Ostatnia walka ppor. "Żelaznego" – część 3

W omawianym okresie …

W omawianym okresie sprawozdawczym odbyto z agenturą 1080 spotkań, z których otrzymano 726 doniesień, z czego 78 cennych. Podjęto pod rozpracowanie 113 figurantów, w przeważającej większości byłych żołnierzy AK i WIN. Po dokonaniu analizy całości zebranego materiału, a zwłaszcza wszystkich doniesień, postanowiono rozpracowanie grupy „Żelaznego” realizować w trzech kierunkach. Poprzez agenta „Jabłońskiego” (Wacław Topolski, brat Tadeusza, TW ps. „Werba”, wytrawny agent, który rok wcześniej doprowadził do rozpracowania i likwidacji grupy Adama Kusza „Garbatego” w Lasach Janowskich) podjęto rozpracowanie Marii Wagnerowej, która, posiadała kontakty z grupą „Żelaznego” – za pośrednictwem dziewczyny o imieniu Regina. Kolejnym kierunkiem było działanie przez agentów „Werbę”, „Pieprzyka” i „Marka”, za pomocą których chciano przeprowadzić prowokację mającą inspirować istnienie nielegalnego ośrodka dyspozycyjnego. Poszczególne grupy operacyjne miały rozpracować pojedynczych partyzantów, którzy ukrywali się na terenie powiatu włodawskiego i wykorzystanie ich pod kątem ewentualnego nawiązania kontaktu z grupą „Żelaznego”.

Od lewej: "Żelazny", Mieczysław Małecki "Sokół" (poległ w Hańsku, 11 X 1947 r.)

Wariant pierwszy prowadzonego rozpracowania uznano za najlepszy. Według majora Jana Wołkowa miał on największą perspektywę powodzenia. Aby wyciągnąć partyzantów z melin podjęto decyzję o przerwaniu masowych działań wojskowych w terenie, jednak jednostki KBW nadal miały być trzymane w odwodzie. Manewr ten miał uśpić czujność partyzantów. Ocena mjr. Wołkowa okazała się trafna. Odkąd działania resortu skupiły się na jego realizacji, rozpracowanie „Żelaznego” nabrało innego tempa.
Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie dość przypadkowo wpadł na trop łączniczki „Żelaznego” o imieniu Regina. Informator „Werba” uzyskał od swego brata Wacława, TW ps. „Jabłoński” informację, że, gdy będzie na terenie powiatu włodawskiego i będzie miał trudności z partyzantami, to niech używa hasła „Rysia”. Pod tym imieniem kryła się właśnie łączniczka „Żelaznego” Regina Ozga. Ponowne informacje o łączniczce agent uzyskał od mieszkanki Lublina – swojej bliskiej znajomej Marii Wagnerowej, która powiedziała mu, że u niej bywa od czasu do czasu „Rysia”, która zna się z „Żelaznym”. Udało mu się ustalić wcześniej, że „Rysia” mieszka na pograniczu powiatu chełmskiego i włodawskiego oraz, że pracuje w Gminnej Radzie Narodowej. Od tego momentu rozpracowanie łączniczki „Żelaznego” stało się priorytetem w działaniach operacyjnych WUBP. Agent „Jabłoński” został przekazany na kontakt szefa WUBP w Lublinie płk. Krupskiego, który już 7 lipca przyjął od niego kolejne doniesienie poszerzające informacje o „Rysi” i jej kontaktach z „Żelaznym”. W następnym doniesieniu z 11 lipca agent „Jabłoński”, zgodnie z sugestią oficera prowadzącego, napomknął Wagnerowej, że mógłby pomóc wyrobić „Żelaznemu” i jego ludziom dokumenty.

Szef WUBP w Lublinie, płk Mikołaj Krupski.

