWD oraz oddziały Armii Czerwonej, które
powracały ze zdobytego Berlina i było ich wówczas na
Suwalszczyźnie coraz więcej, komunistyczni decydenci zaczęli
kierować do walki z podziemiem niepodległościowym. Były to
działania prowadzone głównie siłami sowieckimi, na życzenie
władz wojewódzkich i powiatowych.

Obława śmierci

Największą akcją "porządkową" była przeprowadzona
w lipcu 1945 roku obława – zwana od miesiąca "lipcową"
lub od miejsca (rejon Puszczy Augustowskiej) "augustowską".
Akcja ta zrealizowana została głównie przy użyciu sił
sowieckich – oddziałów NKWD, Smiersz oraz żołnierzy 3.
Frontu Białoruskiego. Funkcjonariusze UB, MO oraz miejscowi
konfidenci odegrali w niej judaszową rolę, wskazując osoby
kwalifikujące się do aresztowania, pełniąc rolę przewodników
i tłumaczy, asystując przy brutalnych przesłuchaniach. Siły
komunistyczne biorące udział w obławie liczyły w sumie
kilkanaście tysięcy osób.
Metody i okoliczności
aresztowań dokonywanych podczas tej dużej operacji były różne.
Żołnierzy AK oraz osoby im sprzyjające w miastach zatrzymywano
przeważnie wieczorem lub w nocy. Mieszkańców wsi wywlekano z
domów, zabierano z drogi czy z pola. We wsi Jaziewie zwołano
zebranie wiejskie i aresztowano wszystkich przybyłych na nie ludzi.
Wielu żołnierzy AK wzięto do niewoli podczas potyczek i bitew, do
których doszło podczas obławy. – Otoczyli całą wieś, było
ich tysiące – sowieckich bojców, szli jak do ataku,
tyralierą. Kazali wychodzić z domów na sprawdzenie
dokumentów. Potem wszystkich mężczyzn oraz niektóre
kobiety zapędzili do stodoły. Trzymali tam ludzi dwa tygodnie. Ja
czułem, że cały z tego nie wyjdę, więc kiedy pewnego dnia
wyprowadzili nas na zewnątrz, dałem nurka w zboże i tyle mnie
widzieli. Opowiadali mi później ludzie ze wsi, że po tych
dwóch tygodniach przyjechali ubecy w cywilnych ubraniach z
listami osób do aresztowania. Aresztowanych przewieziono do
Sztabina, a potem wywieziono w nieznane miejsce. Przepadli jak kamień
w wodę – wspomina lipcową obławę żołnierz AK Witold Żurawski z
Jastrzębnej k. Sztabina.
Zatrzymani zostali uwięzieni w różnych
punktach i często byli poddawani okrutnemu śledztwu. Spośród
1900-2000 aresztowanych około 600 osób wybrano z listy
wcześniej sporządzonej przy pomocy konfidentów. Były wśród
nich kobiety i 15-16-letni chłopcy. Osoby te, według informacji
świadków, zostały umieszczone na samochodach ciężarowych i
wywiezione w stronę wschodniej granicy. Od tego momentu wszelki
słuch o nich zaginął. Dziś jedno jest już pewne – zostali
zamordowani na mocy dyrektyw władz sowieckich i ich szczątki
znajdują się najpewniej gdzieś na terenie byłego ZSRS.

Poszukiwania zaginionych ich rodziny rozpoczęły zaraz po
obławie. Ślad urywał się w obozach filtracyjnych, w których
przez krótki czas przebywali aresztowani. O los swoich krajan
pierwsza głośno zapytała gmina Giby. W ciągu roku 1945 wywieziono
z niej 109 osób, w tym przeszło 90 zatrzymanych podczas
obławy. W listopadzie 1945 roku gmina wysłała w tej sprawie do
Warszawy delegację, której jednak nie udzielono żadnych
informacji o zaginionych. W czasie stalinowskim sprawa obławy była
tematem tabu, którego poruszanie mogło się zakończyć
tragicznie. W późniejszych latach panoszenia się w Polsce
komunizmu o ofiarach "lipcowej łapanki" mówiło się
tylko przy okazji tzw. odwilży. Poważnie kwestią tą zajęto się
dopiero w roku 1987, kiedy to Stefan Myszczyński (wśród
ofiar obławy było trzech jego braci i ojczym) odkrył nieznane
groby przy drodze Rygol – Giby. Początkowo przypuszczano, iż są to
groby zaginionych w lipcu 1945 roku, jednak po ich zbadaniu okazało
się, że znajdują się w nich szczątki żołnierzy niemieckich
poległych podczas walk.
Poruszona tym impulsem opinia społeczna
zaczynała jednak coraz żywiej interesować się losem ofiar
lipcowej obławy. Już 2 sierpnia 1987 roku powstał Obywatelski
Komitet Poszukiwań Mieszkańców Suwalszczyzny Zaginionych w
Lipcu 1945 roku. Choć miejscowe władze zabroniły Komitetowi
prowadzenia działalności, ten się zakazowi nie podporządkował.
Jego założyciele i członkowie – Piotr Bajer, Mirosław Basiewicz,
Stanisław Kowalczyk z Suwałk oraz Alicja Maciejowska, Maria
Chwalibóg i Jan Krzywosz z Warszawy – z oddaniem gromadzili
informacje na temat zaginionych. W roku 1992 kopie dokumentacji
zebranej w sprawie przekazali Prokuraturze Wojewódzkiej w
Suwałkach. Ta jednak jeszcze przed końcem tego roku umorzyła
sprawę ze względu – jak podała – na brak dostępu do odpowiednich
materiałów, szczelnie zamkniętych w postsowieckich
archiwach.
W roku 2001 akta sprawy trafiły do Instytutu Pamięci
Narodowej. Śledztwo prowadzi obecnie Oddziałowa Komisja Ścigania
Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Białymstoku. Jednak mimo
podjętych przez nią działań nadal nie ustalono ani losów
ofiar, ani sprawców ich domniemanej śmierci, ani miejsc
pochówku. Możliwości działań prokuratora na terenie kraju
zostały już wyczerpane. Kilkakrotne prośby o pomoc prawną strony
rosyjskiej pozostają bez odpowiedzi.
Tymczasem w Gibach i w
wielu miejscowościach, które w lipcu 1945 roku ogarnęła
sieć zbrodniczej obławy, rodziny ofiar wciąż czekają na wieści
o losach swoich mężów, żon, sióstr, braci… A ci
wołają za Hiobem: "Ziemio, nie kryj naszej krwi, iżby nasz
krzyk nie ustawał…".


Adam Białous


Anglojęzyczna wersja tekstu (na stronie www.doomedsoldiers.com):
The Augustow Roundup in July, 1945>

Strona główna>


Kąkolewnica – podlaski Katyń / część 1

Tajemnica kąkolewnickich lasów

Uroczysko "Baran" w Kąkolewnicy koło Radzynia Podlaskiego zwane jest przez okoliczną ludność Małym Katyniem. W lesie tym w czasie stacjonowania w okolicy II Armii Wojska Polskiego od jesieni 1944 do przełomu stycznia i lutego 1945 roku rozstrzeliwano żołnierzy AK, ale także WiN i BCh, prawdziwych i urojonych dezerterów oraz innych, którzy nie spodobali się nowej władzy. Dotychczas nie jest znana liczba osób tam rozstrzelanych. Najostrożniejsze szacunki mówią o kilkuset ofiarach, ale padają też liczby 1300-1800.
Wschodnie tereny Polski między Bugiem a Wisłą zostały opuszczone przez niemieckiego okupanta w drugiej połowie lipca 1944 roku. W tym czasie działały tu dobrze zorganizowane i liczne oddziały zbrojne AK. W nowej dla siebie sytuacji oczekiwały na rozwój wydarzeń.

