Ostatni niezłomny – Józef Franczak ps. "Lalek" – część 3

Lista Franczaka
W 1959 r. Danuta Mazur
urodziła syna. Nie mogła się przyznać, kim jest jego ojciec.
Rodzina znalazła kandydata na "tatę" i trzymała się
fałszywej wersji. Ale funkcjonariusze i agenci UB wiedzieli swoje.
Trzylatkowi milicjanci przywozili czekoladki i pytali o pewnego
miłego pana z charakterystyczną grzywką. Mały go nie znał, bo
"Laluś" obserwował syna tylko z daleka i całował, tylko
gdy ten spał. Tylko raz wziął go w ramiona, gdy brzdąc miał
zaledwie miesiąc.
Syn partyzanta pamięta
inne spotkanie z ojcem. – Akurat były zbiory rzepaku. Jak
przebiegałem koło dużej ich kupy zobaczyłem czyjąś rękę.
Pobiegłem do mamy krzycząc, że tam leży jakiś pan. Potem
widziałem go tylko, jak idzie do lasu. – A pamięta pan jego twarz?
– pytam. – Zamazana.
– Brali mnie na cmentarz
i grozili, że zamordują, jeśli Józka nie wydam – mówi
Danuta Mazur i opowiada, jak wyglądało śledztwo. Jej wspomnienia
oraz świadectwa bliskich "Lalusia" uzupełniają materiały
z Instytutu Pamięci Narodowej. Kontrast jest straszny.
Formalne rozpracowanie
Franczaka ruszyło 16 listopada 1951 r. Referat III Powiatowego UBP w
Lublinie nadał akcji kryptonim "Pożar". Na początku
wszystko szło fatalnie. "Resort" próbował ustalić
miejsce jego pobytu za pomocą siatki agentów. Zanim jednak
niektórzy zdążyli cokolwiek donieść, jak spod ziemi
wyrastał przed nimi "Laluś".
Do wuja Wiktorii
Olszewskiej przyszedł w biały dzień. Odciągnął go na stronę i
rozmawiał z 10 minut. – Wuj wrócił spocony i czerwony –
opowiada Olszewska. – Laluś nie chciał go skrzywdzić, ale wyżalił
mu się, że niech tylko przeżyje jak on w ukryciu jeden dzień, to
zrozumie, przez jakie piekło przechodzi. Poskutkowało.

