Ostatnia walka ppor. "Żelaznego" – część 2


Edward Taraszkiewicz "Żelazny".

Dotychczasowy przebieg wydarzeń jest odtworzeniem zeznań Józefa Domańskiego „Łukasza” oraz występujących na jego procesie w roli świadków członków komisji budowlanej. A tak o tym, co działo się dalej, mówi fragment aktu oskarżenia przeciwko Józefowi Domańskiemu „Łukaszowi”, Reginie Ozga „Lilce” (łączniczka oddziału) oraz Stanisławowi Marciniakowi „Niewinnemu”. Ten ostatni nie uczestniczył w tej akcji, gdyż do grupy „Żelaznego” dołączył dopiero 13 września 1951 roku.
„…po czym bandyci, „Żelazny” i Torbicz wsiedli do osobowej skody, zaś Domański wsiadł z członkami komisji celem pilnowania ich i pojechali naprzód, do miejscowości Dominiczyn, gdzie „Żelazny” i Torbicz wskoczyli do mieszkania ob. Hutkowskiego Stanisława, przewodniczącego spółdzielni produkcyjnej, którego zamordowali, następnie udali się w dalszą drogę do zabudowań ob. Tomaszewskiego Hipolita, członka PZPR, którego nie zastali w domu. Udali się więc na jego poszukiwanie. Ob. Tomaszewskiego spotkali w drodze na wozie z nawozem. Wówczas „Żelazny” zatrzymał samochód, którym jechali i przywołał do siebie Tomaszewskiego. Następnie zapytał go jak się pracuje, a gdy ten odpowiedział, że dobrze, zapytał go z kolei o nazwisko, a usłyszawszy odpowiedź, wystrzałem z pistoletu powalił go na ziemię. W tym momencie Domański z polecenia „Żelaznego” dostrzelił Tomaszewskiego.
Stamtąd z kolei bandyci udali się do Woli Wereszczyńskiej, gdzie za wychowywanie dzieci w duchu miłości do Polski Ludowej, Torbicz i „Żelazny” pobili nauczycielki tamtejszej szkoły Szulc Danutę i Litwińczuk Krystynę. Następnie celem utrudnienia pościgu zdemolowali pocztę niszcząc aparat telefoniczny i przecinając przewody. Po czym odjechali do wsi Lejno, gdzie zamordowali strzałem w tył głowy ob. Skoczylasa, sołtysa tamtejszej wioski, a następnie do wsi Komarówka, gdzie zabili ob. Kosińskiego Józefa, członka PZPR. Po dokonaniu tego piątego zabójstwa, obydwa samochody oraz ich pasażerowie zostali zwolnieni.”

Po likwidacji Czugały, przez całe lato tylko z konieczności wychodzili w teren. Przez wszystkie pozostałe tygodnie i miesiące ich wolności, czuli i wiedzieli, na podstawie meldunków zaufanych informatorów oraz „kwatermistrzów”, że władza postanowiła za wszelką cenę, bez względu na rozmiary poszukiwań i koszty, zniszczyć sprawców tej spektakularnej akcji, ci jednak, jak na razie, pozostawali nieuchwytni.
Ale czy nieznani? To mało prawdopodobne. Zeznania pasażerów obydwu pojazdów, pozwalały odtworzyć dokładny rysopis przywódcy grupy, wiedziano, że tak dużą i krwawą akcję mógł przeprowadzić tylko „Żelazny” lub „Wiktor” – rysopisy obydwu dobrze były znane ich przeciwnikom, choć już dzisiaj wiadomo, że UB nie posiadała żadnych zdjęć „Żelaznego”, aż do jego śmierci.

Stanisław Kuchcewicz "Wiktor". Dowódca patrolu w oddziale kpt. "Uskoka". Zginał w 1953 r.

A jednak ówczesna prasa lokalna, a także krajowa, na razie nie próbowały konkretyzować sprawców akcji z 29 maja 1951 roku. Przemawiający nad grobem Ludwika Czugały Paweł Dąbek, również zasłużony utrwalacz władzy ludowej, powiedział pompatycznie, lecz ogólnikowo i w duchu ówczesnej frazeologii politycznej:
„…Kula agentów amerykańskiego imperializmu ugodziła Go, gdy Lubelszczyzna złożyła 1.200 tysięcy podpisów pod Apelem Światowej Rady Pokoju…”.