Nazwisko i adres „Rysi” oraz jej rodziny ustalił 9 lipca 1951 roku starszy referent sekcji I Wydziału III, ppor. K. Pawłowicz. 21 lipca jego ustalenia potwierdził agent „Jabłoński”, któremu Wagnerowa pokazała list od Reginy. Pisała ona w nim, że:
„po ostatnich wypadkach u nas, sytuacja jest taka, jakby wsadził kij w mrowisko. Wujek [chodzi o „Żelaznego”] czuje się źle, choruje na wrzody. Mnie jest też ciężko, możeby ciocia postarała się o jakąś pracę dla mnie w Lublinie. Przyjadę do cioci około pierwszego. Wujek chce sprzedać zegarek, bo nie ma z czego żyć. Życzliwa Regina”.
W liście tym bardzo ciekawe jest ostatnie zdanie, w którym Regina Ozga pisze, że „Żelazny” chce sprzedać zegarek, bo nie ma z czego żyć. Podważa ono, przez lata tworzoną przez komunistów czarną legendę „Żelaznego”, jakoby miał to być bandyta i złodziej bez skrupułów, rabujący wszędzie i co tylko chciał. Trudno też na poważnie brać wymysły o rzekomym złocie „poukrywanym u kochanek”.

Po wyjściu na ten ślad praca operacyjna zaczęła posuwać się dość szybko. Wprawdzie prowadzono jeszcze równolegle rozpracowanie w innym kierunku, jak na przykład zorganizowanie wyjazdu „Żelaznego” i jego ludzi na Ziemie Odzyskane, jednak tego wątku nie udało się zrealizować i rozpracowanie łączniczki stało się najważniejszą nicią, która miała doprowadzić do likwidacji patrolu.
15 września 1951 r. agent „Jabłoński” poinformował prowadzącego, że w dniu 11 i 12 września spotkał się z Wagnerową i przekonał ją by wybrała się do Reginy. Z dalszej części doniesienia wynika, że Wagnerowa pojechała do miejscowości Jagodno i spotkała się z Reginą. Treść prowadzonej tam rozmowy agent przedstawiał następująco:
„Przez trzy godziny rozmawiała z „R”, której przedstawiła cel swego przyjazdu. Ob. W – przedstawiła sytuację tak, jak umówiliśmy się, to znaczy, że przygotowała dla R posadę w Lublinie, że ten u którego ma pracować dotychczas nie przyjął nikogo i w dalszym ciągu czeka na nią. Chodzi tu o poważne sprawy, o których dowie się osobiście od tego, który na nią czeka. Temu człowiekowi musi bezwzględnie zaufać. W odpowiedzi na to „R” wyraziła wdzięczność za troskę o nią, oświadczając, ze w sobotę nie może jechać do Lublina, ponieważ ten dzień ma umówione spotkanie z „Ż”. Musi przejechać 42 klm, rowerem i 6 klm pieszo, ponieważ te 6 klm to taki piach, że rowerem nie przejedzie. Od „Ż” wróci w niedzielę wieczorem, a w poniedziałek wieczorem przyjedzie do Lublina.”

Informacja o trasie pokonywanej z Jagodna do kwatery „Żelaznego” już wkrótce okazała się mieć zasadnicze znaczenie przy „namierzaniu” jego kryjówki. WUBP zależało bardzo na podtrzymaniu kontaktu z łączniczką „Żelaznego”, gdyż od połowy września 1951 r. była to jedyna nić, która mogła doprowadzić do likwidacji grupy, gdy kombinacja operacyjna z udziałem informatora „Werby” nie doszła do skutku.
11 września 1951 r. UB otrzymało doniesienie agenturalne o pobycie w zabudowaniach Filipków w Zamołodyczach, współpracujących z „Żelaznym”, partyzantów z grupy Stanisława Kuchcewicza „Wiktora”. O godzinie 17:30 przystąpiono do działań. Akcję rozpoczęła przebywającą 4 km od Zamołodycz grupa operacyjna, która po dotarciu do wsi okrążyła zabudowania Filipka oraz dwóch innych rodzin, które znajdowały się w pobliżu. W trakcie starcia polegli Karol Mielniczuk „Wacek”, „Jeleń” i Bronisław Wojciechowski „Leszek”, zginął także jeden żołnierz KBW. Przy zabitym Karolu Mielniczuku znaleziono m.in. dwucyfrowy szyfr i klucz do niego, pisany przez „Żelaznego” oraz wykaz siedmiu partyzantów z grupy Mielniczuka, a także dwa adresy: Kaszczuk Stanisław, zam. Zbereże, gm. So
bibór, pow. Włodawa oraz Mieczysław Wiśniewski, zam. Makoszka, gm. Dębowa Kłoda, pow. Włodawa. Pierścień wokół „Żelaznego”, o czym niestety nie wiedział, coraz bardziej się zaciskał.