Wbrew prawu
Oddziały AK miały nadzieję na porozumienie między rządem emigracyjnym w Londynie a rządem radzieckim i nowopowstałymi władzami w kraju, skupionymi wokół KRN i PKWN. Nie podejmowały więc żadnych akcji przeciwko Armii Radzieckiej czy Armii Polskiej. W omawianym okresie celem AK była walka z okupantem hitlerowskim. Dopiero później niektóre oddziały zaczęły przekształcać się w ugrupowania podejmujące akcje przeciwko władzy państwowej. Była to reakcja na miesiące represji, aresztowań i eksterminacji. Niejednokrotnie chodziło tylko o fizyczne przetrwanie, bowiem po ustaleniu się frontu na wysokości Wisły, nadejściu oddziałów i służb NKWD oraz po zorganizowaniu na wyzwolonych od Niemców terenach administracji PKWN i organów bezpieczeństwa, rozpoczęły się masowe prześladowania i represje w stosunku do członków AK, a także innych osób, których postawa nie podobała się nowym władzom. Oddziały AK otaczano, rozbrajano, a ich dowódców aresztowano. Część z nich zsyłano w głąb ZSRR, innych mordowano na miejscu bez sądu. Tych nielicznych, których sądzono, skazywano pod zarzutem, że są "wrogami ustroju demokratycznego".

Aby tej masowej działalności represyjnej nadać pozory prawa, 30 października 1944 r. PKWN wydał Dekret o ochronie państwa podpisany przez przewodniczącego KRN Bolesława Bieruta, przewodniczącego PKWN Edwarda Osóbkę-Morawskiego, kierownika Resortu Obrony Narodowej gen. broni Michała Rolę-Żymierskiego i kierownika Resortu Bezpieczeństwa Publicznego Stanisława Radkiewicza. Dekret ten wszedł w życie z dniem ogłoszenia (3 listopada 1944 r.) z mocą obowiązującą od… 15 sierpnia 1944 roku. Tak więc wbrew wszelkim zasadom i tradycjom prawnym wprowadził odpowiedzialność wsteczną za wszelką działalność przeciwko "ustrojowi demokratycznemu". Dokument ten postawił Armię Krajową poza prawem, wprowadził pod karą śmierci obowiązek denuncjacji.

Aresztowania za "dezercję"
Jesienią 1944 roku sztab II Armii Wojska Polskiego, Sąd Wojskowy i Informacja Wojskowa II Armii WP ulokowały się w częściowo wysiedlonej wsi Kąkolewnica między Radzyniem Podlaskim a Międzyrzecem Podlaskim. Stacjonowały tu do przełomu stycznia i lutego 1945 roku, czyli do ruszenia frontu na Wiśle. W pobliżu znajdowały się też dwa obozy NKWD, w których przetrzymywano Polaków podejrzanych o "działalność kontrrewolucyjną". Funkcjonowały tam także agendy GRU (sowieckiego wywiadu wojskowego). Do Kąkolewnicy zwożono żołnierzy AK zatrzymanych w okolicy (np. 30 młodych mężczyzn aresztowanych w kościele w Trzebieszowie), żołnierzy oddziałów zza Buga, m.in. 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty, ale również członków oddziałów BCh.
Systematycznie i kolejno aresztowani byli także oficerowie i żołnierze, którzy wstąpili w szeregi Wojska Polskiego. Jednostki II Armii WP były formowane w trudnych warunkach, przy brakach w umundurowaniu i wyżywieniu. Ponadto oficerowie byli w znacznej części niepolskiego pochodzenia, dlatego w szeregach II Armii panowała atmosfera podejrzeń i inwigilacji. Te czynniki powodowały liczne dezercje. O próby ucieczki posądzani byli nawet żołnierze oddalający się z szeregów do pobliskich domów po żywność.

"Basiu, proś Bozię o twojego tatka"
Na więzienia przeznaczono część zabudowań gospodarczych, strychy, piwnice oraz wykopane ziemianki. Ustalono, że od września 1944 r. do listopada 1945 r. w Kąkolewnicy przebywało 2500-3000 więźniów. Na otynkowanej ścianie strychu domu Zofii Mazur do dziś zachowały się liczne napisy wydrapane w wapiennej zaprawie z datami od 19 października 1944 do 16 stycznia 1945 r. Można tam zobaczyć nazwiska przetrzymywanych więźniów (m.in. kpt. Gutowski, kpt. Kryszak), a także znaki Polski Walczącej i napis: "Basiu, proś Bozię o twojego tatka".
Aresztowani przetrzymywani byli w nieludzkich warunkach: w przepełnionych pomieszczeniach, ziemiankach zalanych wodą. Systematycznie ich głodzono.
Przesłuchania w toku śledztwa odbywały się w języku rosyjskim. Trwały one zazwyczaj wiele godzin, prowadzone były zwykle w nocy, ze stosowaniem przymusu psychicznego i fizycznego.
– Bicie było na porządku dziennym. Przetrzymywano nas w ziemiankach po kolana w zimnej wodzie – wspomina Antoni Stolcman, kapral podchorąży ps. "Mewa", dowódca 2. plutonu I Batalionu 35. pułku 9. Podlaskiej Dywizji AK. Został on skazany na 5 lat więzienia przez sąd II Armii WP. Wraz z nim skazano 16 osób, w tym 8 na karę śmierci. Ułaskawiono tylko Jana Motykę, gdyż był kuzynem komunistycznego aparatczyka Lucjana Motyki. – Po ułaskawieniu Motyka siedział przez 2 dni w naszej celi. Nie był w stanie nic powiedzieć, cały czas tylko się modlił – mówi A. Stolcman.

Skatowany i zastraszony
Wyobrażenie o tym, jak traktowani byli więźniowie, daje świadectwo mieszkańca pobliskiej Żakowoli – Czesława Pękały (ur. 1927). Podczas okupacji był on łącznikiem oddziału partyzanckiego AK, w którym służył jego starszy brat. Po jego aresztowaniu przez NKWD w grudniu 1944 roku i uwięzieniu w Radzyniu Podlaskim grupa członków AK (w której był również Czesław Pękała) zorganizowała brawurową ucieczkę 17 uwięzionych. Jego brat pod przybranym nazwiskiem wstąpił w Lublinie do Wojska Polskiego.
Dnia 3 listopada NKWD aresztowało Czesława Pękałę. Miał on wówczas 18 lat. Przez 3 tygodnie przebywał w piwnicy bez łóżka czy nawet stołka do siedzenia. Cementowa podłoga zalana była kilkucentymetrową warstwą wody. Już podczas pierwszego przesłuchania przetrącono mu szczękę, a brutalne kopanie w tył głowy spowodowało wstrząs mózgu. Nieprzytomnego wrzucono na zalaną zimną wodą podłogę, gdzie przez 4 dni leżał bez zmysłów. Na kolejnych przesłuchaniach czuł tylko pierwszy cios, potem tracił przytomność – słyszał jedynie głuche odgłosy kopania i bicia. Budził się w celi z porozbijanymi paznokciami, z powbijanymi za nie drzazgami.
Dzięki interwencji brata wojsko przysłało prokuratora w celu zbadania sprawy Czesława Pękały. Zwolniono go z więzienia 15 stycznia. W ciągu 2 miesięcy schudł z 68 do 36 kg, przez cztery miesiące nie mógł chodzić.
Przed zwolnieniem zaciągnięto go na dyżurkę, gdzie został zmuszony do podpisania oświadczenia, że zachowa tajemnicę więzienną. "Jeśli piśniesz słowo, wrócisz tu, ale wtedy już stąd nie wyjdziesz" – zapowiedziano. Nie pisnął ani słowa. Był tak przerażony, że na widok milicjanta trząsł się ze strachu. Dopiero w 1998 roku opowiedział o swych doświadczeniach. Wstąpił też do Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, a z warszawskiego oddziału IPN ot
rzymał zaświadczenie o swym uwięzieniu.