Nasuwa się pytanie, czy Ludwik Czugała musiał zginąć z rąk „Żelaznego”. Jeżeli rozważyć skutek tego zabójstwa, to trzeba się zgodzić ze stwierdzeniem, iż był to krok wysoce nierozważny, bo prowokujący maksymalne uaktywnienie całego aparatu represji w tym regionie. Celując w głowę Czugały, „Żelazny” miał zapewne pełną świadomość piekła, jakie rozpęta się w następstwie tego wystrzału. A jednak spust nacisnął… Chyba jednak nie po to, by region i cała Polska ponownie usłyszeć miały o jego „Podziemnej Armii”, jak nazywał swój oddział, tę swoją niewielką grupę niezłomnych oraz jej współpracowników. Wzgląd na rozgłos, na spektakularność tego zabójstwa, niewątpliwie odegrał niemałą, lecz nie jedyną rolę w podjęciu tej decyzji przez „Żelaznego”. Można przypuszczać, że stając twarzą w twarz z Czugałą, „Żelazny” stawał naprzeciw całego znienawidzonego systemu, którego wybitnym przedstawicielem, budowniczym i entuzjastą, był stojący właśnie przed nim przewodniczący. Kiedy on, „Żelazny”, przez sześć lat walczył i ukrywał się jak szczur, to stojący przed nim człowiek, w tym momencie całkowicie zdany na jego łaskę, był butnym przedstawicielem komunistycznej administracji, desygnowanym na to stanowisko przez nowego okupanta.

Zima 1945/1946 r. Od lewej: "Żelazny", Zdzisław Kogut (Kogutowski) "Ryś" (poległ podczas tzw. Krwawej Wigilii, 24 XII 1946 r.

Przez sześć lat w dość sporadycznie przez siebie czytanej prasie regionu, głównie „Sztandarze Ludu”, „Żelazny” i jego ludzie raz po raz znajdowali artykuły i reportaże mówiące o wybitnej roli tego działacza w utrwalaniu władzy ludowej, budowie zrębów demokracji – by posłużyć się ówczesną frazeologią. Tego zaś dnia przybył on osobiście we Włodawskie, aby zakładać znienawidzone „kołchozy”, czyli spółdzielnie produkcyjne – synonimy sowietyzacji wsi.
Więc strzelił. Nie tylko do Czugały, lecz również – przez jego osobę – do owego znienawidzonego systemu. Do przedstawiciela okupantów. Świadomego, ideowego, wykształconego, a mimo to zaprzedanego ludziom zniewalającym ten kraj. „Ciemniakom” z komisji budowlanej przebaczył. Zatrzymanym wśród pasażerów, członkom PZPR, nie uczynił żadnej krzywdy.

Przy okazji rozprawił się ze swoimi czterema prześladowcami, których od dawna zamierzał zlikwidować. Ich agenturalna działalność była śmiertelnym zagrożeniem dla oddziału, a mimo to byli kilkakrotnie ostrzegani by zakończyli swoją działalność. Jak wspominają żyjący jeszcze żołnierze „Jastrzębia” i „Żelaznego”, szczególne „względy” miał w tej czwórce Tomaszewski, który kilka lat wcześniej współpracował z oddziałem i był kolegą E. Taraszkiewicza. Był wielokrotnie upominany i ostrzegany, najpierw za pospolity bandytyzm, a następnie za podjęcie współpracy agenturalnej. Nic to nie dało, a że w warunkach wojennych zdrada karana jest śmiercią, skończyło się to tak, jak musiało się skończyć.
Piątym do likwidacji miał być Adam Chudziak, sprawca śmierci kilku żołnierzy oddziału, na którego „Żelazny” czyhał od dawna, ale tego dnia było im do niego nie „po drodze” i tym samym uniknął śmierci. Jednak pamięć o jego „dokonaniach” była tak żywa wśród okolicznych mieszkańców, że – jak wspominają niektórzy – przez kilkadziesiąt lat, aż do śmierci spał z siekierą przy łóżku.
Nauczycielki wychowujące dzieci „w duchu miłości Polski Ludowej” otrzymały tylko kije. W sumie więc ten krwawy dzień nie był dzikim, bandyckim wyczynem bezmyślnego watażki żądnego kr
wi. Mieścił się w etosie jego walki. Sumował dorobek tej walki. Stawiał krwawą kropkę nad krwawym „i”, „krew za krew” jak powiedział Kosińskiemu. Cztery miesiące później UB i KBW „postawią” na jego piersi (dokładnie to widać na załączonych pośmiertnych fotografiach) – tę jedyną ostatnią kropkę…