21 września 1951 roku „Jabłoński” pierwszy raz spotkał w mieszkaniu swojej przyjaciółki Wagnerowej Reginę Ozgę. W dniu następnym, zgodnie z otrzymaną instrukcją, agent w towarzystwie Wagnerowej i Reginy wyjechał do Jagodna. Tam Wagnerowa poinformowała go m.in.
„że w czasie ostatniego pobytu „R” u „Ż” zapadła decyzja, że „Ż” bezwzględnie wyjedzie z tego terenu przy pomocy przygotowanych dokumentów. Przed tym jednak musi zdobyć trochę gotówki, potrzebnej mu na kupno ubrań cywilnych dla niego i swoich kolegów. […] opierając się na tym, że R przybyła drogę do „Ż” czterdzieści kilka km., a następnie doszła do Chełma i stąd przyjechała do Lublina należy przypuszczać, że „Ż” przebywa obecnie w pobliżu Chełma […].”
WUBP w Lublinie otrzymało dzięki temu doniesieniu kolejny sygnał o lokalizacji kryjówki partyzantów. Wystarczyło wziąć mapę i zakreślić koło czterdziestu kilku kilometrów od miejscowości Jagodno. W dalszej części doniesienia agent informował, że „w chwili obecnej razem z „Ż” jest 4-ch ludzi. Przyłączył się do nich kolega „Ż” z Gdańska, o którym wspominałem w poprzednim moim meldunku. Osobnik ten, wg. jego opowiadania był zatrzymany przez UB w Gdańsku, został całkowicie rozpoznany i pomimo to, po 3 tygodniach zwolniony. Z obawy przed ponownym aresztowaniem, przyjechał do „Ż” i jest obecnie razem.”

Wacław Topolski, agent UB o pseudonimie "Jabłoński", główny sprawca namierzenia i w efekcie likwidacji ppor. "Żelaznego"

Czwartym z partyzantów, który dołączył do „Żelaznego” był Stanisław Marciniak „Niewinny”, który usiłował żyć legalnie na terenie Płocka, ale zainteresowali się nim funkcjonariusze PUBP. Został aresztowany i po kilku dniach zwolniony. Obawiając się ponownego aresztowania uciekł na teren powiatu włodawskiego i we wrześniu 1951 roku dołączył do grupy „Żelaznego”.

Legitymacja WiN Reginy Ozgi ps. "Lilka". Widoczny podpis komendanta oddziału.

W doniesieniu z 5 października agent „Jabłoński” meldował oficerowi prowadzącemu, że rozmawiał z Reginą w dniu 2 i 3 bm. Uzyskał od niej informację, że chce się ona zwolnić w sobotę 6 października, gdyż zamierza pojechać do domu, natomiast 20 października chce wyjechać do „chłopców”. 6 października rano Regina wraz ze swoim bratem wyjechała do Jagodna. Nie wiadomo, gdzie została aresztowana, ale wszystko wskazuje, że zatrzymano ją jeszcze na terenie Lublina, prawdopodobnie na dworcu. Wraz z nią zatrzymano jej brata. 6 października zatrzymano również jej rodziców. 9 października funkcjonariusze WUBP w Lublinie zatrzymali Wagnerową, natomiast będącego u niej z wizytą agenta „Jabłońskiego” po wylegitymowaniu zwolnili.

W tym samym czasie ppor. „Żelazny” i jego ludzie, wiedząc, że teren jest nasycony wojskiem, myląc pościgi, zmieniali ciągle miejsca postoju, by w końcu trafić do Pawła Mazurka „Spokojnego” w Macoszynie Dużym. Kwaterę tę opuścili dokładnie 30 września wieczorem. Właśnie na kwaterze u Mazurka, dołączył do nich, wspomniany wyżej, Stanisław Marciniak ps. „Niewinny”. Poprzez stare kontakty, bez większych przeszkód wszedł na trop Józefa Domańskiego „Łukasza”, swojego kolegi z oddziału Józefa Struga „Ordona”. Spotkanie z nim i pozostałymi członkami grupy nastąpiło w dniu 13 IX 1951 r.. „Niewinny” był doświadczonym konspiratorem i partyzantem, który już od jesieni 1945 roku walczył w oddziale Józefa Struga „Ordona”. W dniu 11 kwietnia 1947 r. „Żelazny” „wypożyczył” od „Ordona” kilku jego partyzantów i wspólnymi siłami urządzili w okolicach Białki zasadzkę na samochód UB wiozący funkcjonariuszy UB-KBW. Poległ wtedy słynny na tych terenach por. UB Adolf Konasiuk, a po zatrzymaniu wiozącego ich samochodu „Żelazny” rozstrzelał byłego członka oddziału „Jastrzębia” – Antoniego Kowalczyka ps. „Huragan”, który po ujawnieniu rozpoczął współpracę z UB i jechał wraz z grupą operacyjną w celu wskazania bunkrów z bronią. W akcji tej uczestniczył również „Niewinny”.