Kąkolewnica – podlaski Katyń / część 2

Prawda ukryta pod mchem
Z informacji Wojskowego Instytutu Historycznego wynika, że w okresie stacjonowania w Kąkolewnicy od października 1944 do stycznia 1945 r. Sąd Wojskowy II Armii skazał 144 osoby, w tym 61 na śmierć, z czego wykonano 43 wyroki śmierci. Zabitymi byli z reguły żołnierze i oficerowie AK.
Wyroki wykonywał naczelnik więzienia sierżant Bazyli Rogoziński. Antoni Stolcman tak go wspomina: – Kiedy Rogoziński był pijany od rana, wiadomo było, że będzie w nocy rozstrzeliwał. Aresztowanym powiadał, że zabił już niejednego. Widziałem, jak na ciężarówki ładowano łopaty i kilofy, a później wrzucano na nie jak worki związanych i zakneblowanych żołnierzy Armii Krajowej, moich kolegów z oddziału.
Egzekucji dokonywano w kąkolewnickich lasach na uroczysku zwanym "Baran". Rozstrzeliwano tam skazanych przez sąd wojskowy, a także tych, którym nie dane było nawet stanąć przed sądem. Do dzisiaj nie wiadomo, ile ciał zamordowanych żołnierzy AK i NSZ tam spoczywa. Z zeznań mieszkańców Kąkolewnicy wynikało, że w czasie stacjonowania sztabu II Armii las był strzeżony przez uzbrojonych żołnierzy i nikt z cywilów nie mógł tam wejść. Nocami słychać było strzały z tego kierunku, po zapadnięciu zmroku jeździły tam kryte ciężarówki.
Miejsca egzekucji nie były oznaczane. Po zakopaniu zwłok osób rozstrzelanych teren ponownie wyrównywano, a następnie maskowano mchem i młodymi sadzonkami drzew. Gdy sztab opuścił Kąkolewnicę w styczniu 1945 roku, dokładnie splantowano ziemię, a na wiosnę zasadzono setki młodych drzew. Jeszcze latem 1945 roku Jerzy Sokoliniec ps. "Kruk", dowódca oddziału WiN na tym terenie, znając miejsce egzekucji, zatknął tam brzozowy krzyż. Sam potem wpadł w ręce NKWD. Po latach deszcze zaczęły wypłukiwać kości i czaszki pomordowanych. Dopiero w 1980 roku wykonano symboliczną mogiłę.

Z wyjątkowym okrucieństwem
Dnia 8 marca 1990 roku Prokuratura Rejonowa w Radzyniu Podlaskim wszczęła śledztwo w sprawie kąkolewnickiej zbrodni. Od 25 do 27 kwietnia przeprowadzono ekshumację w obrębie istniejącej symbolicznej mogiły. Wydobyte we wskazanym miejscu kości ludzkie były szczątkami 12 mężczyzn w wieku 20-60 lat. Na terenie o powierzchni 10 na 10 m odkryto cztery oddzielne mogiły. Zwłoki zakopane były na głębokości 50-120 cm.
Stan szczątków i ich usytuowanie w mogiłach świadczyły o wyjątkowej brutalności wykonawców egzekucji i ogromie cierpień ofiar. Jak czytamy w protokole sporządzonym przez Zakład Medycyny Sądowej, skazani mieli ręce i nogi związane kablami metalowymi, ręce wykręcone były do tyłu. W chwili zgonu niektóre ofiary miały złamane kości podudzi i ramion, czaszki nosiły ślady urazów mechanicznych zadanych z dużą siłą tępym i twardym narzędziem. W kościach czaszek biegli stwierdzili obrażenia postrzałowe, świadczące o tym, że ofiary ginęły od strzałów oddawanych w tył lub bok głowy. Jedna spośród odnalezionych czaszek nie była przestrzelona, lecz rozbita.
Nie zdołano zidentyfikować żadnej z ofiar, ale wydobyte z grobów podczas ekshumacji przedmioty – buty, łańcuszek ze szczątkami szkaplerza, pierścionek z orzełkiem, haftowana polska gwiazdka wojskowa, okładki modlitewnika, dwa wojskowe przedwojenne mosiężne guziki mundurowe, mosiężny wojskowy orzełek – świadczą, że zabici byli żołnierzami AK. W chwili śmierci rozstrzeliwani mieli na sobie grube okrycia wierzchnie lub kożuchy, co wskazuje, że egzekucje były wykonywane późną jesienią lub w zimie.
W miejscu ekshumacji odnaleziono także dużą liczbę łusek pochodzących od naboi produkcji radzieckiej z roku 1944.
"Biorąc pod uwagę całokształt ustalonych w śledztwie okoliczności, dotyczących wydarzeń w Kąkolewnicy na przełomie lat 1944/45 należy stwierdzić, że bez wątpienia w lesie 'Baran’ znajdują się inne nieznane dotychczas mogiły osób rozstrzelanych w wyniku wykonywania wyroków śmierci orzekanych przez sąd II Armii WP", gdyż "nie jest wykluczone, że w tym lesie, jak i w lasach rejonu Kąkolewnicy dokonywali egzekucji również funkcjonariusze NKWD, zupełnie niezależnie i bez wiedzy sztabu II Armii, według własnego uznania. Wielu bowiem obywateli polskich zginęło w tym czasie bez wieści" – czytamy w Postanowieniu o umorzeniu śledztwa prowadzonego przez Prokuraturę Rejonową w Radzyniu Podlaskim w sprawie zbrodni wojennych rozstrzeliwania żołnierzy AK i innych osób w latach 1944-1945 w Kąkolewnicy.