Innym razem doszło do
"Lalusia", że po pijaku ktoś w okolicy grozi, że go
wyda. Następnego dnia na jego progu leżała kartka, że ma "stulić
dziób", bo zginie. Wystarczyło. Innym za zbytnie
gadulstwo przystawiał broń do brzucha i groził. Raz nawet umówił
się z informatorem bezpieki, podając się za oficera kontaktowego.
Ten zorientował się jednak, że coś jest nie tak, bo "Laluś"
wypytywał go krótko, po czym od razu wręczył pieniądze.
Tymczasem UB tak nie robiło. Gdy prowokacja się posypała, "Laluś"
po prostu przystawił mu pistolet do brzucha i powiedział, że to
ostatnie ostrzeżenie.
Nie zawsze używał siły.
Nie musiał. Ukrywał się tak długo i skutecznie, bo był w okolicy
bardzo szanowany. – Nigdy nikogo specjalnie nie narażał –
wspominają nieujawniający się nawet dziś byli współpracownicy.
– Bywało, że nie jadł nic przez cały dzień. Bywało, że marzł
w zimie na kamień. Mimo to nie zachodził do chałup. Jeśli mógł,
to sam pomagał. Cieszył się wielkim autorytetem. Miał charyzmę i
budził podziw za niezłomny charakter. Czasami wydawało się, że
wie lepiej, co zamierzają władze. Zaczęli go doceniać nawet
pracownicy aparatu represji.
W jednym z raportów
oficer SB napisał, że przez kilka lat organa nie otrzymywały
żadnych informacji o miejscu jego pobytu. A nawet, że "Laluś"
był informowany na bieżąco o pojawieniu się w terenie
funkcjonariuszy MO. Prawdopodobnie dzięki temu na początku lat
sześćdziesiątych dowiedział, że para podająca się w okolicach
Wygnanowic za fotografów to podstawieni agenci. Z ustaleń dr.
Sławomira Poleszaka z lubelskiego IPN wynika, że siatka
współpracowników "Lalusia", która z
narażeniem siebie dawała mu przez lata schronienie, liczyła 200
gospodarzy. Byli to koledzy ze szkoły, znajomi rodziny, przyjaciele
i antykomunistycznie nastawieni rolnicy. Wiadomo, że znajdowali się
wśród nich również księża, nauczyciele, lokalna
inteligencja. Podobno byli też milicjanci, członkowie PZPR i
wojskowi.
Latem "Laluś"
ukrywał się przeważnie w polu. Spał w kamieniołomach koło
Wygnanowic. Zimą korzystał z kwater przyjaciół. Spał w ich
mieszkaniach i stodołach. Rewanżował się drobnymi pracami. To
pomalował komuś chałupę, to sklecił gołębnik albo naprawiał
narzędzia.
Z początku przeciw
zorganizowanej siatce pomocników "resort" mógł
wystawić kilkudziesięciu lokalnych oficerów, ZOMO i oddziały
wojska. W grudniu 1960 r. rozpracowanie nabrało jednak tempa. Sprawę
agenturalno-poszukiwawczą przekwalifikowano na rozpracowanie
operacyjne. Oznaczało to zwerbowanie kilkudziesięciu tajnych
agentów, zakładanie nowoczesnej aparatury podsłuchowej i
rozpoczęcie finezyjnej gry psychologicznej.
Celem nie było już nie
aresztowanie, ale likwidacja "niezwykle groźnego bandyty".