„Żelazny” zapewne wiedział, jaką lawinę uruchomi naciskając spust, jednak w najśmielszych wyobrażeniach nie mógł przypuszczać jak wielką.
Wydarzenia z 29 maja 1951 r. nadały nową dynamikę pracy funkcjonariuszy PUBP we Włodawie i Wydziału III WUBP w Lublinie, bowiem odtąd „Żelazny” i jego grupa stali się „celem numer jeden” pracy operacyjnej prowadzonej przeciw pozostałościom lubelskiego podziemia. Na mocy decyzji dyrektora departamentu III MBP płka J. Czaplickiego już 30 maja 1951 r. powołana została specjalna grupa operacyjna „Włodawa”, której celem było rozpracowanie i zlikwidowanie grupy Edwarda Taraszkiewicza. Na jej czele stanął wicedyrektor departamentu III płk S. Wolański. Ponadto w jej skład weszli: starszy inspektor departamentu śledczego mjr Szymański, naczelnik Wydziału III WUBP w Lublinie mjr Jan Wołkow, który odpowiadał za pracę operacyjną oraz kierownik sekcji departamentu III por. Chmielewski.

Naczelnik Wydziału III WUBP w Lublinie mjr Jan Wołkow.

Sprawę istotnie traktowano jako priorytetową, gdyż szefowie WUBP z Poznania, Bydgoszczy, Łodzi, Wrocławia i Krakowa mieli oddelegować do pomocy wspomnianej grupie po 2 pracowników z wydziałów: I, III, IV i V, natomiast dyrektor departamentu śledczego MBP miał w myśl tego planu przekazać dodatkowo 20 oficerów śledczych. Z Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie przybył osobiście we Włodawskie, „wsławiony” m.in. walką ze zgrupowaniem mjr. Józefa Kurasia „Ognia” na Podhalu, oddziałem Tadeusza Zielińskiego „Igły” na Kielecczyźnie, oraz późniejszy sprawca wytropienia i likwidacji ppor. Stanisława Marchewki ps. Ryba” na Białostocczyźnie, sam naczelnik Wydziału III do Walki z Bandytyzmem, mjr Stanisław Wałach, późniejszy literat, autor paszkwilanckich książek na temat niepodległościowego podziemia: „Był w Polsce czas…” i „Świadectwo tamtym dniom…”. Wraz z nim przyjechał jego zastępca, wcześniejszy z-ca naczelnika Wydziału III WUBP w Lublinie, por. Tadeusz Chachaj, który niedługo później miał się zająć rozpracowaniem najbliższych współpracowników oddziału, Tadeusza Krzyżanowskiego i Stanisława Kaszczuka. W istocie, musiał być „Żelazny” straszliwym cierniem w ciele aparatu represji, a jednocześnie niebywale trudnym przeciwnikiem, jeżeli jego rozpracowaniem i likwidacją zajęły się takie „gwiazdy”.

Naczelnik Wydziału III WUBP w Krakowie, mjr Stanisław Wałach, oddelegowany we Włodawskie do rozpracowania grupy ppor. "Żelaznego".

Ponadto płk Anatol Fejgin miał oddelegować pięciu funkcjonariuszy biura specjalnego do przyśpieszenia rozpracowania krypt. „Smuga”, w ramach którego próbowano wykryć członków PZPR lub funkcjonariuszy MO, którzy mogliby współpracować z „Żelaznym”. Nie ma na to stuprocentowych dowodów, ale z zeznań Józefa Domańskiego „Łukasza” wiadomo, że na przełomie sierpnia i września 1950 r. „Żelazny” i „Kazik” byli we Włodawie, lecz nie wiadomo w jakim celu, więc być może podejrzenia płk. Fejgina nie były takie bardzo bezpodstawne.
A tak o tej wizycie zeznawał „Łukasz”:
„[…] Ponadto „Kazik” opowiadał mi, że on chodził z „Żelaznym” wieczorem po Włodawie i widzieli również oficerów chodzących po mieście, ale nikt ich nie zatrzymywał, gdyż byli ubrani w cywilne płaszcze i spod nich nie było widać broni. Nadmienił on również, że mogliby oni podejść pod Urząd Bezpieczeństwa i z automatów dać ognia do wychodzących z Urzędu, tylko nie chcieli robić szumu i dlatego nie podeszli by dokonać zamierzonego czynu. Poza tym nic więcej nie opowiadał „Kazik” gdzie był z „Żelaznym” przez ten czas i co robili […]”.