Kaci w polskich mundurach
Według tego dokumentu, w skład Sądu Wojskowego II Armii WP wchodzili: prezes płk Stefan Piekarski – oficer armii bolszewickiej od 1920 roku, kpt. Aleksander Tomaszewski – oficer Armii Czerwonej, Tadeusz Małecki, Maria Bednarska, Władysław Sobiech, Aleksander Zawirski, Michał Frankowski, Marcin Dancyg, Marian Bartoń. Nie ustalono, kim byli i jakie były ich losy powojenne. Prokuratorem wojskowym II Armii WP był Prokopowicz, szefem oddziału śledczego Wydziału Informacji – Czewyczałow, szefem Wydziału Informacji Wozniesienskij, śledztwa – Bołdyrow. "Ich imiona nie są znane. Najprawdopodobniej wszyscy byli oficerami NKWD w polskich mundurach" – czytamy w Postanowieniu o umorzeniu śledztwa.
Dochodzenie w sprawie masowego ludobójstwa na Podlasiu jako pierwszy, już w lutym i marcu 1946 roku, podjął inspektor Inspektoratu Północ Biała Podlaska organizacji WiN Jan Szatyński-Szatowski ps. "Wrzos", "Jemioła", "Burian", "Zagończyk", "Dziryt". Na podstawie informacji zawartych w złożonych pod przysięgą relacjach zbiegłych więźniów i żołnierzy LWP ustalił i odnalazł 3 zbiorowe mogiły żołnierzy rozstrzelanych na terenie Kąkolewnicy. Zebrane relacje znalazły się w posiadaniu UB, w czasie gdy ppłk "Wrzos" przebywał w areszcie. Informacje te do tego stopnia zaniepokoiły NKWD i GRU, że przewieziono go z więzienia w Lublinie do Warszawy na ul. Koszykową. Następnego dnia specjalnym samolotem przylecieli z Moskwy pułkownik NKWD i prokurator wojskowy. Podczas przesłuchań stosowali wobec niego najbardziej brutalne metody, a przedmiotem ich zainteresowania była wyłącznie wiedza "Wrzosa" na temat wydarzeń z Kąkolewnicy oraz nazwiska osób, które mogły znać te fakty. Sąd I Instancji skazał Szatyńskiego na 9-krotną karę śmierci. Jeszcze w latach 60. usiłowano go zastrzelić, podejmowano próby podpalenia jego domu.
Dowody zbrodni dokonywanych przez Informację Wojskową LWP, NKWD i UB zbierał także ks. Lucjan Niedzielak ps. "Głóg", kapelan 35. pułku AK stacjonującego w kąkolewnickich lasach i Polskowoli, dowodzonego przez mjr. Ksawerego Witkowskiego "Millera". Od czerwca 1940 do kwietnia 1943 r. ks. Niedzielak pracował w parafii Huszlew, gdzie znajdowało się gniazdo partyzantki organizowanej przez "Zenona" – Stefana Wyrzykowskiego. Od kwietnia 1943 r. administrował parafią Polskowola, sąsiadującą z parafią Kąkolewnica. Z powodu zainteresowania kąkolewnicką zbrodnią był inwigilowany przez UB, otrzymywał anonimy z pogróżkami. 5 lutego 1947 roku dwóch funkcjonariuszy UB z Radzynia Podlaskiego zamordowało go trzema strzałami w głowę. Ciało kapłana odnaleziono w pobliżu plebańskiej stodoły. 11 lutego jego zwłoki pochowano na cmentarzu w Hadynowie.

Tajemnica wciąż nieodkryta
Informacje zdobyte przez ppłk. "Wrzosa" znane były niektórym oficerom WiN z Obwodu Radzyń Podlaski. Jerzy Skoliniec ps. "Kruk" odnalazł kąkolewnickie miejsca straceń i w 1947 r. posadził na grobach małe sosenki, z których część u
schła. Szanse na przeprowadzenie wówczas śledztwa były nikłe. Brak było dostępu do oficjalnych informacji na ten temat. Wszyscy, którzy coś o tym wiedzieli, przebywali w więzieniach, sowieckich łagrach albo byli zastraszani lub umierali. Podpułkownik Jan Szatyński-Szatkowski do końca życia (zm. w 1988 r. w Poznaniu) zbierał informacje o zbrodni w Kąkolewnicy. Według jego ustaleń z roku 1946 i z lat 80., w Kąkolewnicy i okolicy rozstrzelano 1500-1800 osób. Większość pogrzebano w lesie "Baran". W czasie wojny w warunkach przyfrontowych mogło się zdarzyć, że grzebano ciała umarłych przy aresztach czy więzieniach.
Sprawę liczby pogrzebanych w kąkolewnickich lasach mogłyby wyjaśnić badania georadarem, jednakże nie nastąpi to w najbliższej przyszłości z powodu wielości spraw, jakimi zajmuje się Instytut Pamięci Narodowej Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie. Prowadzący sprawę zbrodni w Kąkolewnicy prokurator Leszek Furman poinformował, że IPN przesłuchał 100 świadków, z których 80 miało dużą wiedzę na temat omawianych zdarzeń. Zwrócił ponadto uwagę na wieloaspektowość sprawy: odnaleziono szczątki 12 osób oraz dokumenty o skazaniu na śmierć 43 osób. Obecność w okolicy dwóch obozów NKWD sugeruje jednak, że ofiar było więcej. W Postanowieniu o umorzeniu śledztwa znajdujemy informacje np. o przypadkach zastrzelenia więźniów w czasie próby ucieczki. Wyjaśnień wymaga też stan prawny wydawanych wyroków, co jest sprawą niezwykle skomplikowaną ze względu na kontekst historyczny, bo należy przy tym uwzględnić prawodawstwo przedwojenne i umocowanie prawne aktów wydawanych przez PKWN.
Czy tajemnica Uroczyska "Baran" zostanie zatem kiedykolwiek wyjaśniona?

Anna Wasak, Nasz Dziennik, 2003-06-13

Kąkolewnica – podlaski Katyń / część 3

Krwawe uroczysko
Problemem jest brak świadków tamtych wydarzeń. Jednak i tak relacje ludzi, do których udało się dotrzeć, były niesamowite. W tartaku, gdy piłowano drzewa ścięte na uroczysku, to tylko iskry leciały, tyle w nich było kul i odłamków – mówi Mirosław Barczyński, historyk z Muzeum Południowego Podlasia.

Przyszło NKWD
W 1944 roku w Kąkolewnicy stacjonował najpierw sztab marszałka Rokossowskiego, a po nim sztab II armii LWP z generałem Świerczewskim na czele. Z tym pierwszym przyszło NKWD, z drugim Informacja Wojskowa LWP. I właśnie te dwie formacje obarcza się odpowiedzialnością za zbrodnie dokonane w Kąkolewnicy.
Wojsko wysiedliło północną i południową część wsi oraz częściowo także wschodnią. Z relacji świadków wynika, że ludzi wyrzucano bez dobytku, nie pozwalając niczego zabrać. W chatach rozlokowało się wojsko. Wszelkie spichlerze, komórki i piwnice wykorzystano do więzienia ludzi: żołnierzy Armii Krajowej, dezerterów z LWP, często siłą do niego wcielonych, a także ludności cywilnej. Mordowano ich na miejscu bądź przewożono do oddalonego o 3 km od Kąkolewnicy lasu Baran.

Szukali kości
Rozmiarów ludobójstwa dokonanego w Kąkolewnicy do dziś nie zdołano oszacować. Zamiar rozwikłania ponurej tajemnicy w oparciu o ekshumację i materiał dokumentalny, a także na podstawie relacji miejscowej ludności, powstał już w 1980 roku, jednak jego realizację przekreślił stan wojenny. Częściową ekshumację udało się przeprowadzić dopiero w kwietniu 1990 roku, dzięki staraniom m.in. Mirosława Barczyńskiego oraz Jana Kołkowicza, historyka i publicysty związanego z ruchem niepodległościowym.
– Wyrywkowo, z dwóch dołów rozkopanych przez wojsko w czasie trzydniowych prac, wydobyto zaledwie 16 szkieletów, co miało raczej wymiar symboliczny – wspomina Kołkowicz. – Przekopanie całego uroczyska, liczącego kilkanaście hektarów, było praktycznie niemożliwe, zważywszy czas i środki techniczne jakimi dysponowano. Zastosowanie echosondy do prac wykrywkowych okazało się mało przydatne. Natomiast badanie metodą podczerwieni, przy pomocy zdjęć lotniczych nocą, chociaż skuteczniejsze, było zbyt kosztowne.