Zdrada bratanka
Najpierw były podsłuchy.
Pierwszą aparaturę funkcjonariusze założyli w chałupie siostry
"Lalusia" Czesławy Kasprzak. Po kilku dniach zepsuł się
mikrofon. Potem drugi aparat założono w domu u drugiej jego siostry
Celiny Mazur. Po tygodniu, podczas prac gospodarskich jej syn wykopał
przewód z ziemi i wezwana z posterunku milicja musiała go
zwinąć, tłumacząc, że to jakieś pozostałości po wojnie. Na
pomysł założenia podsłuchu u Danuty Mazur warszawska centrala
początkowo nie chciała się zgodzić. Dopiero w 1960 r. – gdy
resort uświadomił sobie, że nawet stała obserwacja nie daje
rezultatu – trzy aparaty zaczęły działać w jej domu. Dzięki nim
funkcjonariusze wiedzieli, że jakiś tajemniczy mężczyzna od czasu
do czasu u niej przebywa. To jednak było za mało.
Mizerne efekty dała
również obserwacja bezpośrednia innych członków
rodziny. Jeden z takich punków obserwacyjnych musiał zostać
zwinięty, bo w zimie funkcjonariusze i agenci potwornie pomarzli.
Inni mimo wielotygodniowej pracy nie zauważyli nikogo. Za to strach
padł na mieszkańców obserwowanych siedzisk. Sąsiedzi
znajomych Franczaka zaskoczyli agentów na nadawaniu meldunków
drogą radiową w leśnym uroczysku, innym razem spotkali
funkcjonariuszy po cywilu podsłuchujących pod oknami.
Jesienią 1960 r.
pojawiła się wreszcie szansa na sukces. Teść jednej z sióstr
Franczaka popełnił samobójstwo. Przyczyną tragedii miały
być spięcia wewnątrz rodziny z powodu ukrywającego się brata. "W
celu wytworzenia antagonizmu do bandyty i jego siostry"
funkcjonariusze SB przeprowadzili szereg rozmów. W kwietniu
1962 r. naczelnik wydziału III SB mjr. Stanisław Lipiec pisał
jednak zrezygnowany: "ludzie ci z uwagi na brak możliwości ich
rozpracowania stanowią dla nas pewien problem".
Nie powiodła się także
akcja równoczesnego zapraszania na przesłuchania znajomych
"Lalusia". W ciągu kilku kwietniowych dni 1963 r. do
siedziby lubelskiej MO wezwano 62 osoby w czteroosobowych grupach.
Funkcjonariusze liczyli, że wezwani w poczekalni będą ustalać
treść zeznań. Ale zainstalowana tam aparatura podsłuchowa niczego
nie nagrała. Łącznie w trakcie działań przeciwko Franczakowi
"rozpracowaniem" objęto kilkaset osób. Na próżno.
Aż wreszcie w kwietniu
1963 r. został wezwany na przesłuchanie bratanek ojca Danuty Mazur
– Stanisław Mazur. Oficer SB zaproponował mu współpracę
i zapewnił o dyskrecji. Obiecał wynagrodzenie finansowe, a ten nie
odmówił. Z czasem przejął inicjatywę we współpracy
z bezpieką. Stanisław Mazur w teczkach figuruje jako agent
"Michał".
Tymczasem początek lat
sześćdziesiątych to dla "Lalusia" trudny okres.
Przyjaciele czuli, że ciągłe ukrywanie się zostawia na jego
psychice trwałe ślady. Był przygnębiony i zmęczony, przez co
mniej uważny. Danucie Mazur miał się zwierzyć, że brakuje mu już
siły, by ciągle się ukrywać. Ale innego zdania jest siostra
Czesława Kasprzak. Według niej Józek był wtedy w doskonałej
formie. Twierdził, że sytuacja międzynarodowa dojrzewa do wybuchu.
Że będzie konflikt, jakaś wojna, że los wreszcie się odmieni. –
Na każde zawołanie mógł mieć tysiąc chłopaków pod
bronią. – mówi. – W 1963? – pytam. – Właśnie wtedy!
– W nocy śnił mi się
nasz syn
– tak Danuta Mazur wspomina dzień śmierci "Lalusia".
Gdy to mówi, nie potrafi ukryć łez. – Śniło mi się, że
mój syn Marek topił się, a Józka nie było. Zawsze
mogłam liczyć na jego pomoc, a wtedy, w tym śnie – nie pomógł
mi.

21 października 1963 –
35 funkcjonariuszy ZOMO i SB czekało tylko na umówiony sygnał
od "Michała". Ten dokładnie informował, co robił
"Laluś". A on był w Majdanie Kozic Górnych, w
obejściu swych przyjaciół i współpracowników
Jana i Wacława Beciów.

Strzelanina jak na
froncie

Dokładny opis
śmiertelnej strzelaniny znamy dzięki raportowi rozpracowującego go
przez lata funkcjonariusza por. Ludwika Tarachy. W przeszłości
panowie widzieli się przez kilkanaście sekund. Taracha, który
bardzo sumiennie podszedł do powierzonego mu zadania, spędził w
okolicy, gdzie ukrywał się "Laluś" wiele miesięcy.
Przypadkowo natknęli się nawet na siebie na jakiejś leśnej
polanie. Obaj przeszli wtedy koło siebie jak dwaj wracający z pola
nieznajomi. – Józek wiedział, że to ten ubek. Trzymał palec
na cynglu, tamten pewnie też – mówi Danuta Mazur. Ale do
strzelaniny nie doszło. Kto się zawahał? Nie wiadomo…
21 października 1963 r.
o godz. 14.30 cała wieś była już otoczona. Gdy "Laluś"
wychodził z obejścia rodziny Beciów, natknął się na
milicjantów. – Cofnął się do stodoły i wyszedł z grabiami
na ramieniu. Udawał jakiegoś parobka – mówi Olszewska.
„Po sylwetce i
zachowaniu domyśliłem się, że to może być Franczak"

relacjonował potem Taracha. – „Franczaka usiłował zatrzymać
»przewodnik psa «, jednak Franczak zaczął uciekać do
stodoły. Po dwóch minutach wypadł z innej strony i zaczął
strzelać".