Grupa operacyjna przejęła całą sieć agenturalną PUBP Włodawa i WUBP Lublin, i rozpoczęła z nią intensywną pracę celem rozpracowania grupy Edwarda Taraszkiewicza. Rozpoczęto również werbunek nowych informatorów spośród ludzi powiązanych z „Żelaznym”, a także prowadzono śledztwa w stosunku do osób zatrzymanych podczas działań KBW w celu uzyskania ewentualnych „wyjść” na ciągle aktywnych członków podziemia. Wśród wielu czynności operacyjnych, jednym z najważniejszych poleceń płk. Czaplickiego było uaktywnienie rozpracowania poprzez informatora o kryptonimie „Werba”. Pod tym pseudonimem występował działacz Stronnictwa Narodowego, żołnierz AK Tadeusz Topolski, s. Stanisława ur. 15 X 1912 r. w Horodle, pow. Hrubieszów. W 1951 r. był on zatrudniony w Oddziale CRS SCH w Lublinie w charakterze inspektora młynarskiego. Do jego zadań należało kontrolowanie znacjonalizowanych młynów na terenie całego województwa lubelskiego, dzięki czemu miał wyjątkową swobodę w poruszaniu się po terenie województwa bez wzbudzania podejrzeń, dzięki czemu był idealnym kandydatem do wykonania zadania jakie powierzyli mu funkcjonariusze wydziału III WUBP w Lublinie.
Poza tym, wydział I departamentu III MBP otrzymał zadanie uaktywnienia rozpracowania rodziny „Żelaznego” przebywającej na terenie województwa gdańskiego.

Grupa operacyjna „W” została wzmocniona jednostkami KBW, nad którymi objął dowództwo Szef Oddziału I Sztabu KBW ppłk Tomaszewski. Do akcji skierowano trzy bataliony KBW (2 działające na północy powiatu i 1 na południu), które miały „intensywnym działaniem stwarzającym pozory wielkiego nasycenia wojsk zmusić bandę do opuszczenia niedogodnych obszarów leśnych Parczew, włodawskie lasy i lasy Sawicz [powinno być Sawin], po czym zmasowanym nalotem na wytypowane meliny doprowadzić do nawiązania kontaktu bojowego z bandą celem ujęcia żywcem lub jej likwidacji.”
Dodatkowo, aby zabezpieczyć się przed ewentualnymi przeciekami, postanowiono z dniem 22 czerwca 1951 r. przenieść wszystkich pracowników operacyjnych i gospodarczych PUBP we Włodawie na inny teren, natomiast na czele urzędu postawić starszego referenta Departamentu III MBP por. Tadeusza Odrobinę. Jego zastępcą został mianowany były zastępca szefa PUBP w Lublinie por. Kaczmarzyk. Pracowników operacyjnych mieli zastąpić absolwenci rocznej szkoły MBP.

Plan ten wszedł do realizacji 21 czerwca 1951 r. Po analizie materiałów zgromadzonych w wydziale III WUBP w Lublinie i w PUBP Włodawa utworzono osiem grup operacyjnych w sile 8 funkcjonariuszy (6 operacyjnych i dwóch śledczych każda), które ulokowano we wszystkich gminnych posterunkach na terenie powiatu włodawskiego. Podjęto w pierwszym okresie 75 informatorów PUBP Włodawa i wydziału III WUBP w Lublinie, 55 wyeliminowanych z sieci w latach 1945-1950 oraz 242 kontakty poufne. W sumie, jak wynika z powyższego zestawienia grupę „Żelaznego” w okresie od 21 czerwca do 25 sierpnia rozpracowywało 372 informatorów w tym dwóch będących na stanie
wydziału III WUBP w Lublinie: „Werba” i „Pieprzyk”. Po przeprowadzeniu analizy przejętych informatorów pod kątem ich dalszych możliwości odnośnie rozpracowania grupy „Żelaznego” stwierdzono, „że większość to rozszyfrowani informatorzy nie mając możliwości ani chęci pracować”.

Ostatnia walka ppor. "Żelaznego" – część 3>