Zwyrodnialcy
IPN, który prowadził śledztwo w sprawie zbrodni na uroczysku Baran, przesłuchał 110 świadków. Z ich zeznań wynika, że w czasie stacjonowania w Kąkolewnicy sztabu II Armii LWP, okoliczny las Baran był strzeżony przez uzbrojonych żołnierzy. Osoby cywilne miały zakaz wstępu na ten teren. Skazanych dowożono ciężarówkami po zapadnięciu zmroku. Nocami świadkowie słyszeli odgłosy strzałów. Stwierdzono, iż po zakopaniu zwłok teren wyrównywano, a następnie starano się zamaskować miejsca zbrodni nasadzając mech i sadzonki drzew.
Przerażający jest opis tego, co odkryto podczas ekshumacji w 1990 roku. Ofiary miały ręce i nogi związane kablem i drutem. W chwili zgonu połamane kości ramion, żeber i podudzi. Na czaszkach widniały obrażenia postrzałowe. Otwory wlotowe pocisków znajdowały się w części tylnej lub bocznej. Część ekshumowanych czaszek posiadała ponadto ślady urazów mechanicznych, zadanych z dużą siłą narzędziami tępymi i twardymi. W jednym przypadku na ekshumowanych kościach czaszki nie stwierdzono obrażeń postrzałowych, były one natomiast ”rozfragmentowane” na skutek zadanych z dużą siłą uderzeń.
Jeden z zamordowanych mężczyzn w wieku około 40 lat, został zastrzelony w chwili, gdy znajdował się już na dnie wykopanego dołu. Leżał na prawym boku, ręce miał skrępowane w okolicy nadgarstków, na plecach. Otwór wlotowy pocisku zlokalizowany był w okolicy ciemieniowej lewej. Pod czaszką, na dnie dołu, odnaleziono dowodowy pocisk. W oparciu o wydobyte w toku ekshumacji dowody stwierdzono, że ofiarami mordu byli żołnierze AK.

Śledztwo zawieszone
Dwa lata temu prokurator Leszek Furman z IPN zarządził na uroczysku drugą ekshumację. Jednak tym razem nie udało się natrafić na ludzkie szczątki. – W przypadku lasu Baran liczbę ofiar szacuje się od 700 do 1200. Spędziłem w tym lesie pół roku, i mogę jedynie powiedzieć, że on tak łatwo swojej tajemnicy nie odda – stwierdza Barczyński.
Prokurator Furman zapewnia, że śledztwo zostanie natychmiast wznowione, jeżeli uda się natrafić na dokumenty lub relacje wskazujące konkretne miejsca zbiorowych mogił. – Będę przeglądał archiwa, także te wytworzone przez Urząd Bezpieczeństwa i Służbę Bezpieczeństwa, bo one monitorowały różnego rodzaju postawy i zachowania ludzi, którzy próbowali w lesie Baran np. stawiać krzyże. Może uda się natrafić na informacje dotyczące miejsc, w których natrafiono na ludzkie kości. Jeżeli będą konkretne wskazania, to na pewno do lasu Baran powrócimy – stwierdza prokurator.

Wasiluk Marek, 07.06.2005

Anglojęzyczna wersja tekstu (na stronie www.doomedsoldiers.com):
Kakolewnica – "Little Katyn" Near Radzyn Podlaski. The Secret of the Kakolewnica Forest>

Strona główna>

OPERACJA "LAWINA" – UBecka zbrodnia bez precedensu – część 1

OPERACJA "LAWINA" – Likwidacja zgrupowania NSZ kpt. Henryka Flame ps. "Bartek"

Do
wymordowania w 1946 r. na Śląsku Opolskim największego
antykomunistycznego zgrupowania zbrojnego na obszarze Górnego
Śląska i Podbeskidzia UB-ecja posłużyła się grą operacyjną.
Polegała ona nie tylko na wprowadzaniu agentury do kierownictwa
istniejących już struktur konspiracyjnych, ale i na tworzeniu
nowych, całkowicie fikcyjnych organizacji, w pełni kontrolowanych
przez bezpiekę

Rozbicie oddziałów
dowodzonych przez kpt. Henryka Flame "Bartka" było
ubocznym efektem znacznie szerszej gry operacyjnej Ministerstwa
Bezpieczeństwa Publicznego, prowadzonej przeciwko Narodowym Siłom
Zbrojnym.
Akcja ta stała się dla UB swego rodzaju poligonem
doświadczalnym. Nie wydaje się bowiem przypadkowe, że
najważniejszy w tym przypadku "rozgrywający",
funkcjonariusz UB – Henryk Wendrowski, w latach następnych odegrał
jedną z kluczowych ról w opanowaniu przez władze
bezpieczeństwa krajowych struktur Zrzeszenia Wolność i
Niezawisłość.
Przeprowadzenie przez UB tak poważnej i
tragicznej w konsekwencji akcji budzi nadal szereg pytań związanych
z jej przebiegiem i wskazaniem osób odpowiedzialnych za
wydanie decyzji o zabójstwie żołnierzy.

Przygotowanie
akcji

Lata 1945-1947 to na Podbeskidziu okres
największego nasilenia działań zbrojnego podziemia
antykomunistycznego. Zgrupowanie pod dowództwem "Bartka"
było największą i najbardziej aktywną antykomunistyczną formacją
działającą na tym terenie, która w okresie szczytowego
rozwoju organizacyjnego wiosną 1946 r. liczyła ponad trzystu
członków oraz kilkuset informatorów.


kpt. Henryk Flame "Bartek"

Dowódca wspomnianego
zgrupowania NSZ kpt.Henryk Flame to przedwojenny pilot 2 pułku
lotniczego w Krakowie. W kampanii wrześniowej walczył w 123
Eskadrze Myśliwskiej przydzielonej do Brygady Pościgowej. Można
domniemywać, że Henryk Flame był absolwentem Szkoły Podoficerów
Lotnictwa dla Małoletnich w Bydgoszczy. Świadczył by za tym niski
stopień wojskowy, a zaawansowany poziom pilotażu, bo przecież
myśliwcami zostawali tylko najlepsi. Zatem Henryk Flame został tuż
przed wojną świeżo upieczonym myśliwcem w stopniu kaprala pilota,
latającym na przestarzałym i nie spełniającym już wymogów
ówczesnego pola walki samolocie PZL-7a. Kpr.pil. Henryk Flamme
w pierwszej walce powietrznej lądował przymusowo na postrzelanej
ciężko maszynie. Jego „siódemkę” przyholowano do bazy
koło Jabłonny lecz nie nadawała się już do dalszych lotów.
Z powodu braku uzupełnień kpr. Flame, więcej lotów w
kampanii wrześniowej nie wykonał bo było wielu chętnych do tego
wyższych stopniem i stażem niż młody kapral.

Po ustaniu walk we Wrześniu
Henryk Flame uciekł na Węgry, gdzie został internowany. W 1940 r.
uciekł i wrócił do Polski; pracował na kolei. Do
partyzantki trafił w 1944 r. Swój los połączył z
organizacją Narodowe Siły Zbrojne i w jej szeregach zdobył
odpowiednie doświadczenie bojowe oraz stopień kapitana. Po
przejściu frontu został w 1945 r. na krótko komendantem
posterunku milicji w Czechowicach. Groziło mu aresztowanie, uciekł
znowu do lasu. Najpierw z 10 ludźmi, potem z 60. Z czasem dowodził
zgrupowaniem kilkunastu oddziałów partyzanckich w sile ok.
300 żołnierzy. Oddziały te pod jego dowództwem stoczyły
wiele bitew i potyczek z utrwalaczami władzy „ludowej” spod
znaku UB i NKWD na terenie Podbeskidzia i okolic. Między innymi
głośną akcją było zdobycie miejscowości wypoczynkowej Wisła w
dniu 3 maja 1946r. i kilkugodzinna defilada oddziałów NSZ,
połączona z manifestacją patriotyczną.