To był koniec. Osaczony,
postanowił walczyć do końca. Mimo że z karabinów strzelało
do niego kilku zomowców, kluczył po wsi i odpowiadał ogniem.
– To był front.
Strzelanina jak na wojnie, kule świstały w powietrzu. Wojsko
zatrzymywało ludzi wracających z pola i kładło na ziemię. Bałam
się o krowy, nie wiedziałam, co się dzieje
– wspomina 14-letnia
wówczas Janina Wilkołek. – Jego granaty nie wybuchły,
pistolet się zacinał – dodaje Anna Kasprzak, sąsiadka Wilkołek.
Wspomnieniom przysłuchuje się Wiktoria Olszewska. – Byliśmy
przerażeni, on nie.

Na stole w mieszkaniu
siostry "Lalusia" leży protokół sekcji zwłok
brata. Na schematycznym rysunku zaznaczone ślady po kulach. Franczak
dostał serią w klatkę piersiową, w brzuch i nogę. Nie mógł
przeżyć.
Czesława Kasprzak:
Gdyby tylko dobiegł do lasu, to może…

Danuta Mazur: – Zdradziła
go najbliższa rodzina.

Anna Kasprzak: – Nie miał
szans.

Głowę zabrali ubecy
Dziś w miejscu, gdzie
padł śmiertelnie ranny, stoi zrujnowana chałupa. Kilka metrów
obok nowy dom państwa Olszewskich. Prawnuki koleżanki ze szkoły
"Lalusia" bawią się w kuchni. Starsza dziewczynka boi się
pokrzyw i nie wejdzie za ciocią, by pokazać, gdzie rozegrała się
tragedia.
Współpracownicy
Franczaka mieli dużo szczęścia. Tylko Kazimierz Mazur i przyjaciel
"Lalusia" Wacław Beć trafili po zakończeniu śledztwa za
kraty. Pierwszy na pięć lat, drugi na trzy.
Syn Danuty Mazur i Józefa
Franczaka dowiedział się, kim był jego ojciec, gdy miał około
dziesięciu lat. – W szkole historii uczył mnie partyjniak –
wspomina lata siedemdziesiąte. – Gdy powiedziałem, że 17 września
1939 r. Polskę napadli Ruscy, prawie rzucił się na mnie z
pięściami. O ojca nie musiał pytać, wszystko wiedział.
Gdy Marek miał
kilkanaście lat i zaczął się uganiać po sąsiedzkich wsiach za
dziewczynami, starsi ludzie zatrzymywali go i wspominali ojca. – To
były serdeczne spotkania.
Marek Franczak dopiero w
1992 r. dostał od sądu zgodę na noszenie nazwiska ojca.
Grób "Lalusia"
znajduje się na cmentarzu w Piaskach. Ostatni partyzant leży w
mogile bez głowy. Ta została odrąbana w prosektorium zaraz po
sekcji zwłok i nigdy nie została zwrócona rodzinie. – Gdzie
jest mój Józef? – pyta szeptem pani Danuta.

Ostatni niezłomny – Józef Franczak ps. "Lalek" – część 1>

Michał Wójcik
współpraca
Sławomir Poleszak (IPN Lublin)

Cytaty za:
Zdzisław Broński
„Uskok”, „Pamiętniki (1941 – maj 1949)". Wstęp redakcja
naukowa, opracowanie dokumentów Sławomir Poleszak

Sławomir Poleszak
„Kryptonim »Pożar «. Rozpracowanie i likwidacja
ostatniego żołnierza polskiego podziemia niepodległościowego
Józefa Franczaka »Lalka «, »Lalusia «
(1956-1963)". Publikacja ukaże się w grudniu 2005 w periodyku
IPN „Pamięć i Sprawiedliwość” nr 8.

Michał Wójcik,
dziennikarz, historyk, felietonista w „Mówią Wieki" i
Radiu PIN, autor wydanego w zeszłym roku opracowania o Powstaniu
Warszawskim