1947 r. Część oddziału Józef Struga "Ordona". Od lewej siedzą Ludwik Smydke "Czarny Jurek", Stanisław Marciniak "Niewinny", Eugeniusz Harasimowicz "Ryś", Stefan Dziubiński, Józef Strug "Ordon". Poniżej siedzi Serafin Kamilewicz "Wydra", leży: N.N.

W ciągu tych brzemiennych w skutki trzech tygodni ponownej konspiracji, „Niewinny” zdążył znaleźć się z grupą również na kwaterze u Antoniego Jezierskiego ps. „Lis”, „Chytry”. Trudno ustalić, czy stało się to przed, czy po wyjściu od Mazurka owego wieczoru – 30 września 1951 r. Stanisław Kaszczuk ps. „Daleki” obecnie nie może przypomnieć sobie dokładnej daty przybycia do niego „Żelaznego” i jego ludzi [faktycznie grupa pojawiła się 1 X 1951 r. wieczorem], stwierdza jednak, że przebywali u niego około pięciu dni, choć zaraz po przyjściu, komendant – jak do dziś tytułuje „Żelaznego” – zapewnił go, że zatrzymają się do czasu otrzymania przesyłki pocztowej. Miała ona nadejść być może już następnego dnia i jak zwykle na nazwisko Stanisława Kaszczuka. Miały być tam m.in. lekarstwa, zwłaszcza penicylina, pigułki przeciwko przeziębieniu, bandaże, strzykawki.
„Daleki” nie ukrywał wówczas zaskoczenia i obaw z powodu obecności czwartego, czyli „Niewinnego”, którego nie znał i nic o nim nie słyszał. Zaakceptował go jednak, gdyż komendant zarekomendował przybysza jako członka oddziału i „pewniaka”.
W zabudowaniach Kaszczuków w kolonii Zbereże nad Bugiem (pow. Włodawa) pojawili się późnym wieczorem, w poniedziałek 1 października 1951 r. i od razu udali się do stodoły. Zwykle robili z pionowo ustawionych snopków coś w rodzaju niewielkiej izby, a kilka poprzecznie ułożonych desek przykrytych snopkami, zastępowało „sufit” takiego schronienia. To chroniło przed zimnem, a ponadto zasłaniało przed przygodnym spojrzeniem z klepiska lub wrót stodoły.
Tej nocy nie zabrali do stodoły pożywienia na następny dzień, jak to zwykle czynili tu oraz na innych kwaterach. Było na to za późno. Zresztą u Kaszczuków nie zawsze przestrzegali tej zasady. Zabudowania Bolesława Kowalskiego, jedynego w tej nadbużańskiej głuszy sąsiada Kaszczuków, znajdowały się w odległości ponad 300 metrów i potrzeba było naprawdę dobrego wzroku lub lornetki, aby z tej odległości odróżnić kogoś z domowników od sylwetki obcego.

Noc i następny dzień minęły spokojnie. We wtorek wieczorem, kiedy lokatorzy stodoły przeszli do mieszkania, „Daleki” powiadomił ich, że przesyłka jeszcze nie nadeszła. Pojawiali się w domu, kiedy już spał niewygodny dla takich gości świadek, a mianowicie dziewięcioletni Aleksander, najmłodszy syn Ka
szczuków, który „wujka Niewiadowskiego” – jak w jego obecności tytułowano „Żelaznego” – widywał w gospodarstwie, ale nigdy z bronią.

Ostatnia walka ppor. "Żelaznego" – część 4>