Lokalne oddziały bezpieki
oraz Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w
Katowicach od początku formowania się oddziału w maju 1945 r.
podjęły próby jego likwidacji. Natrafiono jednak w tym
zakresie na poważne trudności wynikające początkowo z dość
słabego rozeznania UB w terenie, a następnie przede wszystkim z
dobrej organizacji zgrupowania, które właściwie do lata 1946
r. nie poniosło większych strat.

Masowe aresztowania, które
dotknęły dowództwo NSZ latem 1945 r., wprowadziły w szeregi
podziemia narodowego znaczny chaos organizacyjny. Po rozbiciu
struktur w Wielkopolsce i aresztowaniu inspektora Obszaru Wschodniego
NSZ ciężar pracy konspiracyjnej przeniesiony został na południe,
głównie na Górny Śląsk. Jesienią 1945 r. doszło do
powstania nowego Obszaru Śląskiego, w ramach którego na
czele VII Okręgu Śląskiego NSZ stanął mjr Kazimierz Zaborski "Łamigłowa". Zaborski już w 1944 roku objął funkcję obwodu Będzin NSZ, przez cały czas rozbudowując podległą sobie konspirację narodową w Zagłębiu Dąbrowskim. Już w końcu czerwca 1945 roku podjął rozmowy z Komendą Okręgu Katowice w celu połączenia grupy Katowickiej i Zagłębiowskiej. Szefowie okręgów porozumieli się co spowodowało iż "Łamigłowa" został awansowany na majora i objął funkcję komendanta  VII Okręgu Śląskiego NSZ, stając się tym samym jedną z najważniejszych postaci struktur podziemia narodowego na tym terenie.
Na chwilę obecną, nie jest jasne dlaczego szef wywiadu Zagłębia Dąbrowskiego – Kazimierz Kłodawski, w trakcie śledztwa podał nazwisko "Łamigłowy" co pozwoliło na aresztowanie i zwerbowanie go jako agent „RR”, „Górny”. Motywem przejścia na stronę aparatu bezpieczeństwa stało się aresztowanie córek Komendanta VII Okręgu, który już we wrześniu 1945 sporządził swoje pierwsze doniesienie.

Pod koniec października
doszło jednak do rozbicia nowo powstających struktur. Po jesiennej
fali aresztowań agent Kazimierz Zaborski "RR", przystąpił do odtwarzania
organizacji, tym razem już pod całkowitą kontrolą władz
bezpieczeństwa. Jako komendant śląskiego obszaru NSZ rozpoczął
tworzenie prowokacyjnej organizacji Śląskie Siły Zbrojne.
Wspierany przez kilku pracowników resortu bezpieczeństwa,
powołał fikcyjne dowództwo, a sam zaczął występować
przed innymi działaczami podziemnymi jako organizator pracy
konspiracyjnej. Dzięki temu w lutym 1946 r. "RR" nawiązał
kontakt ze środowiskiem działaczy narodowych m.in. z Chorzowa,
Siemianowic i Krakowa. Za ich pośrednictwem w kwietniu spotkał się
w Krakowie z kpt. Franciszkiem Wąsem "Warmińskim", b.
szefem Wydziału I Organizacyjnego Okręgu Krakowskiego NSZ, którego
w tym momencie "przejął" inny funkcjonariusz UB – Henryk
Wendrowski, były żołnierz AK, od 1944 r. działający po stronie
komunistów.
Został on włączony do gry operacyjnej na
Górnym Śląsku przypuszczalnie jesienią 1945 r., kiedy to
pod ps. "kpt. Lawina" wprowadzono go do Rady Politycznej
NSZ Okręgu Śląskiego. Prawdopodobnie w połowie kwietnia 1946 r.
Wendrowski rozpoczął działania operacyjne w Gliwicach, gdzie
podając się za organizatora pracy konspiracyjnej, wprowadzony
został w miejscowe środowiska opozycyjne. W lipcu 1946 r. przy
współpracy z agentem "RR" i za pośrednictwem
"Warmińskiego" Wendrowski, występujący jako
przedstawiciel "Okręgu NSZ", dotarł do jednego z
łączników "Bartka".
Ów łącznik, będąc
przekonanym, że pracuje dla sztabu organizacji, z którą
związany był już w okresie wojny, doprowadził funkcjonariusza UB
prosto do "Bartka", przebywającego wówczas ze swym
oddziałem na Baraniej Górze.

Do pierwszego spotkania
"kpt. Lawiny" z dowódcą zgrupowania doszło na
początku sierpnia 1946 r. w obozowisku leśnym. Od tego momentu w
szybkim tempie potoczyły się wydarzenia, które doprowadziły
do wymordowania większości oddziału.
"Kpt. Lawina"
bardzo umiejętnie przedstawił fikcyjny rozkaz "Okręgu NSZ"
nakazujący przeniesienie zgrupowania w kilku transportach w rejon
Jeleniej Góry, gdzie miała być rzekomo kontynuowana
działalność zbrojna.
"Bartek", pomimo zastrzeżeń,
od początku – jak się wydaje – zaakceptował przedstawiony plan
przerzutu. Niewątpliwie znaczący wpływ na jego decyzję miała
pogarszająca się latem 1946 r. sytuacja militarna zgrupowania,
które poniosło wówczas pierwsze znaczniejsze straty
oraz przechodziło poważne problemy aprowizacyjne. Rozkaz o
przerzucie na Zachód mógł wydawać się jedynym
wyjściem z coraz trudniejszej sytuacji. Z pewnością na powodzenie
akcji "kpt. Lawiny" wpłynął również fakt, że
przez ponad pół roku, od początku 1946 r., "Bartek"
pozbawiony był kontaktu z jakąkolwiek władzą zwierzchnią.

Niewątpliwie tragicznym paradoksem jest, że dowództwo
zgrupowania, nie zdając sobie oczywiście sprawy z opanowania Okręgu
NSZ przez UB, od dłuższego czasu czekało na przedstawiciela
sztabu, który miał przybyć z rozkazami dotyczącymi dalszej
działalności. Taką osobą okazał się "kpt. Lawina".
Przed
20 sierpnia 1946 r. opracowany został przez UB, prawdopodobnie przez
Wendrowskiego, „Plan likwidacji »B «”, precyzujący
działania władz bezpieczeństwa wobec największego na Podbeskidziu
zgrupowania zbrojnego. W pierwszej kolejności przewidywał on
przewiezienie do Gliwic dowództwa zgrupowania, które
stamtąd miało sprawować kontrolę nad całą akcją. Szczegółowy
plan przerzutu zakładał trzy transporty w pierwszych dniach
września. Pierwszy miał objąć kilkunastu żołnierzy, pozostałe
– po około 30, czyli łącznie ok. 90 osób. Ciężka i
długa broń miała być przewieziona w osobnych ciężarówkach.
Raport agenta MBP Henryka Wendrowskiego z prowokacyjnej operacji „Lawina”, zakończonej wymordowaniem żołnierzy „Bartka”.

Plan przewidywał umieszczenie w "punkcie w opolskim"
uzbrojonej grupy operacyjnej UB, która miała występować
"pod płaszczykiem ludzi wyznaczonych przez Okręg Opolski NSZ
dla ochrony punktu".
Ostatni etap likwidacji, tzn.
rozbrojenie i zatrzymanie, miał nastąpić w czasie snu, po kolacji
z alkoholem. Schemat ten miał się odnosić do wszystkich czterech
planowanych transportów. W następnej kolejności zamierzano
stopniowo rozbroić pozostałych członków zgrupowania (około
80), którzy pozostali na miejscu w górach.
Zasadniczy
problem w interpretacji tego dokumentu dotyczy pojęcia "likwidacja".
Sformułowanie, że "na punkcie likwidacyjnym będzie stała
jedna maszyna [ciężarówka] w ukryciu służąca do
przewożenia aresztowanych, ewentualnie trupów", może
wskazywać, że celem przedstawionego planu było raczej zatrzymanie
członków zgrupowania, przy czym liczono się z ewentualnymi
ofiarami śmiertelnymi. Wydaje się, że dokument nie odnosił się
do planowej eksterminacji (masowego zabójstwa). Nie można
więc wykluczyć, że plan ten uległ zasadniczej zmianie już w
czasie trwania samej akcji.
Na przełomie sierpnia i września do
gry operacyjnej jako "por. Korzeń" bezpośrednio włączony
został kolejny funkcjonariusz UB – młodszy referent Wydziału III
Departamentu III MBP – Czesław Krupowies, który uczestniczył
w bezpośredniej organizacji przerzutów.


Żołnierze ze zgrupowania
NSZ kpt. Henryka Flame "Bartka". Od lewej: Alojzy Wizner "Lis", Antoni Wizner "Brzoza", straceni 15 stycznia 1947 r. w Bielsku na mocy wyroku WSR w Katowicach.


OPERACJA "LAWINA" – część 2>

OPERACJA "LAWINA" – UBecka zbrodnia bez precedensu – część 2

Likwidacja

Przebieg transportów
oraz bezpośrednie okoliczności zabójstwa członków
zgrupowania "Bartka" nadal pozostają nieznane. Pewny jest
jedynie fakt, że na Śląsku Opolskim doszło do zamordowania,
według szacunkowych danych, co najmniej 90-100 osób.
Dotychczasowe ustalenia wskazują na dwa domniemane miejsca masowych
mordów żołnierzy "Bartka", znajdujące się na
Opolszczyźnie: okolice tzw. zameczku Hubertus, położonego między
miejscowościami Dąbrówka i Barut (obecnie na granicy
powiatów gliwickiego i strzeleckiego) oraz okolice Łambinowic
(obecnie powiat nyski). Nie można wykluczyć, że tych miejsc było
więcej.

W pobliżu zameczku
Hubertus, okoliczni mieszkańcy zauważyli nadjeżdżające w nocy 25
na 26 września auta, a rano ogromny wybuch. Słychać było strzały
i krzyki, ale teren był otoczony przez kilka dni. Gdy obstawa
wyjechała, odnajdywali w tym miejscu strzępy ciał. Gajowym był tu
znajomy „Bartka” z okolic Bielska i to on go zawiadomił o
zdarzeniu. Henryk Flame przyjechał do Hubertusa po amnestii w 1947
roku. Jak relacjonowała jego kochanka, która mu towarzyszyła,
„Bartek” poszedł z gajowym w głąb lasu i nie było go
kilkadziesiąt minut. Gdy wrócił, był wstrząśnięty i
słowa nie powiedział.

Za w pełni wiarygodne
informacje nie mogą uchodzić zeznania jednego z funkcjonariuszy UB
Jana Fryderyka Zielińskiego, w 1946 r. referenta PUBP w Cieszynie,
który miał być bezpośrednim, aczkolwiek – jak sam zeznał –
biernym obserwatorem eksterminacji żołnierzy, dokonanej rzekomo
przez grupę UB i kilkudziesięciu Rosjan. Nieznany jest żaden
dokument władz bezpieczeństwa, opisujący faktyczny przebieg akcji.
Z zeznań przez niego
złożonych wynika, że był świadkiem egzekucji około 69 członków
NSZ ze zgrupowania „Bartka”, których przywieziono z
terenów Podbeskidzia dwoma samochodami Ministerstwa Górnictwa
w okolice Łambinowic (woj. opolskie), w pobliże znajdującego się
tam wówczas poniemieckiego lotniska wojskowego. Przywiezionych
ludzi "Bartka" umieszczono w bliżej nieustalonym budynku (określanym
przez świadka jako budynek z nieotynkowanej cegły) na terenie
posiadłości ziemskiej. Przed przyjazdem samochodów lekarz z
Polikliniki na etacie UB wstrzykiwał do butelek z wódką
środek odurzający. Następnie tak przygotowany alkohol podano
przywiezionym członkom NSZ, po czym następnego dnia rano do
budynku, w którym oni spali wrzucono granaty ogłuszające.
Następnie ogłuszonych członków NSZ rozbierano, prowadzono
nad wykopany wcześniej dół i tam strzałem w tył głowy
pozbawiano życia.
W dalszej kolejności do
dołów ze zwłokami zastrzelonych wrzucono tabliczki
identyfikacyjne żołnierzy radzieckich i polskich w ilości
odpowiadającej ilości ciał. Egzekucji mieli dokonywać Rosjanie, a
będący na miejscu funkcjonariusze UB stanowili jedynie obstawę
terenu. Ponadto z treści zeznań J. Zielińskiego wynika, iż z
opowiadań kolegów dowiedział się, że następna grupa
żołnierzy NSZ ze zgrupowania "Bartka" została zamordowana w ten
sposób, iż umieszczono ich w uprzednio zaminowanym baraku,
który wysadzono w powietrze.

Z wszystkich transportów
prawdopodobnie ocalał zaledwie jeden członek zgrupowania. Według
jego relacji uczestnicy wyjazdu na punkcie przeładunkowym
umieszczeni zostali w jakimś budynku (myśliwskim zameczku lub
poniemieckiej szkole) w pobliżu lasu nad jeziorem. Atak nastąpił w
nocy, po kolacji suto zakrapianej alkoholem. Do pomieszczeń najpierw
wrzucono granaty, następnie wywiązała się strzelanina, podczas
której dobito rannych. W ten sposób mógł być
wymordowany jeden z trzech transportów.

Istnieją również
znaczne rozbieżności dotyczące miejsc i dat wyjazdów. Nie
było jednego, głównego punktu koncentracji zgrupowania, a
załadunek sprzętu i ludzi odbywał się w różnych
miejscach. Cała akcja, która trwała prawdopodobnie od 5 do
25 września 1946 r., przeprowadzona została więc z opóźnieniem
i odbiegała od założeń „Planu likwidacji »B «”.
Liczba osób wyjeżdżających w poszczególnych
transportach różniła się od planowanej. Problemy natury
organizacyjnej dotyczyły przede wszystkim załadunku ludzi. Podczas
całej akcji kilkanaście osób niejako „przy okazji”
zostało zatrzymanych i postawionych przed Wojskowym Sądem Rejonowym
w Katowicach, który wydał następnie w ich sprawach kilka
wyroków śmierci, wykonanych w grudniu 1946 r.


Zdjęcie wykonane po amnestii 1947 r. Henryk Flame „Bartek”
(pierwszy od prawej) wraz ze swoimi żołnierzami
(od lewej: Gustaw Matuszny, ps. „Orzeł Biały”, N.N., Stanisław Włoch, ps. „Lis”).

Doszło również
prawdopodobnie do kilku przypadków "pojedynczych"
morderstw na żołnierzach "Bartka", jak i na nim samym. W
marcu 1947 roku kpt. Flamme „Bartek” ujawnia się w ramach
kolejnej amnestii wraz z częścią swoich żołnierzy. W dniu 1
grudnia 1947 roku ginie od skrytobójczej kuli milicyjnej w
restauracji w Zabrzegu koło Czechowic-Dziedzic.


Zwłoki kpt. "Bartka"
skrytobójczo zastrzelonego przez milicjanta w barze w
Zabrzegu.

Odpowiedzialni

Wobec braku źródeł
nie można ciągle jednoznacznie ustalić faktycznych celów
przedstawionej prowokacji zorganizowanej przez władze
bezpieczeństwa. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy od samego
początku brano pod uwagę likwidację zgrupowania polegającą na
zbiorowym zabójstwie, czy też organizatorzy i wykonawcy jako
likwidację rozumieli ujęcie i osądzenie wszystkich członków
zgrupowania, licząc się z ewentualnymi ofiarami śmiertelnymi.
Bezpośrednio wiąże się z
tym zasadnicze pytanie, kto wydał rozkaz zamordowania żołnierzy.
Czy było to z góry zaplanowane działanie, czy też decyzję
podjęto już w trakcie akcji? Kto był bezpośrednim sprawcą
masowego zabójstwa? Wendrowski, kluczowa osoba w całej
operacji, na prawdopodobnych sprawców odpowiedzialnych za
rozkaz zabicia żołnierzy "Bartka" wskazywał swych
przełożonych – wiceministra Romana Romkowskiego oraz kierownika
Wydziału III Departamentu III MBP mjr. Władysława Śliwę, a
szefostwo WUBP w Katowicach (w tym szczególnie zastępcę
szefa WUBP kpt. Marka Finka) odpowiedzialnych za wykonanie akcji.
Przy rozpatrywaniu
odpowiedzialności kierownictwa WUBP warto wspomnieć o dokonanej
przy współudziale Wendrowskiego na początku sierpnia 1946 r.
likwidacji grupki ośmiu "spalonych" żołnierzy z
Rzeszowszczyzny. Podając się za "kpt. Lawinę z Centrali"
funkcjonariusz UB polecił im dokonanie przerzutu na ziemie
zachodnie. Za stronę organizacyjną tej akcji odpowiadał WUBP w
Katowicach, choć Wendrowski również zajmował się stroną
techniczną działań, m.in. przygotowaniem samochodów do
transportu. W tym przypadku nie dokonano fizycznej likwidacji całej
grupy (zastrzelono "tylko" stawiających opór), lecz
"jedynie" aresztowań w majątku WUBP koło Nysy, z
ofiarami śmiertelnymi niejako "przy okazji". W ten sam
sposób, bez fizycznej eksterminacji ludzi – jeśli wierzyć
późniejszym zeznaniom Wendrowskiego – miała przebiegać
likwidacja zgrupowania "Bartka".
Warto zwrócić uwagę,
że w czasie stosunkowo niewielkiej akcji przerzutu żołnierzy z
Rzeszowszczyzny Wendrowski zajmował się także bezpośrednio
organizowaniem i stroną techniczną transportu. Mało wiarygodne
wydają się więc jego zeznania, że w trakcie operacji ze
zgrupowaniem "Bartka" "nie został – jak zeznawał –
poinformowany o miejscu, terminie i sposobie likwidacji", tym
bardziej że jego wyjaśnienia składane w latach dziewięćdziesiątych
nie potwierdzają się w konfrontacji ze źródłami z roku
1946.

Nie ulega wątpliwości, że
w przebieg gry operacyjnej bezpośrednio zaangażowany był
wiceminister Romkowski, który wydawał dyspozycje w sprawach
pośrednio związanych z samą likwidacją zgrupowania.
Charakterystyczny jest fakt, że w kwestii odpowiedzialności za
przeprowadzoną akcję Wendrowski nie wskazał na płk. Józefa
Czaplickiego, ówczesnego dyrektora Departamentu III MBP, który
– jak wiadomo – polecił mu nawiązanie kontaktu ze zgrupowaniem
"Bartka". Wendrowski niejednokrotnie kontaktował się z
Czaplickim latem 1946 r. podczas pobytów w Warszawie,
studiując m.in. schematy organizacyjne struktur podziemnych. Z
drugiej jednak strony znane do tej pory źródła nie
upoważniają do postawienia tezy, że Wendrowski czy też Czaplicki
byli bezpośrednio odpowiedzialni za masowe zabójstwo
żołnierzy "Bartka".
Niewykluczona jest wersja,
że decyzja o ich zamordowaniu, mogła zostać podjęta w ostatniej
chwili i była sprzeczna z przygotowanym wcześniej „Planem
likwidacji »B «”. Kto ją podjął – nadal nie wiadomo.

Na Opolszczyźnie wytypowano
trzy miejsca, gdzie mogą znajdować się zbiorowe mogiły żołnierzy
ze zgrupowania „Bartka”. Prokurator IPN-u Przemysław Piątek
zamierza sięgnąć do teledetekcji oraz fotogrametrii, by odczytać
zdjęcia lotnicze tego terenu i zrekonstruować jego wcześniejszy
układ. Potem wykorzysta georadar do zbadania gruntu. Dwie mogiły
mogą się znajdować na terenie dawnego folwarku niemieckiego.

Prokurator Piątek prowadzi
trzy śledztwa w tej zagadkowej sprawie. Jedno dotyczy wymordowania
żołnierzy „Bartka”, drugie – przestępstw śledczych, którymi
objęto pozostałych na Podbeskidziu partyzantów, a trzecie –
podżegania i pomagania przy zabójstwie Henryka Flame, który
zastrzelony został przez milicjanta 1 grudnia 1947 roku w
restauracji w Zabrzegu. Sprawcę sąd uznał za niepoczytalnego i
umieści w szpitalu psychiatrycznym. Stamtąd wkrótce wyszedł
i pracował w milicji na Opolszczyźnie. Podobno wpadł pod pociąg w
Czechowicach-Dziedzicach i podobno nie był to przypadek.

Na liście pokrzywdzonych
jest na razie 30 żołnierzy ze zgrupowania „Bartka”. On sam
mówił, że stracił 90 ludzi, którzy gdzieś
przepadli. Czy ktoś odpowie za tę śmierć? Wendrowski nie żyje,
podobnie jak agent UB Czesław Krupowies, który też wszedł w
struktury podziemia. Prokurator Piątek próbuje dotrzeć do
pracowników represyjnego Wojskowego Sądu Rejonowego w
Katowicach, który wydawał wyroki w sprawach politycznych i
m.in. umorzył sprawę zabójcy „Bartka”. Jego zdaniem
zabójca bezprawnie uniknął odpowiedzialności karnej.
Historycy i prokuratorzy
katowickiego IPN-u są coraz bliżej prawdy.

Opracowano na podstawie:
Tomasz Kurpierz, Likwidacja zgrupowania Narodowych Sił Zbrojnych
Henryka Flamego „Bartka” w 1946 roku – próba
rekonstrukcji działań aparatu bezpieczeństwa,
[w:] "Pamięć i
Sprawiedliwość", nr 1(5), warszawa 2004.

OPERACJA "LAWINA" – część 1>

Anglojęzyczna wersja tekstu (na stronie www.doomedsoldiers.com):
Operation "Avalanche", The UB Murder Without A Precedence. Annihilation of the NZS Armed Underground Units under command of Captain Henryk Flame "Bartek".>

Strona główna>